Francuskie mistrzostwa od początku zorganizowane są, jak by to delikatnie ująć, dość nonszalancko. Gospodarze sprawiają wrażenie, że piłkę owszem i lubią, ale nie zamierzają z jej powodu zmieniać swoich przyzwyczajeń. Tak było na przykład w Marsylii, gdy położoną w obrębie samego stadionu część biura prasowego nieoczekiwanie odcięto od świata, bo ktoś, spiesząc się do domu, pozamykał wszystkie drzwi. W nagrodę za tę wewnętrzną dyscyplinę anonimowego pracownika mieliśmy jednak szansę przejść się po vip-owskim dywanie. Co prawda jedynie w kierunku ostatniego otwartego wyjścia, ale zawsze to przecież ważne doświadczenie, bo parafrazując pytanie z „Misia”: czy Państwo wiecie, kto po nim wcześniej stąpał?

Zdecydowanie mniej wesoło było w podróży powrotnej do Nantes. Mocne turbulencje i niski pułap chmur dostarczyły wrażeń, które bynajmniej nie kojarzyły się już z żadną komedią, a wręcz przeciwnie. Ale i tu okazało się, że częściowo podzieliliśmy doświadczenia gwiazd.

Lecący kilkanaście godzin wcześniej samolot czarterowy naszej reprezentacji wpadł bowiem w taką samą pułapkę pogodową, jak nasz airbus Air France. Pilot LOT-u nie zdecydował się jednak na lądowanie i poleciał do Rennes. Wychodzi więc na to, że my byliśmy towarem nieco mniej cennym niż Orły Nawałki, ale przynajmniej przez chwilę mogliśmy się poczuć w ich skórze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*