Miesięczne archiwum: Styczeń 2016

Jeśli jeszcze nie widzieliście filmu „Big Short”, powinniście to zaniedbanie nadrobić. Tematyka niby skomplikowana, bo dotycząca ekonomii, ale jak lekko i smakowicie podana! No i zmuszająca do myślenia nad obecnym światem, którym rządzą nie tylko pieniądze, ale przede wszystkim sztuka tworzenia miraży. Bo to właśnie gra pozorów doprowadziła do pęknięcia bańki kredytowej i powstania kryzysu, którego skutki odczuwalne były w skali globalnej.

Inspiracją dla tego tekstu – zresztą już nie po raz pierwszy – okazała się równie niebanalna, co w wydaniu bohaterów tego filmu, gra ekonomiczna uprawiana przez Ruch Chorzów. Prezes tego klubu, Dariusz Smagorowicz, którego onegdaj rekomendowałem w tej dziedzinie do  Nagrody Nobla, nieustannie potwierdza niezwykły talent. Jego najświeższym wymiernym efektem jest strata wywalczonego jesienią przez piłkarzy punktu, stanowiąca karę za nieuregulowanie zaległości finansowych w terminie wyznaczonym przez procedurę licencyjną (taka sama sankcja spotkała przed sezonem Górnika Zabrze i Wisłę Kraków, a razem z Niebieskimi Lechię Gdańsk).

Jak ten cios przyjął prezes Ruchu? Otóż rozbrajająco przyznał, że spodziewał się takiej decyzji i że wszystko jest… pod  kontrolą. To zresztą standardowy cytat szefa klubu, którego giełdowe raporty finansowe budzą wielkie zainteresowanie, zwłaszcza rubryką „zobowiązania”. Co natomiast sądzą o decyzji Komisji Licencyjnej piłkarze, którzy kilka dni wcześniej na mecz towarzyski wyszli w koszulkach z wymownym hasłem „Ile jeszcze?”, niestety nie wiadomo.

To doprawdy zadziwiające, że żaden filmowiec nie zdecydował się na nakręcenie polskiego „Big Shorta”, wszak gotowy scenariusz leży na talerzu. W  dodatku z kapitalnymi scenami, jak pamiętna wycena klubowego logo na Cyprze lub wirtualne przenosiny na Stadion Śląski, również zresztą nawiązującymi do tradycji filmowych, a dokładniej „Misia”. Bo to przecież stadion nie na  miarę potrzeb, a na skalę możliwości.  I ponieważ nikt nie wie, po co Ruchowi Śląski, to nie trzeba się obawiać, że ktoś zapyta…

OK, nie ma co ukrywać, że niespecjalnie żałowałem Artura Szpilki, gdy w dziewiątej rundzie oberwał z granatnika od Deontaya Wildera. Pretendent z Wieliczki faktycznie nie bił się źle (co nie zmienia faktu, że wbrew populistyczno-kibicowskim teoriom spiskowym, na pewno przegrywał na  punkty), ale ja ciągle miałem przed oczami jego wyczyny sprzed gongu.

Walk bokserskich widziałem w  swoim życiu sporo, znaczną część na żywo, i wydarzeń je poprzedzających również. Wiem więc, że dopóki obaj rywale nie znajdą się między linami, najważniejszy jest… teatr, który ma wzbudzić zainteresowanie walką ze strony gawiedzi. Tak, aby gawiedź ta była skłonna zapłacić za bilet lub wykupić PPV, czyli po prostu wepchnąć własne pieniądze do kieszeni pięściarzy, promotorów i innych menedżerów.

Nie byłby więc niczym niezwykłym news, że Szpilka i Wilder spróbowali sprawdzić swoje talenty już podczas spotkania z dziennikarzami. Tym razem jednak w całej scenie charakterystyczne były nie zabawne pogróżki i zaczepki z obu stron, a próba Szpilki uderzenia Amerykanina głową, z tak zwanego misia. Uderzenia haniebnego, przynoszącego wstyd polskiej szkole boksu.

Jeśli zresztą ktoś miał złudzenia, co do osobowości niedoszłego mistrza świata, pozbył się ich oglądając amatorskie (i pełne przekleństw z tak zwanego offu) filmiki, na których Szpilka ciągnie za ogon aligatora. Pomijając zwykłą ludzką głupotę takiego przedsięwzięcia, nietrudno było się domyślić, że czyn ów stanowił złamanie reguł obowiązujących w tym miejscu. Nic więc dziwnego, że dziełka te zaczęły z sieci szybko znikać.

W  takim krajobrazie chusta na twarzy Szpilki, stanowiąca „pozdrowienia do więzienia”, była już tylko kropką nad i, w której moja i tak umiarkowana sympatia dla tego pięściarza ostatecznie zniknęła.

Niespodzianki nie było. W Plebiscycie „Przeglądu Sportowego” i TVP w cuglach tytuł Sportowca Roku zgarnął Robert Lewandowski. Szczególnie gorące dyskusje nad tym werdyktem nie rozgorzały, czemu trudno się dziwić, bo wszyscy zaniemówili na widok odbierającej trofeum żony swojego męża, w  sukni, w której na każdym szwie było widać ponad 10.000 zł, czyli kwotę, jaka  ponoć widniała na metce w dniu zakupu.

Mimo wszystko kilka ciekawych spostrzeżeń, niekoniecznie związanych z dekoltem pani Anny, można było z tej gali wyciągnąć. Na przykład, że formuła wrzucania wszystkich do jednego worka, w ciągu tych 81. edycji, zdaje się wyczerpywać może nie z roku na rok, ale z dekady na dekadę na pewno. Nie tylko dlatego, że wybitnych sportowców nam przybywa – po prostu o ich osiągnięciach wiadomo znacznie więcej i szybciej, a to sprzyja deprecjonowaniu i zapominaniu. Zalew telewizyjnych transmisji i migawek nie sprzyja refleksji nad rzeczywistą wagą tego, co oglądamy, a wręcz przeciwnie: znacznie łatwiej wygenerować obecnie zainteresowanie wydarzeniami o tak wielce wątpliwej proweniencji jak na przykład gale MMA, na czym skorzystała w tym roku Joanna Jędrzejczyk.

Oczywiście, że wola większości, nawet będącej w rzeczywistości mniejszością, staje się prawem i wyrokiem, o czym przekonujemy się od kilku tygodni. Ale jednak jest coś niezwykłego np. w tym, że vox populi nie wynosi na szczyt tak wybitnej osobistości, jaką jest Anita Wło-darczyk i nie pozostawia sobie Lewandowskiego na „deser”, czyli na kolejną edycję, gdy kapitan biało-czerwonych będzie miał za sobą mistrzostwa Europy.

Chociaż z drugiej strony może rzeczywiście nie ma na co czekać, bo gwiazdy nie tylko się rodzą, ale i umierają, więc kibicowski lud wołając „carpe diem!” mimo wszystko wie co robi . Wszak wczoraj,  niemal równo rok po plebiscytowym zwycięstwie, Kamil Stoch przepadł w  kwalifikacjach do MŚ w lotach…

Tekst od początku miał olbrzymi potencjał emocjonalny. Chodzi o relację i komentarz, w których jednoznacznie potępiliśmy incydenty, jakie miały miejsce podczas grudniowego meczu Podbeskidzia Bielsko-Biała z Ruchem Chorzów.Ich najpoważniejszym elementem było rzucanie racami, w wyniku czego jedna osoba odniosła obrażenia dłoni. Winnego umiejscowiliśmy wśród fanów gości. No i się zaczęło…

Hejterzy przypuścili bezpardonowy atak na autorów tekstu. Niektóre z  wpisów kwalifikowały się jako groźby, więc postąpiliśmy z nimi zgodnie z procedurami obowiązującymi w takich przypadkach, część została usunięta jako naruszająca dobre imię bądź po prostu wulgarna.  Z cywilizowaną dyskusją mieliśmy do czynienia w niewielkim stopniu, zdarzały się jednak także relacje świadków potwierdzających nasz opis.

Generalnie zarówno Leszek Jaźwiecki, jak i Tomasz Kuczyński, moi redakcyjni koledzy, o których mowa, zostali oskarżeni o wszystko, z  różnorakimi sympatiami klubowymi, nakazującymi oczywiście wrogość wobec Ruchu, na  czele. Swoją drogą jest to stała forma, która niezmiennie nas zadziwia – każdy krytyczny tekst wobec klubu X dla wielu czytelników-kibiców jest atakiem inspirowanym i sprzyjającym klubowi Y (a ponieważ już za kilkanaście dni rzeka ta płynie w przeciwnym kierunku osobiście uważam, że to najlepszy dowód na  to, że po prostu jesteśmy obiektywni).

Ale do rzeczy. Dlaczego przypominamy sprawę ze stadionu Górali? Ano dlatego, że  kilkanaście dni temu policjanci zatrzymali 22-letniego mieszkańca Mikołowa, który rzeczywiście rzucał wspomniane petardy z sektora zajmowanego przez gości. Jak się więc okazało, to my mieliśmy rację.

W związku z powyższym spodziewam się więc kolejnej fali komentarzy – tym razem z przeprosinami. Halo, hejterzy, macie na tyle honoru? Nasze adresy internetowe znajdziecie przy każdym tekście, bo w przeciwieństwie do  was nigdy nie chowamy się za  pseudonimami.

Sylwester to dzień specyficzny. Niby imprezowy, niby świąteczny, a jednak mocno refleksyjny. No bo co z tego, że witamy nowy rok, skoro jednocześnie żegnamy stary, czyli odhaczamy kolejne 365 dni, z których część chcielibyśmy zapewne przeżyć raz jeszcze.

Tymczasem w świecie sportu podobne podróże są już możliwe. Kilka dni temu sztangista Adrian Zieliński cofnął się do początku grudnia i co więcej, poprawił zapisaną już historię, sięgając po srebro mistrzostw świata, chociaż przy pierwszym podejściu był dopiero piąty. Tajemnica tkwi w „koksie” – trzech z  czterech zawodników, którzy go wówczas wyprzedzili, zostało właśnie zdyskwalifikowanych za niedozwolone wspomaganie.

Podobne przypadki zdarzają się nieustannie. Dyskwalifikacje po latach mają miejsce w lekkiej atletyce, w kolarstwie, w sportach siłowych i wytrzymałościowych. Pokonani okazują się zwycięzcami, bohaterowie czarnymi charakterami, a przeciętniacy moralnymi autorytetami. I tylko miłośnicy kina science fiction mogą się tylko zastanawiać czy słynny almanach z wynikami rozgrywek, jaki wpadł w ręce bohaterów „Powrotu do przyszłości II”, zawierał wyniki ostateczne czy też tymczasowe.

Ciekawe jest jednak zjawisko uboczne, a mianowicie takie, że w czasie nie przemieszczają się same medale, a już na pewno nie premie finansowe. Te zazwyczaj giną w przeszłości na dobre. Niewątpliwie ciekawym eksperymentem medialnym byłoby wydawanie przy takich okazjach gazet identycznych z tymi, jakie ukazały się w pierwotnej dacie, ale z relacjami i zdjęciami poprawionymi zgodnie z najnowszymi ustaleniami. Tyle tylko, że biorąc pod uwagę coraz nowocześniejsze metody walki z dopingiem, dopiero wtedy moglibyśmy wpaść w prawdziwą pętlę czasu. Może więc rzeczywiście lepiej pozostać przy obecnym stanie rzeczy? W takim razie…

Szczęśliwego Nowego Roku!