Francuskie Euro jest na innym biegunie

Kategorie: Bez kategorii

Tagi: , , , , ,

Nareszcie. Wszyscy mieli już dość tego czekania. Na pierwszy gwizdek, pierwszy gol, pierwszy faul. Od piątku wszystko jest już inne, doba zmieniła rytm, a w domach rozgorzały walki o telewizyjne piloty.

Cztery lata temu było podobnie. Cztery… Aż trudno uwierzyć, że polsko-ukraiński turniej tak naprawdę stał się już historią. Najwyraźniej czas wrzucił bieg i przyspieszył.
Bo przecież wspomnienia tamtego szaleństwa są wciąż świeże. Wszechobecne logo turnieju, koszmarna piosenka, która mu towarzyszyła, gierki polityczne wokół inwestycji infrastrukturalnych, poczucie dumy, że na  kilka tygodni staliśmy się pępkiem Europy. Jak rzekliby gospodarze obecnych mistrzostw: n’est-ce-pas?

No właśnie. Rzekli i się zadumali. Bo francuskie Euro to inny, diametralnie inny, biegun emocji, co oczywiście nie oznacza, że nad Sekwaną nie kochają futbolu. Po prostu bagaż ostatnich doświadczeń wyraźnie zmienił proporcje ważności. Piłka wypadła z centrum wszechświata i poszybowała na ważną, ale jednak tylko orbitę.

Czasami można odnieść wrażenie, że Francuzi marzą o tym, by te mistrzostwa już się skończyły. By były bezpieczne i by można było odetchnąć z ulgą. Wszyscy wyjadą cali i zdrowi, a  wtedy będzie można usiąść w fotelach i zobaczyć mecze z odtworzenia, wreszcie naprawdę delektując się emocjami bez poczucia, że trzeba mieć oczy dookoła głowy. Nie jest bowiem zaskoczeniem, że w mediach dominują nie dylematy związane z taktyką boiskową, a ze strategią walki z terroryzmem.

Wciąż obowiązujący stan wyjątkowy, związany z pamiętnymi zamachami, to jednak nie wszystko. Na  Francję zwaliły się przecież dodatkowo kataklizmy żywiołowe i społeczne – nawiasem mówiąc wyraźnie brakuje im jakiegoś byłego premiera, na którego można by zwalić całą winę. O ile z powodziami poradzono sobie dość sprawnie, to strajkowe groźby kolejarzy czy pracowników lotnisk wciąż są aktualne i realizowane. I tu właśnie widać kolejną wielką różnicę w stosunku do Polski. Rząd nie skapitulował i nie uznał mistrzostw Europy za pistolet przystawiony do głowy. Burzliwe, przypominające kopanie się z koniem negocjacje, toczą się własnym rytmem i dzień 10 czerwca bynajmniej nie był w nich cezurą.

Bo  Euro to jednak tylko sport. Ktoś musi wygrać, ktoś przegrać. Ale najważniejsze, by nie stracić głowy. W przypadku turnieju 2016 to zdanie ma niestety dość dosłowne znaczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*