Miesięczne archiwum: Luty 2016

Po poprzedniej kolejce ekstraklasy na twitterze  (@rafal_musiol) „ćwierknąłem”, że w śląskiej piłce każdy ma coś, a w sumie nie mamy niczego. Górnik może się przecież pochwalić najlepszym stadionem, Ruch trenerem, Piast  zespołem, a Podbeskidzie nieobliczalnością. Z tego rozbicia dzielnicowego nie wynika jednak obraz korzystny dla śląskiego futbolu jako całości.

Minął tydzień i słowa te znalazły kolejne potwierdzenie: Górnik leży na dnie, Piast stracił pozycję lidera, Ruch patrzy raczej za plecy niż do przodu, a szalone Podbeskidzie  marzy tylko o tym, by na dobre uciec ze strefy spadkowej. No i  w kontekście  Niebieskich tradycyjnie o tej porze roku pojawiają się wróżby dotyczące kłopotów licencyjnych ze względu na zadłużenie wobec piłkarzy, co potwierdza pamiętny obrazek sprzed wyjazdu drużyny na Cypr, gdy zawodnicy wyszli na mecz halowy w koszulkach z wymownym napisem „Jak długo jeszcze?”.

Śląsk to specyficzny region, nasycony piłką i związanymi z nią emocjami. Mógłby więc stanowić w polskim futbolu poważną siłę nie tylko sportową, ale także ekonomiczną. Próby stworzenia koalicji pozyskującej sponsorów i  wspólnie organizującej zgrupowania, wciąż nie mogą wyjść jednak poza fazę embrionalną, chociaż wszyscy twierdzą, że byłby to wariant opłacalny. Czyżby na przeszkodzie stawał tylko strach przed fanatycznymi kibicami, którym wyimaginowane minusy przesłaniają oczywiste plusy?

Zdzisław Kręcina. Człowiek instytucja. W rankingach rozpoznawal-ności plasowałby się w ścisłej czołówce. W dodatku ma i kanclerską głowę, i takąż wątrobę, którym towarzyszą lekkość dowcipu i nieograniczona towarzyskość. A to mieszanka piorunująca.

Od Chicago po Wodzisław na papieża tylko Zdzisław. Pamiętacie tego mema? Jeśli śmiał się z niego także Zbigniew Boniek, to od minionego wtorku do śmiechu już z pewnością mu nie jest. Bo prezes PZPN dostał lekcję, jakiej się nie spodziewał – z kretesem przegrał wszystkie (!) głosowania na  Nadzwyczajnym Zgromadzeniu Delegatów, a w  triumfującym ruchu oporu co najmniej drugie skrzypce odgrywał nie kto inny, a właśnie Kręcina.

W sojuszu z Maciejem Wandzlem, współwłaścicielem Legii i szefem Spółki Ekstraklasa, któremu udało się dokonać wielkiej sztuki i zjednoczyć wszystkie ligowe „szable”, stanowili duet nie do pokonania. Co więcej, Kręcina ma wszelkie – także te wspomniane na  wstępie – predyspozycje, by uczynić wyłomy w ostatnim murze Bońka, jaki stanowili na obradach regionalni baronowie. Tym bardziej że lojalność wielu z nich po prostu ma swoją cenę, a akurat imć Zdzisław na wszelakich negocjacjach spędził w życiu więcej godzin niż na pochrapywaniu w samolotach.

Pozycja Bońka stała się zresztą słabsza także dzięki niemu samemu. Urażony w swojej dumie kontratakował brutalnymi wślizgami. Wandzlowi sugerował amatorszczyznę, przypominając kartkową wpadkę Legii z Celtikiem, a  Kręcinie niechlubne pożegnanie z PZPN po aferze taśmowej (nagranie sugerowało korupcję związaną z budową nowej siedziby związku). A takich zagrań piłkarskie środowisko nie lubi, w końcu gros delegatów nie urodziło się wczoraj i w przeciwieństwie do Bońka nie spadło na związek z włoskiego nieba, a wyszło z ziemi, tej ziemi, po której biegali skorumpowani do cna piłkarze, trenowani przez skorumpowanych trenerów i opłacani przez skorumpowanych prezesów.

Gdy Zdzisław Kręcina oddawał posadę dyrektora sportowego Piasta Gliwice, zastanawiano się nad przyczynami tego kroku. Wkrótce jednak ruszył w wyczerpujące tournée po regionie, dając sygnał, że jest gotowy, by przejąć gabinet po Rudolfie Bugdole, odwiecznym, ale odchodzącym na emeryturę baronie śląskim. Wtorkowe wydarzenia każą się wszak  zastanowić, czy góral z Koszarawy nie zamierza zdobyć znacznie wyższego szczytu. A jeśli tak jest w rzeczywistości, to Bońka może nie obronić nawet francuskie złoto mistrzostw Europy.

Najlepszą ilustracją dla Wielkich Derbów Śląska było telewizyjne zbliżenie na dłonie Leszka Ojrzyńskiego, gdy ten owijał nimi różaniec, po czym przyłożył go do ust. Nic dodać, nic ująć – w  Zabrzu trwa nieustająca modlitwa o cud. Wygląda jednak na  to, że siły nadprzyrodzone wyczerpały swe moce doprowadzając do końca budowę trzech czwartych  nowego stadionu.

Gdy w sierpniu 2015 na swoim blogu „Męski punkt widzenia” umieściłem wpis „Deja vu ze świętym Mikołajem w  tle” (wyraźnie coś dużo tych świętości wokół Górnika), wyliczając podobieństwa rozpędzającego się dopiero wówczas sezonu do tego, w którym zabrzanie spadli z ekstraklasy, w klubie zawrzało. Pół roku później tamten tekst, niczym wino, jest jeszcze bardziej aktualny. I naprawdę stwierdzam to bez satysfakcji.

Rachunek za prowadzoną wokół klubu politykę – zwłaszcza personalną – wciąż rośnie. I nikt nie jest w  stanie zagwarantować, że nawet gdy zostanie podzielony na pół, będzie możliwy do stresującej,  ale bezbolesnej spłaty.

Słuchając trenerów i piłkarzy można odnieść wrażenie, że w każdym  klubie znajduje się tajny podręcznik zawierający sugerowane odpowiedzi na pytania zadawane przez dziennikarzy. I to dość mocno pożółkły, bo lata mijają, a wszyscy posługują się wciąż tymi samymi, dziurawymi i wytartymi banałami.

W ramach rozgrzewki przejrzyjcie sobie odkrywcze spostrzeżenia z okresu przygotowawczego. Tu obowiązują dwa standardy – jeśli w sparingach wygrywamy, to znaczy, że „wszystko jest na dobrej drodze, a zespół nabiera przekonania o własnej wartości”, natomiast porażki nie mają większego znaczenia, bo „lepiej przegrać teraz trzy razy z rzędu niż raz w lidze”. Potem zaczynają się już jednak schody, no bo jak np. Wisła Kraków ma uzasadnić to, że pomimo serii sparingowych porażek w lidze też dostaje baty?

Na szczęście bywają od tej reguły wyjątki. Takim okazał się Radosław Janukiewicz, który w przerwie spotkania z  Cracovią uczciwie przyznał, że gra jego zespołu to „jeden wielki wstyd”. Szczerością popisał się także wiślak Maciej Sadlok oznajmiając, że trafiłby do  bramki, ale w  momencie strzału oślepiły go jupitery.

Złoty mikrofon należy się jednak Leszkowi Ojrzyńskiemu za stwierdzenie, że mecz Górnikowi nie wyszedł, ale „ najlepszy moment, żeby się ogarnąć” dopiero nadchodzi. Więc ja się pytam: kto u licha zrobił Górnikowi na złość, nie czekając z początkiem rozgrywek, aż ten moment nadejdzie?!

Otym,  że każdy Polak zna się na piłce lepiej od dowolnego selekcjonera, wiedzą wszyscy. Jednak prawdziwy trenerski potencjał mój i wasz leży dość daleko od boiska, a mianowicie wokół narciarskich skoczni.

Dowód na prawdziwość tej tezy właśnie dostajemy jak na tacy. No bo jeśli zarówno Łukasz Kruczek, jak i wyżej podpisany wraz z czytelnikami tego tekstu, są w takim samym stopniu zdezorientowani słabymi wynikami Kamila Stocha, to oznacza, że jedziemy dokładnie na tym samym wózku (niestety, z wyłączeniem wysokości comiesięcznej pensji i stałych dostaw darmowych ciuchów z najnowszych kolekcji 4F).

Nie ma bowiem na świecie selekcjonera, który potrafi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego raz jego zawodnicy skaczą i fruwają jak z czołówki „Zwierzyńca”, a za chwilę spadają na bulę niczym ulęgałki, chociaż treningi i skocznie wyglądają za każdym razem tak samo. Równie dobrze więc opiekunowie kadry mogliby być wyłaniani poprzez losowanie spośród wszystkich chętnych, którzy akurat mają nieco czasu na wojaże po Europie i Azji. Tym bardziej, że nie oznacza to przecież konieczności oddawania pokazowych skoków, przy których Eddie Orzeł wyglądałby jak Adam Małysz w sezonie 2000/01.

Poddaję więc ten nowatorski pomysł pod  rozwagę prezesowi Apoloniuszowi Tajnerowi, który za selekcjonerskich czasów też nie wiedział, kiedy będzie dobrze, a kiedy będzie źle. Zresztą za prezesowskich też za bardzo nie wie, a jak już coś rzeczywiście wie – jak o dymisji Kruczka – to akurat nie powie. Hm, właśnie przyszło mi coś do głowy. A może kadrę jednak zostawić w spokoju i wylosować nowego… prezesa PZN?

Przyznam, że korciło mnie, by popłynąć z prądem i pośmiać się z tych, którzy potrafią rozróżnić, czy przenikliwy gwizd bądź donośne buczenie wydobywa się spomiędzy warg polskich czy niemieckich. Jednak w mojej skromnej opinii najważniejsze w pamiętnym krakowskim incydencie było coś innego. A mianowicie to, że powszechne na prawicy zszokowanie tym zdarzeniem stanowi absolutny szczyt obłudy.

Bo przecież po pierwsze, to politycy sami do tego doprowadzili, od lat dzieląc gwizdy na uzasadnione i bezczelne – bez względu na to, czy miały miejsce na cmentarzach, czy właśnie na trybunach. A po drugie, kibice naprawdę nie lubią mieszania sportu z polityką, o czym w podobnie dotkliwy sposób, co teraz Beata Szydło, przekonywali się m.in. premier Donald Tusk, prezydenci Aleksander Kwaśniewski i Lech Kaczyński, czy chociażby Marian Dziurowicz, werbalnie zlinczowany w swoim mateczniku, gdy do głowy przyszedł mu pomysł kandydowania w wyborach parlamentarnych (bodaj z listy PSL-u) i promowania tego faktu z murawy stadionu GKS-u.

I tu właśnie pewnie tkwi sedno sprawy. Premier RP, przyzwyczajona do rozpisanych w scenariuszach zachowań widowni na partyjnych spędach, nie oszacowała ryzyka związanego z reakcjami spontanicznymi, zwłaszcza ze strony tzw. Januszy, czyli środowiska bardzo odległego od ultrasów. A kto jak kto, ale tacy właśnie sympatycy sportu fałszywe próby ogrzania się przy tej dziedzinie życiawyczuwają nawet na taką odległość, jaka dzieli murawę nowego archaicznego Stadionu Śląskiego od jego trybun.

Flirt polityków ze sportem trwa od  zawsze i nieustannie balansuje na krawędzi cynizmu. Włącznie ze wspólnymi śniadaniami z mistrzami, okraszonymi wręczaniem pamiątkowych reprezentacyjnych koszulek z numerem 1, których los pozostaje później nieznany.

Puszczykowo. Tak nazywa się polska miejscowość, którą od kilkudziesięciu godzin zna już cały tenisowy świat. Janusz Rzeźnik zbudował tam ośrodek treningowy (Jerzy Janowicz nazwałby go zapewne „szopą”) dla swojej wnuczki Andżeliki Kerber. Tej samej, która w sobotę w wielkim stylu wygrała Australian Open. Dla Niemiec, niestety.
A przecież mogło być inaczej. Pogromczyni Sereny Williams czuje się Polką, mieszka w Polsce, ba, nawet podatki płaci w Polsce, co jest przejawem patriotyzmu znacznie bardziej wymownym niż noszenie biało-czerwonego szalika i orła w klapie.
Jednak ktoś kiedyś w Polskim Związku Tenisowym uznał, że pustynia, na której jakimś cudem wyrosły siostry Radwańskie, to miejsce zbyt ekskluzywne, by wpuszczać do tego raju urodzone w Bremie dziecko polskich imigrantów.
Za taki zaściankowy punkt widzenia urzędników płacimy cenę w każdej dziedzinie życia, ale w sporcie wyjątkowo słoną. I jakoś nie wierzę, że w końcu nauczymy się na błędach.