Miesięczne archiwum: Maj 2016

Na wynik składa się wiele czynników. Myślę, że nie warto wracać do historii – oświadczyła prezydent Zabrza Małgorzata Mańka-Szulik, pytana o to, kto ponosi winę za sytuację, w jakiej znalazł się Górnik Zabrze. Słowa te padły podczas prezentacji siódmego w ostatnich siedmiu latach (a był jeszcze roczny wakat) prezesa klubu, co najlepiej świadczy o tym, że akurat winnych pani prezydent znaleźć potrafi…

Takie doraźne odcinanie się od  przeszłości jest jednak zadziwiające w klubie, który historią żyje: o czternastu tytułach mistrzowskich mówi się w nim wszak bez przerwy. I tylko nieliczni głośno przypominają, że te trofea pokrywa kurz, podczas gdy dwa ostatnie spadki z ekstraklasy są świeżutkie, a jeden wręcz lśni nowością.

Zresztą teraźniejszość też nie wygląda różowo. Na wiele pytań wciąż brak odpowiedzi,  za to wszystkie słowa, jakie padły przy powitaniu nowego prezesa, słyszeliśmy w ostatnich siedmiu latach siedem razy. No, może poza tymi, że szef Rady Nadzorczej nie wie, co to strach.

W dzisiejszych czasach zdobycie popularności jest banalnie proste. Wystarczy spojrzeć na  przykład pewnej Marysi, która czekała na tramwaj, a że ten nie nadjeżdżał, to umilała sobie czas podrywaniem policjantów, a to wyszukanymi komplementami, a to zalotnym stukaniem paluszkami po ich tarczach. Ci jednak nie poznali się na tym wyrafinowanym flircie i rzucili Marysię na tak zwaną glebę, co zresztą dziewczę skwitowało uwiecznionym na zdjęciach szerokim uśmiechem. W końcu nie wiadomo, kto fotkę zobaczy i a nuż uda się dzięki niej zrobić jeszcze większą karierę.

Mniej więcej tak samo zachowuje się ostatnio właściciel Górnika Zabrze. Prezydent miasta, Małgorzata Mańka-Szulik, kokietowała ekstraklasę nowym stadionem, przygarniała do  serca niechcianych w innych klubach piłkarzy, wierzyła bogobojnemu trenerowi, że tramwaj wreszcie nadjedzie, aż w końcu klub został rzucony na glebę i nie potrafi z niej wstać. Jednak pomimo tej wyjątkowo niewygodnej pozycji, zabrzanie – niczym wspomniana Marysia – sprawiają wrażenie, że właściwie nic się nie stało. A w każdym razie nic takiego, co wymagałoby stanowczych działań. Problem Górnika polega jednak na tym, że w przeciwieństwie do panny M. on nie ma ministra, który na przekór faktom spróbowałby wykazać, że całe zajście to nie efekt sprawiedliwości dziejowej i kara za grzechy, a brutalny gwałt na niewinności (w takich kategoriach rozpatrują natomiast spadek  Podbeskidzia bielsko-bialski kolega po fachu Małgorzaty Mańki-Szulik, Jacek Krywult, oraz tamtejsi radni).

Tymczasem prawda jest brutalna: zarówno Marysia, jak i Górnik, na  swój los pracowali konsekwentnie od  dawna. Czekanie na tramwaj mijało się z celem, bo ich ruch był wstrzymany, a w otaczającej przystanek scenerii miało dokładnie tyle samo logiki, co postępowanie właściciela Górnika, który wierzył przede wszystkim w cud, nie dając jednak losowi zbyt wielu szans, by ten stał się ciałem.

Ofensywa marketingowa kiboli w  pełni. Tylko w ostatnich tygodniach przeprowadzili kilkanaście udanych akcji promocyjnych: najpierw odbierali piłkarzom koszulki, potem zorganizowali widowisko pirotechniczne na  Stadionie Narodowym, a w miniony weekend wywiesili w Warszawie  transparent zawierający groźby traktowane w  normalnym kraju jako karalne oraz urządzili uliczne polowanie na kobiety i dzieci w szalikach Górnika Zabrze.

Na tle tego rozmachu razi w oczy bezradność drugiej strony barykady. Ochroniarze przepuszczają na trybuny tony pirotechniki, kluby udają, że nie widzą przechowywanych w ich budynkach gigantycznych sektorówek, organizatorzy meczów rozglądają się wokół ze zdumieniem sugerując, że nie mają z tymi meczami nic wspólnego, policjanci atakowanym ludziom mówią w oczy: takie już wasze kibolskie życie, a politycy rządzącej opcji mają nie lada problem, bo sami wypuścili dżina z  butelki otaczając  zadymiarzy patriotyczno-religijną aureolą, gdy ci wypowiedzieli na trybunach wojnę rządowi Donalda Tuska.

W podobną pułapkę wszedł z własnej woli Zbigniew Boniek. Od początku swoich rządów w PZPN pozycjonuje się na partnera kibicowskich środowisk, promując na  przykład legalizację rac. Ba, już po żenującym spektaklu w finale Pucharu Polski, szef związku w rozmowie z Polsatem Sport oświadczył, że takie akcesoria są… przejawem inności i niezależności polskich kibiców. W sumie trudno się z tym nie zgodzić – zaprawdę trzeba być bardzo „innym”, by zniszczyć jeden z najważniejszych meczów sezonu, a w dodatku odebrać w nim wszelkie szanse własnej drużynie (bo narażenie „swojego” klubu na grzywny nie jest ewenementem). Także „niezależność” zdaje się dobrym określeniem na  lekceważenie prawa i poczucie bezkarności. Ale czy o to chodziło prezesowi PZPN?

O ryzykownej grze Bońka pisałem już TUTAJ

A przecież kluczem jest właśnie prawo, jego przestrzeganie i nieuchronność kary. Jasne, że patologii nie da się wyeliminować całkowicie, ale przy strategii „zero tolerancji” można ją zepchnąć na wąski margines, podczas gdy podając jej rękę ryzykuje się utratą wszystkich palców.

Górnik Zabrze tkwi pod kreską spadkową już od trzydziestu dwóch kolejek. I to, że wciąż ma nadzieję, że będzie należał do tych, których poznaje się nie po tym jak zaczynają, a po tym jak kończą, zawdzięcza tylko przedziwnemu systemowi rozgrywek. Ale jeszcze dziwniejszy jest fakt, że na Roosevelta sami tego piwa sobie nawarzyli.

Bo wystarczyło posłuchać Roberta Warzychy. Były reprezentant Polski połamał sobie zęby na zabrzańskiej rzeczywistości tak samo, jak niegdyś Ryszard Komornicki. Ten drugi przegrał z „szatnią”, ten pierwszy z władzą najwyższą, która wzięła go głodem, odcinając klub od pieniędzy i odmrażając sobie przy okazji uszy. Tymczasem to właśnie Warzycha miał rację stawiając diagnozę, czego (a właściwie kogo) Górnik potrzebuje.

W moim przekonaniu spełnienie jego wizji, czyli sprowadzenie w pierwszej kolejności przyzwoitego napastnika, wyszłoby Górnikowi na zdrowie zarówno pod względem sportowym, jak i finansowym. Koszty późniejszej absurdalnej zabawy związanej z zatrudnieniem Leszka Ojrzyńskiego, któremu trzeba było płacić równolegle z odprawami dla Warzychy, a przede wszystkiem jego piłkarskiej trupy objazdowej, na którą nagle znalazły się pieniądze, to właśnie bezpośrednie źrodło obecnej dramatycznej sytuacji zespołu z Zabrza.

Amerykanie, z natury wielbiący tylko zwycięzców, drugiego na mecie określają najczęściej nie w kategoriach sportowca spełnionego, a po prostu  jako pierwszego przegranego. Bo przecież bliżej szczytu być już nie można i takie porażki, tuż przed celem, bolą najbardziej. Trochę tak jak w boksie zawodowym, gdzie – poza słynną wypowiedzią pewnej prezenterki telewizyjnej na temat Andrzeja Gołoty – pokonany bynajmniej nie zabiera ze sobą ani tytułu „wice”, ani srebrnego medalu. Przegrał, więc się nie liczy. W światłach jupiterów zostaje tylko mistrz.

O tej prawdzie boleśnie przekonali się chociażby hokeiści walczący niedawno w Spodku. Dwumeczowy falstart pozbawił ich prawdziwego i leżącego w zasięgu możliwości sukcesu, jakim byłby awans do elity. Promowane w komunikatach PZHL sformułowanie, jakoby biało-czerwoni wywalczyli na tej imprezie brązowe medale, było porównywalne właśnie ze wspomnianym medialnym przypadkiem dotyczącym Gołoty. Na marginesie tej sprawy warto podkreślić, że słowa selekcjonera Jacka  Płachty, jakoby oczekiwania awansu powstały jedynie wśród dziennikarzy, były najbardziej żenującą wypowiedzią całego turnieju. Reprezentację Polski na  ten awans było stać i dlaczego go nie osiągnęła, pozostaje pytaniem na razie bez odpowiedzi.

Kibice śląskich klubów doskonale wyczuwają, co się tak naprawdę liczy. Ile razy np. piłkarze GKS-u Katowice słyszeli z trybun ironiczne „Wiela mocie majstrów?”. Tyle tylko, że już wszystkie złote medale, które trafiły na Śląsk, przykryła gruba warstwa kurzu (ostatnie zgarnął Ruch 27 lat temu!). I dlatego cały Śląsk – wspierany zapewne przez większość Polski – powinien w niedzielę solidarnie kibicować Piastowi Gliwice. Bo ta szansa, by dopisać kolejny dumny rozdział do futbolowej historii regionu, powinna łączyć, a nie dzielić. Tym bardziej że po drugiej stronie boiska stanie Legia. Po tym ostatnim zdaniu powinien się zapewne znaleźć uwielbiany przez młodzież uśmiechnięty emotikon, ale myślę, że możemy go sobie jednak darować, bo sprawa mimo wszystko jest całkiem poważna.

Finał Pucharu Polski był znakomitą lekcją poglądową o stanie krajowej piłki. Najliczniejsi kibole wspięli się na szczyty swoich możliwości, najlepsi piłkarze  pokazali, jak niewiele potrafią, a najlepszy sędzia zagubił się pod presją z najbogatszej loży VIP i nie odważył się podjąć decyzji, która na każdym innym meczu byłaby oczywista.

Przy okazji warto jednak zwrócić uwagę na polską teorię względności. Komentatorzy Polsatu najpierw chwalili odpalanie rac, by potem z rozpaczą w głosach zmienić zdanie, a PZPN pośrednio przyznawał się do zgody na pokaz poprzedzający spotkanie, podkreślając później finałowy szok związany z  zawiedzionym zaufaniem.

Prezesa Bońka ostrzegałem już w maju 2013. Oto dowód:

I to właśnie za tę naiwność, że kibolom można wierzyć, został w poniedziałek wystawiony rachunek, na  którym wstyd ściga się z głupotą. Bo nie od dziś wiadomo, że przyzwolenie na łamanie prawa, choćby w jego części i pod rzekomą kontrolą, zawsze kończy się tak samo, czyli dramatem.

PS. Po każdym meczu ligowym, w którym zostało naruszone prawo, kara spotyka i głównych winowajców (najczęściej w formie grupowej, np. zakazu wyjazdów), jak i organizatora spotkania. Dlatego z zapartym tchem będę śledził czwartkowe doniesienia czy PZPN ukarze sam siebie i jak tę karę wyegzekwuje, czy też zrzuci wszystko na Lecha i umyje ręce.