Miesięczne archiwum: Czerwiec 2016

Tak się złożyło, że w ciągu ostatnich trzech tygodni reprezentacja Polski rozegrała co najmniej tyle samo najważniejszych meczów w swojej historii, co od początku roku stoczono walk stulecia w boksie zawodowym. Dziś zostanie do tej kroniki dopisany kolejny rozdział: Biało-czerwoni staną przed szansą wejścia do najlepszej czwórki Starego Kontynentu.

Tak się złożyło, że scenerią potyczki z Portugalczykami będzie Marsylia. Miasto wyjątkowe, założone przez Greków w VI w. przed naszą erą, dziś stanowiące konglomerat wielu kultur (co w kilku dzielnicach przybrało jednak formę patologiczną) i mające stałe miejsce nie tylko na mapie turystycznej, ale także filmowej.

Bo przecież właśnie Marsylia jest jednym z głównych planów legendarnego „Francuskiego łącznika”, który powstał wtedy, gdy polska piłka święciła swoje największe triumfy. W czwartek śródziemnomorski port może się stać łącznikiem dosłownie i połączyć epokę Orłów prowadzonych przez Kazimierza Górskiego, a później Antoniego Piechniczka, z teraźniejszością. Na taki pomost czekamy już ponad trzydzieści lat.

Takie historie są solą sportu. Szaleni wikingowie z Islandii zatopili dumną angielską armadę, a piosenka z 1996 r. „Football’s coming home” nabrała wyjątkowo ironicznej wymowy.

We Francji nikt za Anglikami tęsknić nie będzie. Nie ze względu na historyczne zaszłości z wojną stuletnią w tle, ale z powodów całkiem współczesnych. Gospodarze mistrzostw mają przecież świeżo w pamięci awantury wywołane przez hordę pijanych Brytów, którzy – walcząc z Rosjanami i policjantami – zdemolowali Stary Port w Marsylii, znacząc swój bojowy szlak nie tylko krwią, ale też cuchnącymi plamami moczu na ulicach. Nic więc dziwnego, że po drugiej stronie kanału La Manche medialny lincz, jakiego dokonała wyspiarska prasa na upokorzonej reprezentacji swojego kraju, przyjęto z mściwą satysfakcją.

Kadrowiczom Adama Nawałki podobny los już nie grozi. Ich mecze dodają mistrzostwom kolorytu, a wyjątkowo urodziwe fanki futbolu znad Wisły zrobiły już dla wizerunku Polski więcej niż cały korpus dyplomatyczny razem wzięty.

Oprócz pokaźnej gotówki i jeszcze większej chwały na Euro można zdobyć – niczym w teleturnieju – także nagrody rzeczowe. Jedna z nich czeka na zespoły rozgrywające swoje mecze w Marsylii, o ile oczywiście ktoś z reprezentacyjnej ekipy pofatyguje się na zakupy.

Ta unikatowa pamiątka to… mydło. Marsylia słynie z pachnących kostek (to oczywiście uproszczenie, bo kształtów, barw, zapachów oraz rozmiarów jest bez liku) i potrafi się nimi chwalić. Tuż przy Starym Porcie, w turystycznym epicentrum, znajduje się muzeum dedykowane sztuce mydlanej produkcji, a obok umiejscowiono firmowy sklep przyciągający uwagę wystawą z naturalną wielkości figurą rybaka w łodzi wypełnionej kolorowymi produktami.

Z okazji mistrzostw Europy można tam kupić między innymi fioletowe kostki mydła z wyżłobionymi nazwami drużyn występujących na Stade Velodrome. Taka oryginalna pamiątka kosztuje 3,5 euro za sztukę. Dzięki awansowi do ćwierćfinału Polska będzie pierwszym krajem, którego nazwa pojawi się na pachnącym gadżecie dwukrotnie. Kibice biało-czerwonych ponownie pojawią się więc we wspomnianym sklepie, ale żaden z nich nie miałby pewnie nic przeciwko temu, by do domu przywieźć także marionetkę, z których słynie półfinałowy Lyon.

Nie od dziś wiadomo, że w Polsce żyje kilkanaście milionów selekcjonerów piłkarskiej reprezentacji. Do tej pory ich życie było proste. Wyniki kadry dowodziły przecież, że każdy z nich podjąłby lepsze decyzje niż siedzący na realnej ławce facet zarabiający kilkadziesiąt tysięcy złotówek miesięcznie.

Adam Nawałka niestety tę narodową zabawę popsuł. I to w sposób perfidny. Bo na przykład nie tylko nad Wisłą, ale też na trybunach w Saint-Etienne, nie było chyba nikogo, kto nie byłby przekonany, że tak długie wstrzymywanie się ze zmianami to prosta droga do porażki. Tymczasem cel po raz kolejny uświęcił środki, a selekcjoner ze stoickim spokojem, tak jak było to po poprzednich występach na Euro, po prostu oświadczył, że plan został zrealizowany. Że nawet wtedy, gdy było źle, to było dobrze, bo czasem trzeba zrobić krok do tyłu, żeby pójść dwa do przodu.

Nic więc dziwnego, że na Twitterze powstał już tzw. hasztag (czyli słowo kluczowe, określające temat wpisu), który brzmi #NawałkaWieLepiej. I ku zgrozie domorosłych selekcjonerów już po raz czwarty na tych mistrzostwach okazało się, że tak właśnie jest. Ba, i wcale na tych czterech przykładach nie musi się to skończyć.

Francuskie mistrzostwa od początku zorganizowane są, jak by to delikatnie ująć, dość nonszalancko. Gospodarze sprawiają wrażenie, że piłkę owszem i lubią, ale nie zamierzają z jej powodu zmieniać swoich przyzwyczajeń. Tak było na przykład w Marsylii, gdy położoną w obrębie samego stadionu część biura prasowego nieoczekiwanie odcięto od świata, bo ktoś, spiesząc się do domu, pozamykał wszystkie drzwi. W nagrodę za tę wewnętrzną dyscyplinę anonimowego pracownika mieliśmy jednak szansę przejść się po vip-owskim dywanie. Co prawda jedynie w kierunku ostatniego otwartego wyjścia, ale zawsze to przecież ważne doświadczenie, bo parafrazując pytanie z „Misia”: czy Państwo wiecie, kto po nim wcześniej stąpał?

Zdecydowanie mniej wesoło było w podróży powrotnej do Nantes. Mocne turbulencje i niski pułap chmur dostarczyły wrażeń, które bynajmniej nie kojarzyły się już z żadną komedią, a wręcz przeciwnie. Ale i tu okazało się, że częściowo podzieliliśmy doświadczenia gwiazd.

Lecący kilkanaście godzin wcześniej samolot czarterowy naszej reprezentacji wpadł bowiem w taką samą pułapkę pogodową, jak nasz airbus Air France. Pilot LOT-u nie zdecydował się jednak na lądowanie i poleciał do Rennes. Wychodzi więc na to, że my byliśmy towarem nieco mniej cennym niż Orły Nawałki, ale przynajmniej przez chwilę mogliśmy się poczuć w ich skórze.

We Francji do kolacji najczęściej zamawia się wino. Zwykle kieliszek, ale jest też opcja połowy butelki. Barman przynosi wtedy całą i tylko widniejąca na niej linia oddziela to, co zamówiliśmy, od tego, co powinniśmy pozostawić. To jedna z najsprytniej zastawionych pułapek na turystów: najczęściej ze stolika zabierane jest już tylko puste szkło, a w zamian trafia odpowiednio wyższy rachunek.

Reprezentacja Polski na Euro znalazła się właśnie w roli takiego klienta. Przyjechała po wyjście z grupy, ale jak tu zostawić świetnie bawiące się towarzystwo i poprzestać na planie minimum? Zwłaszcza że – w przeciwieństwie do turystów – im więcej kadra Nawałki ze stołu zgarnie, tym więcej na tym zarobi.

Trzeba też zdawać sobie sprawę, że francuskie mistrzostwa dopiero się zaczynają. Pierwsza faza rozgrywek służyła przede wszystkim oddzieleniu ziarna od plew. Przecież jeszcze cztery lata temu już sam awans na Euro przysługiwał właśnie szesnastce. Michel Platini rozwodnił tę elitę do granic absurdu, by zafundować igrzyska dla ludu, który jednak jest zbyt ubogi, by korzystać z nich w pełni. Bo i czas (miesiąc), i przestrzeń (między stadionami) to zabawa tylko dla bogatych.

Wracając jednak do punktu wyjścia. Chyba wszyscy zgodzimy się z tym, że nasza butelka jest na razie wciąż do połowy pusta?

Każdy wielki piłkarski turniej to jednocześnie targowisko próżności. Podczas Euro widać to szczególnie wyraźnie, bo właśnie na Starym Kontynencie płaci się najwięcej za umiejętność precyzyjnego kopnięcia piłki nogą.

Dla polskich piłkarzy, przede wszystkim tych z klubów Ekstraklasy, to prawdziwa nowość. W ostatnich dwóch turniejach jeszcze nie zdążyli przykuć czyjejś uwagi, a już właściwie ich nie było. Tym razem jest inaczej. Dwa mecze wykreowały co najmniej dwóch bohaterów. Nie tylko boiskowych, ale również spekulacyjno-transferowych. Szok przeżył przede wszystkim Bartosz Kapustka. Nastolatek z Cracovii z dnia na dzień znalazł się w centrum medialnego szaleństwa. Sam przyznał, że wyłączył wszystkie komunikatory, by zachować chłodną głowę. Ale też przykład Kapustki powinien dawać do myślenia. Okazało się bowiem, że niektóre pochwalne wpisy, pochodzące rzekomo z kont społecznościowych znanych przed laty piłkarzy, obszernie cytowane przez media, to tylko tak zwane fejki, a więc podszywanie się pod popularną postać.

I tak właśnie czasem bywa z popularnością, przypominającą bańkę mydlaną. Trzeba naprawdę wielu starań, by nie pękła szybciej niż powstała. Najważniejszy jest po prostu spokój, o czym wiedzą Michał Pazdan i jego mama, która na widok wozów transmisyjnych pod domem w Nowej Hucie po prostu wyłączyła telefon.

Race. To słowo jest w ostatnich dniach odmieniane we Francji przez wszystkie przypadki. Dla służb porządkowych stały się bowiem synonimem bezradności. Większej nawet niż tej, jaka towarzyszyła kibolskim awanturom na  ulicach i trybunach.

Francuskie media pytają wprost: dlaczego zawiódł system, który miał uniemożliwić wniesienie na stadiony jakiejkolwiek pirotechniki? Tymczasem, patrząc z zewnątrz, odpowiedź wydaje się oczywista. Tak naprawdę podczas Euro postawiono na działania odstraszające. Policjanci w pełnym rynsztunku i uzbrojeni po  zęby, mają przede wszystkim zniechęcać do prób podejmowania jakichkolwiek działań przez terrorystów. Nie wywierają jednak większego wrażenia na  kibicach, którzy w takiej eskorcie regularnie podróżują na mecze, zwłaszcza we wschodniej i bałkańskiej części kontynentu. I tu jest właśnie raca pogrzebana. Francuzi nie wpadli na przykład na to, by przyjechać na szkolenie na przykład do  Polski, gdzie stadionowe racowiska są na  porządku dziennym, a prezes piłkarskiego związku uważa je wręcz za  element kibicowskiej kultury.

Co jednak ciekawe:  we Francji biało-czerwoni fani są najwyraźniej wyjątkowo „niekulturalni”, bo tylko raz, przed meczem z  Niemcami, odpalili jedną jedyną racę…

Miejscowość, w której podczas Euro 2016 mieszkają Polacy, jest dość specyficzna. Na stałe przebywa w niej około 15 tysięcy osób, za to w miesiącach wakacyjnych populacja rozrasta się dziesięciokrotnie. Domy czekające na paryskich właścicieli i hotele bez turystów robią dziwne wrażenie, zwłaszcza w nocy, gdy wędrując przez puste ulice można odnieść wrażenie, że to sceneria filmu o świecie po apokalipsie.

Co ciekawe, wśród nielicznych osób, które pojawiają się po zmroku w równie nielicznych lokalach, właściwie nie ma kobiet, w tajemniczy sposób znikających wraz z zachodem słońca. I najwyraźniej zdaje się to nie przeszkadzać mężczyznom spędzającym parami czas nad kieliszkami wina lub – co i tak bywa ewenementem, bo połacie piasku zazwyczaj są równie puste jak ulice – na pięknej i  najdłuższej, bo liczącej 12 km plaży w Europie.

Z aniechaliśmy już prób wyjaśniania niezwykłej skali tego zjawiska, za  to w czasie, jak się teraz popularnie mówi, riserczu, natrafiliśmy na pewną  informację. Otóż La Baule bywa nazywane Miłosnym Wybrzeżem. Określenie to stanowi ponoć efekt dużej tolerancji dla (zastosujemy eufemizm, bo tekst możecie czytać przecież przed 23) okazywania sobie uczuć w publicznych miejscach. Co prawda takich scenek na własne oczy jeszcze nie stwierdziliśmy, ale barmana robiącego sobie selfie z, hmm, gadżetem ze sklepu tylko dla dorosłych i pub z przeszklonym prysznicem w jednej ze ścian już tak.

Miłość w La Baule ma jednak także inne oblicza. Bywa na przykład wyrażana rysunkami serduszek na plaży widocznej z hotelu, będącego bazą reprezentacji Polski. Kto je rysował, dla kogo i w jakim celu, niech może lepiej pozostanie tajemnicą. W każdym razie po  takich meczach, jak z Irlandią Północną i Niemcami, uczucie kibiców do zawodników nie zostanie zapewne zdmuchnięte przez wiatr tak szybko jak w 2008 i 2012.