Miesięczne archiwum: Marzec 2016

Współczesny świat przeraża. Kilkadziesiąt dni przed rozpoczęciem Euro 2016 informacje sportowe, prezentacje koszulek, w jakich będą po francuskich murawach biegać gwiazdy mistrzostw, zgrupowania i mecze towarzyskie znalazły się w cieniu wieści frontowych. Można nawet odnieść wrażenie, że sami organizatorzy marzą już tylko o tym, by ten turniej mieć za sobą.

Sprawa wygląda śmiertelnie poważnie. Bezradność służb w obliczu terroryzmu, zwłaszcza indywidualnego, powodowanego nieprzewidywalnym impulsem, niepowiązanego w struktury i sieci, to koszmar na jawie. Koszmar, z którego zdaje sobie sprawę UEFA. W zalewie kiepskich wieści dla mnie najbardziej wstrząsająco zabrzmiała deklaracja Martina Kallena, dyrektora turnieju. Ta, w  której kilka tygodni temu dopuścił możliwość, że mecze będą odbywały się przy  pustych trybunach, a nawet w innych miastach niż wynika to z „drabinki”.

Patrząc chłodno (trochę o to trudno, bo będę jednym z dziennikarzy obsługujących Euro) – jakie jednak wyjście uznać za optymalne? Rezygnację z turnieju? Rezygnację z generujących tłum, a zatem i zagrożenia, tradycyjnych Stref Kibica? Zamienienie miast, ulic i stadionów w twierdze, z nieustającymi rewizjami i kontrolami? Cena bezpieczeństwa już od wielu lat jest bardzo wysoka zarówno dosłownie, jak i w przenośni. I zapewne nie ma takiej, której nie bylibyśmy zdolni zapłacić. Jednak po raz pierwszy w historii sport tak daleko schodzi na dalszy plan. Bo najważniejsze pytanie dotyczy  nagle nie tego, kto zostanie mistrzem, a tego, jak uniknąć tragedii podczas imprezy, której nieodłącznym elementem są tysiące wielokulturowych kibiców, przemieszczających się za swoimi drużynami wszerz i w poprzek wielkiego kraju.

Cztery lata temu mistrzostwa organizowały Polska i Ukraina. Przypomnijcie sobie obawy, jakie towarzyszyły tej imprezie po obu stronach granicy. Spędziłem wówczas miesiąc we Lwowie, Kijowie i Doniecku, ale poczucie zagrożenia nie było odczuwalne. Już wiadomo, że Francja takiego komfortu mieć nie będzie. Zbyt wiele osób piłkę chce zamienić w bombę.

W miniony wtorek prezes Ruchu Chorzów, Dariusz Smagorowicz, oświadczył, że według jego wiedzy Stadion Śląski zostanie ukończony w połowie 2017. Los bywa jednak niezwykle przewrotny. W dniu, w którym te słowa (mające stanowić odniesienie do rzekomo bliskiej gry Ruchu na tej arenie) ukazały się w druku, „Dziennik Zachodni” skontrował je krzycząc z okładki, że do  zakończenia inwestycji potrzeba jeszcze 50 mln zł!

Pal licho, czy szef Niebieskich, który konsekwentnie prowadzi ten klub do  samozagłady, opierając jego funkcjonowanie na szybkich pożyczkach pod zastaw kolejnych praw telewizyjnych i wpływów z ekstraklasy, ma niepewne źródła informacji, czy po prostu tylko uruchomił wyobraźnię, by w pełni odmalować nadchodzącą epokę dobrobytu, ważne jest właśnie te 50 milionów. I słowa Kazimierza Karolczaka, członka zarządu województwa, że czerwcowy termin 2017 nie musi zostać dochowany za wszelką cenę, ponieważ nie ma żadnych umów ani planów, które musiałyby być wówczas zrealizowane.

Więc może nie czerwiec, a wrzesień? A może listopad? No i czemu potrzeba jeszcze 50 mln, a nie 60? Albo 150? Przecież w tej potężnej czarnej dziurze, która pochłonęła już tak absurdalne kwoty, że nikt nie jest ich w stanie rzetelnie podliczyć, nie ma to już większego znaczenia. Śląski, o  czym już wielokrotnie pisałem, za każdym razem myśląc, że to już raz ostatni, z  piłkarskiej wspaniałej legendy stał się pomnikiem niegospodarności i marnotrawstwa ludzi zarządzających regionem w ostatniej dekadzie. A słowa o braku palących terminów i zobowiązań są wymowne i stanowią przedsmak tego, co nas czeka, gdy rzeczywiście ostatni człowiek zejdzie z tego placu budowy.Najdziwniejsze jest to, że w dzisiejszych czasach dobrze przemyślana budowa stadionu, to mniej więcej jak stawianie supermarketów. Pod warunkiem, że jest to jednak stadion, najlepiej oparty na projekcie, który gdzieś już zrealizowano, i na miarę potrzeb, a nie aspiracji czy ambicji. Dla mnie absolutnym wzorcem w naszym regionie pozostaje pod tym względem Piast Gliwice, choć jego baza nazywana jest pogardliwie „Tesco Areną”. Takiej było im potrzeba, na taką było ich stać i wiedzieli, jak uniknąć opóźnień, wynosząc zespół na czas budowy poza Gliwice, a nie brnąc w żenujące granie wśród wykopów. Szkoda, że takie myślenie, którym często się na  Śląsku chwalimy, jest ostatnio nie regułą, a wyjątkiem.

Ruch brzydko się chwyta. Prywatny klub chce przetrwać za pieniądze miejskie, a docelowo grać na stadionie zbudowanym z pieniędzy wojewódzkich. Czyli: ja nie mam nic, ty nie masz nic, ale mamy klub w ekstraklasie.

Od razu nasuwa się też wiele pytań, na które odpowiedź jest konieczna przed podniesieniem ręki w głosowaniu.
– Dlaczego na opartą na  „chwilówkach” politykę finansową, nieuchronnie prowadzącą do krachu, nie reagował przedstawiciel miasta w zarządzie Ruchu?
– Dlaczego klub informacji o  domaganiu się pożyczki nie przekazał na „otwartej” konferencji prasowej z udziałem pozasportowych lokalnych mediów, uważnie patrzących władzy na ręce, zwłaszcza przy wydawaniu pieniędzy?
– Jakim cudem 18 mln rozwiąże wszystkie problemy, skoro krótkoterminowe zobowiązania przekraczają 43 mln?
– Czy zostanie przeprowadzony audyt pozwalający stwierdzić, że pożyczka  zmieni sytuację Ruchu w innym kontekście niż tylko licencyjny?
– W jaki sposób klub zamierza spłacić 18 mln zł?
– Dlaczego nie sprzedano czołowych piłkarzy, by zmniejszyć żądaną kwotę pomocy publicznej?
– Na jakiej podstawie prezes Dariusz Smagorowicz odrzuca możliwość zmian w strukturach klubu? Czy bankrut może stawiać warunki?!

Co więc zrobić z  tym fantem? Mam pomysł: miasto pożyczając 18 mln złotych powinno wziąć pod zastaw akcje należące do Smagorowicza i  jego firmy, na czas spłaty długu ustanowić w Ruchu własnego prezesa, i w  ten sposób przejąć realną całkowitą kontrolę nad wydawaniem tej góry obywatelskich pieniędzy. Nie wyobrażam bowiem sobie, że można ją powierzyć człowiekowi, który świadomie od lat prowadził klub do przepaści opierając jego funkcjonowanie na krótkoterminowych chwilówkach (ekonomia niezwykła nawet jak na polską piłkę), który bagatelizował rosnące długi w kolejnych raportach giełdowych, który zdaje się zaskoczony tym, że ktoś wreszcie postanowił się o pieniądze upomnieć, i który utratę punktu w tabeli skwitował stwierdzeniem, że można się było tego spodziewać.

O tym co sądzę o finansowaniu klubów przez miasta, a zwłaszcza klubów prywatnych, w których gmina ma pakiety mniejszościowe, pisałem w tym miejscu niejednokrotnie. Od tematu nie da się jednak uciec, bo życie właśnie dopisuje kolejny rozdział.

Ruch, jak niemal co roku o tej porze, znów wpadł w  problemy finansowe, stawiające pod  znakiem zapytania otrzymanie licencji na przyszły sezon. Koło ratunkowe jak zwykle ma rzucić miasto, posiadające w klubie raptem 19,16 procent akcji. Odpowiednia uchwała wisi już podobno w powietrzu.

Co ciekawe prezydent Andrzej Kotala daje do zrozumienia, że w przypadku zastrzyku finansowego dla Ruchu, opóźni się budowa nowego stadionu przy Cichej. Dziwnym trafem nikt nie zwrócił uwagi na to, że takie rozwiązanie to miód na serce prezesa Niebieskich Dariusza Smagorowicza, który stadionu w ogóle nie chce, za to miliony z budżetu chętnie przyjmie. A ponieważ presję na budowę wywierają tylko kibice, trudno uciec od  wrażenia, że zastrzyk ratujący klub stanowiłby dla wszystkich zainteresowanych alibi, by działania w tej sferze odłożyć  ad acta.

P. S. Warto przypomnieć, że klub mógł zarobić kilkaset tysięcy euro sprzedając Mariusza Stępińskiego do Lecha Poznań. Jak napisał jeden z moich kolegów: oferta pewnie zostałaby przyjęta, gdyby Ruch był w … gorszej sytuacji finansowej. Naprawdę?!

Tradycja nie ginie. W 2009 roku na  treningu Górnika Zabrze pojawili sie szalikowcy, którzy kazali założyć piłkarzom koszulki z napisem „Nie wystarczy tylko biegać lub trochę się starać, z naszym herbem na sercu trzeba zap…”, oczywiście bez kropkowania. Trener Henryk Kasperczak i prezes Jędrzej Jędrych nie reagowali. Kilka dni temu we Wrocławiu zastosowano wariant odwrotny – z zawodników koszulki ściągnięto. Jednemu siłą, innym groźbą. Władze klubu na wydanie oświadczenia potrzebowały kilkudziesięciu godzin. Mniej więcej w tym samym czasie w Wiśle Kraków wybierano trenera, a decydujący głos padł z trybun i bynajmniej nie była to opinia dyplomatyczna. Franciszek Smuda został zmyty z listy kandydatów potokiem bluzgów. O obietnicach, jakie piłkarze słyszą z widowni i odczytują z transparentów podczas treningów, nawet nie warto wspominać.

Sytuacja wciąż nabrzmiewa. Zabawa w odpalanie rac i rozkładanie zakazanych sektorówek, pseudodowcipne spekulacje na forach o tym, jak takie pokazy zostaną wycenione przez Komisję Ligi, kary finansowe i zakazy wyjazdów grup zorganizowanych znów są codziennością. W dodatku za cichym błogosławieństwem rządzących wszystko zostało podlane gęstym sosem rzekomego patriotyzmu i narodowej tradycji. W efekcie powstała mieszanka wybuchowa, która brudzi wizerunek polskiej piłki jako takiej, bardziej niż jej wyniki w klubowej rywalizacji międzynarodowej.

Co roku na Jasnej Górze kibicowskie środowiska przeżywają duchowe uniesienia podczas swojej pielgrzymki. Ciekawe, ilu z ich uczestników bierze potem udział w takich wydarzeniach, jak to we Wrocławiu, i wznosi okrzyki z taką miłością do bliźniego jak w Krakowie. Jeszcze bardziej interesuje mnie jednak to, czy prowadzący te spotkania zakonnicy od czasu do czasu oglądają takie sceny na stadionach lub w telewizji. I czy wyobrażają sobie, że ktoś mógłby z nich zdzierać habity, ponieważ uznałby, że nie są ich godni? Może o tym też warto rozmawiać podczas jasnogórskich spotkań, a nie tylko o chlubnej tradycji Żołnierzy Wyklętych?

O sprawie Marii Szarapowej, która okazała się piękną bestią kobiecego tenisa, napisano już niemal wszystko. Świat sportowy (i nie tylko) jęknął nad jęczącą na korcie Rosjanką, aż echo poszło, i zasyczał z oburzenia.

Nie mam zamiaru jej bronić. Jak wiele pięknych kobiet przed nią, także ona okazała się oszustką, która być może liczyła, że uwodzicielskie spojrzenie i blond włosy są gwarancją nietykalności. Zresztą kto wie, czy maila z informacją, że meldonium znalazło się na liście środków zakazanych, wysłała jej jakaś zawistna brunetka maskując go tak sprytnie, że zapracowana Maria wrzuciła go do spamu?

Żarty żartami, ale sprawa ma znacznie większy obszar rażenia i jest elementem dużej układanki. Bo ostatnie dni, tygodnie i miesiące pokazują, że koks w Rosji stał się dla sportowców w Rosji chlebem powszednim. Jednak głosy oburzenia i – przede wszystkim – zaskoczenia brzmią fałszywie. Wielu z tych ludzi zachowuje się jak kobiety w „Żywocie Briana”, które przyczepiały sobie brodę, aby tylko wziąć udział w kamieniowaniu, stanowiącym brutalny przywilej zarezerwowany dla mężczyzn.

Cały świat sportowy konsekwentnie pracuje na casus Szarapowej i jej podobnych. Przyznawanie igrzysk dla Pekinu czy Soczi, czy mistrzostw świata Katarowi było jednocześnie subtelnym sygnałem, że w zamian za górę dolarów przymkniemy oczy na fabryki produkujące medalistów z odbieranych rodzicom dzieci, bezgraniczną korupcję, niszczenie środowiska naturalnego czy wyzysk siły roboczej.

I teraz jesteśmy zdziwieni? Czujemy się oszukani? Nic, tylko jęknąć nad takim zakłamaniem w czystej postaci.

Szarapowa straci miliony? Twarz reklam, modelka, celebrytka. Gorące oblicza gwiazdy [ZDJĘCIA]

To, że Bartłomiej Drągowski „przyaktorzył”, nie ulega wątpliwości. Ale lektura weekendowych gazet mocno mną wstrząsnęła: oburzenie na postępowanie bramkarza Jagiellonii całkowicie przyćmiło przyczynę jego zachowania.

A przecież wszystko zaczęło się od tego, że z trybun rzucono – celnie – zapalniczkę. Trafienie zabolało na pewno, może nie aż tak, by zwijać się z bólu, ale akt bandytyzmu nastąpił. I nic go nie usprawiedliwia.

Drodzy koledzy po fachu: skupiając się na Drągowskim stajecie w  tym samym kibolskim sektorze, z którego tę zapalniczkę rzucono.

Na wiele polskich klubów padł blady strach. Z kręgów rządowych wyciekły bowiem wieści o planowanej rewolucyjnej zmianie finansowania sportu przez spółki Skarbu Państwa.

Rewolucja miałaby polegać na zaprzestaniu sponsorowania pojedynczych klubów na rzecz całych lig. To znaczy, że np. Tauron musiałby opuścić MKS Dąbrowę Górniczą, ale mógłby objąć patronatem ekstraklasę kobiecej siatkówki jako taką. Zwolennicy tego projektu mają wiele mocnych argumentów, które – pomijając dyskusję o celowości publicznych wydatków na sport w ogóle – trafiają mi do przekonania.

Jeden z najbardziej ważkich to brak transparentności obecnego systemu. Bo niby dlaczego wielka państwowa firma decyduje się wpompować miliony w klub X, a nie w Y? Czy nie decydują na przykład prywatne układy i znajomości? A przecież państwo powinno dawać równe szanse wszystkim. Zresztą z  punktu widzenia danej dyscypliny solidny zastrzyk finansowy dla całej grupy zamiast jednego potężnego dla wybrańca, powinien być impulsem dla jej rozwoju, a więc wymierną korzyścią. A jeśli firmie po prostu zależy na reklamie to przecież znacznie lepszym nośnikiem są koszulki/rękawy/spodenki wszystkich zespołów niż tylko jednego… Takie właśnie podobno rozważania toczą się obecnie w gabinetach osób rządzących ludźmi i pieniędzmi.

W ogóle ostatnio od polityki uciec się nie da. W  czerwcu ubiegłego roku pisałem o klątwie, jaka ciąży nad fotelem ministra sportu („Gangsterzy i komedianci”, kto chce, ten sobie odszuka). No i kilkanaście dni temu Centralne Biuro Antykorupcyjne dorzuciło kolejny akapit w postaci zarzutów dla Andrzeja Biernata, który na wspomnianym fotelu zasiadał od 2013 do 2015 roku…

Aktualny minister, Witold Bańka, póki co w mediach nie błyszczy. Za to wyraźnie ma taryfę ulgową, bo gdyby jego tweet o hokeistach, którzy wciąż liczą się w grze o igrzyska w… Rio, opublikowała znana „specjalistka” od tej dyscypliny, była minister Joanna Mucha, kpinom  nie byłoby końca.