Osiemdziesiąt minut lotu samolotem plus siedemdziesiąt kilometrów jazdy samochodem – tyle dzieliło w poniedziałek upalną Niceę od  La Baule, które powitało nas ulewą i porywistym wiatrem.

Warto pamiętać, że równie szybko mogą zmieniać się warunki i nastroje. Także w  sporcie, gdzie zawsze jesteś tak dobry (albo tak kiepski) jak twój ostatni mecz. I tego właśnie doświadcza polska reprezentacja. Pokonanie bardzo słabej Irlandii Północnej wyniosło biało-czerwonych w całości, a Bartosza Kapustkę indywidualnie, na  zupełnie nowy poziom.

Żeby było jasne – też uważam, że obecna kadra jest najmocniejsza w historii nowożytnej polskiego futbolu, ma najlepszych piłkarzy i znakomitego trenera. No i tę odziedziczoną od niego konsekwencję połączoną z zabójczą pewnością siebie, co przełożyło się  na trzy historyczne punkty. Ale przy całej radości znacznie bliższe od bezgranicznej kibicowsko-medialnej euforii są mi słowa samych piłkarzy, którzy spokojnie przypominają, że mistrzostwa Europy to turniej, a  oni pokonali dopiero pierwszą, i to nie najwyższą przeszkodę. Wiedzą, że wszystko, co najważniejsze, dopiero przed nimi.

I właśnie te deklaracje (mam nadzieję, że szczere) zaimponowały mi bardziej niż samo niedzielne zwycięstwo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*