Miesięczne archiwum: Kwiecień 2016

Mam z tym kłopot i współczuję Panu Bogu, bo pewnie kapelan drużyny przeciwnej przed meczem z Piastem leży krzyżem – mówił w grudniu w tekście Tomasza Kuczyńskiego kapelan ówczesnego lidera ekstraklasy, ksiądz Jacek Orszulak. Wyznanie było efektem pytania o to, czy on sam modli się o zwycięstwo dla zespołu Radoslava Latala. Kwestia interesująca, bo zawierająca podtekst znany z wielu pól bitewnych na przestrzeni wieków, czyli kwestię: – A co, jeśli tamci modlą się mocniej?

Wspomniany tekst mojego kolegi przypomniał mi się, gdy przy  okazji mistrzostw świata hokejowej drugiej ligi pojawiły się wzmianki o magii „Spodka”. I to w skrajnych wariantach. Na przykład z punktu widzenia krakowskiego, zjawisko to już nie istnieje, a cała dobra energia przeniosła się pod Wawel, dzieląc się pomiędzy legendarny czakram na samym zamku i Tauron Arenę, która imprezę tej samej rangi gościła przed rokiem.  I jak to z gusłami bywa, racjonalizm poszedł na bok: nikt zdawał się nie pamiętać, że także wtedy na dzień dobry reprezentacja Polski przegrała z Włochami i że cel w postaci wygrania grupy okazał się nieosiągalny. Stojące w opozycji do małopolskiego środowisko śląskie, patriotycznie wynoszące Spodek pod  niebiosa, również stosowało metodę podobną. Do znudzenia przypominając legendarny triumf nad ZSRR skrupulatnie pomijało fakt, że mistrzostwa sprzed czterech dekad zakończyły się ekstraklapą, czyli spadkiem z elity.

Lodowiska generalnie są chyba dla sztuk magicznych mało wdzięczne, bo w przeciwieństwie do boisk trawiastych trudno w nich zakopać za bramką czarnego koguta (w sumie dałoby się jednak na przykład wlać do rolby wiadro święconej wody), o czym wspominał znawca tajemnych praktyk afrykańskich, Henryk Kasperczak, którego w reprezentacji Mali wspomagał szaman. Podczas pracy w Górniku Zabrze takiego etatu nie było, no i zespół spadł… Nawiasem mówiąc, nie było zresztą także przedstawiciela nauki, czyli psychologa – o którym Kasperczak mówił, że dobry byłby w  szkole albo w jakimś zakładzie pracy, ale nie w piłkarskiej szatni.

Klątwa i pech – każde alibi jest dobre, by zrzucić z siebie część balastu porażki. Dla równowagi działają jednak także szczęście, wiara i  cuda, że tym razem się uda. Zawsze jednak pozostaje pytanie: a co, jeśli ci drudzy modlą się mocniej i mają lepszego szamana?

Kibice żadnego innego zespołu nie przeżyli w tym roku takiej huśtawki nastrojów, jak sympatycy Podbeskidzia Bielsko-Biała. Górale fundują im nieprawdopodobny emocjonalny rollercoaster – startując z ostatniego miejsca w tabeli wspięli się na  pogranicze grupy mistrzowskiej i dzięki klasyfikacjji fair play nawet do niej awansowali. Na krótko – bo Lechia Gdańsk wycofując swój wniosek z Trybunału Arbitrażowego strąciła ich z powrotem pod ligową linię demarkacyjną.

Rozkojarzeni bielszczanie w  pierwszym spotkaniu finałowej rundy zagrali jak przystało na drużynę z czołowej ósemki, czyli bezstresowo oddali punkty Termalice. W drugiej próbie, poruszając się już nieco żwawiej,  sprawili Górnikowi Zabrze prezent strzelając dla niego gola samobójczego. Natomiast po trzeciej przyznali, że Śląsk był dla nich po prostu za mocny.

W efekcie Podbeskidzie wplątało się w walkę o  utrzymanie i to bez gwarancji jej szczęśliwego zakończenia. Ku pokrzepieniu góralskich serc trzeba jednak zauważyć, że także pod tym względem i piłkarze, i kibice tego klubu są zahartowani. Można wręcz uznać, że balansowanie na krawędzi to dla bielszczan część tradycji, a plemię zamieszkujące górskie tereny tradycję szanuje wyjątkowo.

Dzięki temu klub z Bielska-Białej staje się dla ekstraklasy niezbędny.  Bo kto inny dostarcza w niej podobnie ekstremalnych wrażeń?

Łukasz Kruczek co najmniej przez dwa lata będzie pracował we Włoszech. Już sam ten fakt wzbudza zapewne zawiść wielu osób, bo przecież Italia to  jedno z najpiękniejszych miejsc w Europie. Słońce, zabytki, genialne jedzenie, wino, muzyka i śpiew.

Po prostu żyć nie umierać. A  jeszcze do tego pobierać pieniądze za  szkolenie skoczków narciarskich, którymi przejmuje się w całym kraju może kilkadziesiąt osób, wliczając rzecz jasna rodziny tych hobbystów… Jeśli spełnienie marzeń może przybierać formę materialną to z pewnością były selekcjoner Orłów właśnie tego doświadczył.

Żeby postawić sprawę jasno: nie przemawia przeze mnie małostkowa zazdrość (no, może troszeczkę, bo któż jest całkiem wolny od słabości). Przede wszystkim chcę wyrazić uznanie. Bo Kruczek na tę misję przypominającą – z  pełnym przekonaniem, że 40-latek z Buczkowic poświęci się jej bez reszty – sportową emeryturę, solidnie zapracował. Ostatnie lata spędził przecież w  niewyobrażalnym stresie. Nie jest wszak łatwo funkcjonować wśród rodaków sprawiających wrażenie, że od  wyników Kamila Stocha i spółki zależy co najmniej dochód narodowy brutto, i  płynnie przepływających (określenie nieprzypadkowe) ze stanu euforii do  depresji i z powrotem.

We Włoszech o presji nie będzie mowy, zresztą zadanie postawione przed Kruczkiem, czyli odbudowa tej dyscypliny sportu z poziomu samotnego Sebastiana Colloredo, w porównaniu do celów sięgających medali olimpijskich i mistrzostw świata, mówi samo za siebie. Z drugiej strony początkowo może to stanowić dla szkoleniowca nie lada szok. Obstawiam jednak, że aklimatyzacja w tak pięknych okolicznościach przyrody nie potrwa długo…

Uwaga końcowa. Pamiętacie skecz z „Żywotu Briana” Monty Pythonów, pod hasłem „Co nam dali Rzymianie”? Teraz na argumenty, że Rzym dał nam wodociągi, drogi, medycynę, edukację, wino, łaźnię i prawo będziemy mogli odpowiedzieć: – A my im daliśmy trenera skoczków narciarskich.

Czyż to nie brzmi dumnie?

Michel Platini ma być stałym gościem francuskiej federacji podczas Euro 2016. Zawieszony przez Komisję Etyki prezydent UEFA wpadł co prawda w kolejną niejasną sytuację, bo jego nazwisko pojawiło się w „Panama Papers”, jednak wszystko wskazuje na to, że mistrzostwa obejrzy z najbardziej prestiżowej loży każdego stadionu, który odwiedzi. Czy tak być powinno? Odpowiedzi neutralnych nie będzie, u podłoża każdej spocznie kamień węgielny sympatii lub antypatii. Bo sama etyka, niestety, przestała być już wymierna.

Afery wywołują bowiem emocje głównie w momencie ich wybuchu. Gdy kurz opada, przestają zajmować opinię publiczną, która swoje zainteresowanie zdążyła przerzucić tam, gdzie akurat płynie świeża krew. Pierwsze aresztowania, zawieszenie Platiniego i Blattera, o tak, to były tematy gorące. A  teraz? Czy ktoś przejął się tym, że w panamskich papierach pojawia się Gianni Infantino? Czy potwierdzenie przez samą FIFA faktu, że mundial 2010 został kupiony za łapówki jeszcze kimś wstrząsnął?

Nie inaczej jest na rynku krajowym. Najlepiej wie o tym Dominik Panek, niestrudzony kronikarz afery korupcyjnej w polskiej piłce, autor bloga „Piłkarska mafia”, na którym wciąż pojawiają się nowe dokumenty i zapisy wyroków, jakie zapadają w sprawie największego i najdłużej trwającego zbiorowego sportowego oszustwa w Europie. Od  dawna jednak te sądowe postanowienia nie mają szans przebicia się nie tylko na czołówki, ale chociażby na krótkie newsy gazet. Nawet te, dotyczące postaci odgrywających niegdyś niebagatelne role w tym piłkarskim pokerze…

W zalewie masowo produkowanych przez media wieści istotnych i – osiągających masę krytyczną – idiotycznych, śledzenie ważnych historii od początku do końca na pewno nie jest sprawą prostą. A  jednak czasem pamięć się nie poddaje, o czym może świadczyć epilog planów odprawiania mszy z okazji rocznicy narodowego chrztu przez arcybiskupa Paetza. Bo chociaż to story niesportowe, stanowi dowód, że czarne charaktery chcą z naszej niepamięci bezczelnie korzystać i liczą na to, że czasami naprawdę zbyt łatwo wybaczamy.

Bez względu na to, jak zakończy się bałagan związany z wyrokiem Trybunału Arbitrażowego, jedno nie ulega dla mnie wątpliwości: Dariusz Smagorowicz powinien złożyć dymisję z funkcji prezesa Ruchu Chorzów. Bo to właśnie on jest autorem dubeltowej klęski Niebieskich: ekonomicznej i sportowej.
Autorska polityka finansowa prowadzona przez Sma-gorowicza doprowadziła Ruch do ruiny, a jego pomysł na uratowanie klubu polega na tym, że każdy mieszkaniec Chorzowa powinien mu pożyczyć ponad 150 zł. Podobnie śmiałych poczynań szef klubu z Cichej w swojej karierze miał bez liku, więc niespecjalnie zaskoczyłaby mnie np. informacja, że próbował także pożyczyć, np. od Termaliki, … ligowy punkt.
Bo także obecna sytuacja sportowa Niebieskich to efekt działalności ich prezesa. Waldemar Fornalik i jego piłkarze zdobyli przecież liczbę punktów wystarczającą do gry w grupie mistrzowskiej, ale jeden z nich został im zabrany, ponieważ klub nie wywiązywał się ze zobowiązań. Co więcej, prezes Smagorowicz w momencie ogłoszenia tej decyzji rozbrajająco przyznał, że się jej… spodziewał. Nie spodziewał się za to, że można złożyć odwołanie do Trybunału, z czego tak skwapliwie skorzystała Lechia.
P.S. Warto zwrócić uwagę, że swoje trzy grosze do sytuacji Ruchu dołożyli jego kibole. To właśnie kary za oprawy zadecydowały o tym, że w tabeli fair play wyżej było Podbeskidzie.

Dwa mecze, dwa obrazki, dwa światy. Kilka tygodni temu we Wrocławiu oglądaliśmy żałosny spektakl poniżania piłkarzy Śląska, gdy banda kiboli przy biernej postawie porządkowych i sztabu trenerskiego, odbierała im koszulki. Na powtórkę zanosiło się też w miniony poniedziałek w Białymstoku. Scenariusz rozpisany przez tłuszczę zepsuł  jednak Michał Probierz. Szkoleniowiec Jagiellonii, twardy facet z Bytomia, przeskoczył przez bandę reklamową i stanął twarzą w twarz z bluzgającymi na  jego zawodników szaliko-wcami, a ci wyraźnie stracili koncept.

Z pewnością dyskusje  na temat zachowania Probierza będą trwały długo. Tym niemniej wytyczony przez niego szlak (może nie dosłownie, a  raczej w kategoriach linii programowej) powinien stać się obowiązujący dla całej Ekstraklasy, w której za normę przyjęto pomeczowe kajanie się piłkarzy przed  lżącym ich tłumem i brak zdecydowanych reakcji na sytuacje ekstremalne.  Żeby nie być gołosłownym wystarczy przypomnieć „powitanie” zespołu GKS Katowice w 2004 r. po powrocie z Łęcznej czy późniejszą o 5 lat „wizytację” na  treningu Górnika Zabrze, zakończoną ubieraniem zawodników w koszulki, o których trener Henryk Kasperczak  tchórzliwie mówił, że „były ładne i czyste”.

Najwyższa już pora, by w polskiej piłce przywrócić właściwy porządek rzeczy. Kibic jest specyficznym, bo podszytym emocjami, ale jednak tylko  klientem. Ma podobny status jak widz w kinie czy w teatrze, a swoje prawa i obowiązki może poznać kupując bilet. Różnica jest co najwyżej taka, że w przeciwieństwie do tamtych instytucji może sobie pokrzyczeć, a nawet pośpiewać (a propos – podczas ostatniego meczu w Zabrzu najzabawniej brzmiało hasło „Cały stadion do dymisji!”), ale to już wszystko. Reszta, a zwłaszcza działania dyscyplinujące i motywujące, należą tylko do  pracowników klubu. I do nikogo więcej.

PS. O niezrozumieniu oczywistego zdawałoby się podziału ról świadczyć może też list kibiców Ruchu Chorzów, którzy zgodzili się (!), by miasto udzieliło klubowi 18 mln zł pożyczki. To zadziwiające, że w uchwale podjętej przez radnych nie zostały uwzględnione podziękowania za tę zgodę…

PS. 2. Życie dopisało do tego tekstu koleny rozdział: w sobotę swoje koszulki oddali bluzgającym na nich szalikowcom piłkarze Górnika Zabrze…

Patrząc w tabelę wyraźnie widać marazm, w jaki popadła śląska i – to określenie na specjalne życzenie części Czytelników – beskidzka piłka. Pomijając całe ekonomiczne tło mające wpływ na tę sytuację, godny zauważenia jest aspekt psychologiczny, a dokładniej rzecz biorąc skrajny minimalizm prezentowany w naszych klubach.

Jej znakomitym przykładem jest właśnie Podbeskidzie Bielsko-Biała. Piłek meczowych, których wykorzystanie dałoby Góralom miejsce w czołowej ósemce, było już kilka, ale wszystkie zostały zmarnowane. Pomyślelibyście, że w takich momentach powinna dać o sobie sportowa złość? Nic z tego. Zamiast niej słyszeliśmy powtarzane banały, że celem nie jest górna połówka tabeli, a utrzymanie jako takie (a przecież w tym przypadku lewa równa się prawej).

W tym samym duchu wypowiadają się ludzie z  Piasta Gliwice, który jak ognia unika deklaracji, czy wciąż walczy o mistrzostwo Polski, z  Górnika Zabrze, gdzie nic nie dające remisy przyjmuje się jako sygnały postępu, a nie kolejnych brzemiennych w skutki punktowych strat, i z Ruchu Chorzów, dla którego sezon mógłby się zakończyć wraz z  awansem do ósemki (za to w wyciąganiu ręki po publiczne pieniądze władze tego klubu cechuje nieograniczona fantazja).

Szanowni panowie prezesi i trenerzy! Sport to show, i akurat w tej dziedzinie życia idąc cicho nie zajdzie się daleko, bo deklarowanie przez was najskromniejszych możliwych celów od razu znajduje wygodne miejsce w głowach piłkarzy. Zwłaszcza tych, którzy uparcie stawiają na maksymalizm – przy kasie rzecz jasna.

Niemcy już się boją, że Polacy ich złoją. Niemcy są słabi jak nigdy. Niemcy w panice.  Kryzys Niemców sięga dna. W Wielką Sobotę w nocy w polskich mediach zagrzmiały surmy bojowe i de facto zaksięgowano już trzy punkty dla biało-czerwonych za  mecz z mistrzami świata, który zostanie rozegrany 16 czerwca w Paryżu. A wszystko to na podstawie wygranej chłopców Adama Nawałki nad beznadziejnie słabą Finlandią oraz porażki piłkarzy Joachima Loewa z zaskakująco silną Anglią. Ledwie trzy dni później miny „ekspertów” zrzedły: Niemcy rozbili w  proch i pył Włochów, a Wyspiarze przegrali z Holandią. No i bądź tu kibicu mądry…

Aprzecież po prostu wystarczy zachować zdrowy rozsądek i nie wyciągać skrajnych wniosków ze sparingów, w  których oprócz taktycznych eksperymentów najlepsi piłkarze podświadomie, a może i z premedytacją, chronią swoje nogi, by pechowo nie wypaść z  kadry na  Euro 2016. Na  maksymalnym ryzyku i zaangażowaniu grają ci, którzy o wyjeździe do  Francji jedynie marzą, a  dodając do  tego chaos wynikający z kilkunastu zmian w czasie meczu, wynik na tablicy naprawdę nie ma aż takiego znaczenia.

Skąd więc ta narodowa euforia i jednoczesne deprecjonowanie rywala, z  którym w całej swojej historii na boisku wygraliśmy raptem jedyny raz? Tłumaczenie wydaje się oczywiste i składa się z dwóch punktów. Po  pierwsze w grę wchodzi narodowa tradycja – co cztery lata cała kibicowska Polska popada w  amok i irracjonalne przekonanie o  wyższości reprezentacji znad Wisły nad jej wszystkimi rywalami. A po  drugie – jak wiadomo człowiek na głodzie traci trzeźwość spojrzenia i popada w szaleństwo. Tymczasem zarówno na trybunach, jak i w środowisku dziennikarskim, głód sukcesu doskwiera nam od  lat 80. ubiegłego wieku i zwycięstw zespołu Antoniego Piechniczka. Radości zastępcze, w postaci samych awansów do turniejów finałowych, których elitarność dawno się rozmyła w rozbudowanych do absurdu drabinkach, najwyraźniej, i  słusznie, przestały działać na te bóle duszy kojąco.

Polski kibic, prowadzony do pewnego stopnia przez media, jest niczym hazardzista, który błyskawicznie zapomina o lekcjach pokory i nieustannie wierzy, że rozbicie banku jest tuż, tuż. Kace po mundialach 2002 i 2006 oraz mistrzostwach Europy 2008 i 2012 znów poszły w zapomnienie. Nikt nie ma więc wątpliwości, że do Francji jedziemy po medal, tym bardziej, że koszulki też mamy najładniejsze na świecie.