Miesięczne archiwum: Czerwiec 2016

To prawda, że Islandczycy, dzięki heroicznej boiskowej walce z Portugalczykami zasłużyli na sympatię i szacunek, jednak upodobnienie całych mistrzostw do gejzerów to jednak pewna przesada.

A właśnie tak wygląda Euro 2016. Gorące centra w postaci stadionów i stref kibica (czasem też barowych bójek), a następnie skokowe spadki temperatury, gdy zaczynamy tracić je z oczu. Nie ma żadnego śladu po polsko-ukraińskiej zabawie sprzed czterech lat i nie da się całkowicie wytłumaczyć tej pasywności wyłącznie sytuacją, w jakiej znalazła się Francja w ostatnich miesiącach. Ani specyfiką narodu, który wbrew stereotypom do szczególnie rozrywkowych nie należy, a jeśli już, to raczej w kategoriach indywidualnych niż masowych.

Bo przecież kraj, chociaż ma swoje problemy, nadal należy do zamożnych. Tymczasem na mistrzostwach Europy okazał się wyjątkowym sknerusem. Organizacja turnieju jest dość niechlujna, kibice (i dziennikarze) walczą z rozgrzebanymi drogami i kiepskim oznakowaniem kierunków związanych z imprezą, nawet w bezpośredniej bliskości aren zalegają śmieci, a stan stadionowych toalet nie nadaje się do  opisywania przed godziną 23.

Potwierdzają się więc wrażenia z pierwszych dni, że o ile w 2012 Euro było raczej stanem umysłu, to w 2016 jest tylko minimalistycznym wywiązywaniem się z zobowiązań.

Groźba wykluczenia Rosji z mistrzostw Europy wywarła wielkie wrażenie prawie na wszystkich, poza jej winowajcami, czyli kibolami. Ledwie wybrzmiały ostatnie słowa komunikatu, a już doszło do kolejnej awantury w Lille. Tym razem także z udziałem Anglików i Walijczyków.

Cała ta sprawa wywołuje we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony, bandytyzm stadionowy i uliczny wymaga równie brutalnych reakcji  służb porządkowych, ale z drugiej – decyzja UEFA pozostawia jednak spore pole do popisu zwolennikom spiskowych teorii dziejów.

O ile bowiem główne role rosyjskich zadymiarzy w wydarzeniach w Marsylii nie pozostawiają wątpliwości, o tyle zastanawiające jest przymykanie oczu na Anglików, którzy także kilkakrotnie używali już rąk do innych celów niż obieranie homarów, czy Niemców popisujących się fotografią z Paryża na tle nazistowskiej flagi i z gestami zdobywców (co prawda bez jednego choćby wystrzału) stolicy Francji z 1940 roku.

Zbiorowej odpowiedzialności w podobnych przypadkach uniknąć nie sposób. Ale UEFA, grożąc wykluczeniem reprezentacji, posuwa się za daleko. Bo przecież można sobie wyobrazić sytuację, że Sborna wróci już do domu, a niezidentyfikowani uczestnicy zajść nadal będą delektować się turniejem, korzystając z zakupionych wcześniej biletów. Może więc jednak lepiej naprawdę pozostawić sprawy bezpieczeństwa służbom, które mają to w zakresie obowiązków, a nie wylewać dziecka z kąpielą na ołtarzu odbudowywania własnego, fatalnego zresztą, wizerunku?

Jeśli wydawało wam się, że najczęściej oglądany film z Euro 2016 zawiera gole, faule albo chociażby ujęcia najładniejszych dziewczyn, jakie pojawiają się na trybunach turnieju, to jesteście w błędzie. Absolutnym hitem okazało się żenujące zachowanie Joachima Löwa, selekcjonera Niemców, który podczas meczu z Ukrainą dłubał sobie palcami to tu, to tam, a następnie kontemplował efekty organoleptycznie.

Postępowanie szkoleniowca mistrzów świata było także jednym z głównych tematów poruszanych podczas wtorkowej konferencji w ośrodku naszych czwartkowych rywali. W obronie Löwa stanął Łukasz Podolski. Gliwiczanin kopiący piłkę z czarnym orłem na piersiach skontrował dziennikarzy zdaniem: „Myślę, że 80 procent z was też drapie się czasem po jajach”. Nie dodał jednak, po czym drapią się pozostali, a szkoda, bo temat przyćmił nawet komunikat UEFA o groźbie wycofania reprezentacji Rosji w związku z zachowaniem jej kiboli.

W reprezentacji Polski tego typu statystyki z pewnością nie są głównym punktem dyskusji (drugi trener Bogdan Zając i tak uważa, że procenty to są dobre, ale na butelkach z alkoholem), jednak jakieś emocje na pewno wywołuje. Bo nietrudno wyobrazić sobie zdegustowanie towarzyszące słynącemu z elegancji Adamowi Nawałce na  myśl o – zwłaszcza pomeczowym – podaniu ręki obrzydliwcowi ze Szwarcwaldu.

Osiemdziesiąt minut lotu samolotem plus siedemdziesiąt kilometrów jazdy samochodem – tyle dzieliło w poniedziałek upalną Niceę od  La Baule, które powitało nas ulewą i porywistym wiatrem.

Warto pamiętać, że równie szybko mogą zmieniać się warunki i nastroje. Także w  sporcie, gdzie zawsze jesteś tak dobry (albo tak kiepski) jak twój ostatni mecz. I tego właśnie doświadcza polska reprezentacja. Pokonanie bardzo słabej Irlandii Północnej wyniosło biało-czerwonych w całości, a Bartosza Kapustkę indywidualnie, na  zupełnie nowy poziom.

Żeby było jasne – też uważam, że obecna kadra jest najmocniejsza w historii nowożytnej polskiego futbolu, ma najlepszych piłkarzy i znakomitego trenera. No i tę odziedziczoną od niego konsekwencję połączoną z zabójczą pewnością siebie, co przełożyło się  na trzy historyczne punkty. Ale przy całej radości znacznie bliższe od bezgranicznej kibicowsko-medialnej euforii są mi słowa samych piłkarzy, którzy spokojnie przypominają, że mistrzostwa Europy to turniej, a  oni pokonali dopiero pierwszą, i to nie najwyższą przeszkodę. Wiedzą, że wszystko, co najważniejsze, dopiero przed nimi.

I właśnie te deklaracje (mam nadzieję, że szczere) zaimponowały mi bardziej niż samo niedzielne zwycięstwo.

Naturalnym stanem przyrody jest równowaga. Francuskie służby bezpieczeństwa solidnie nią zachwiały i właśnie otrzymują za  to słony rachunek wstydu (właśnie to słowo stanowi jedynkowy tytuł niedzielnego wydania L’Equipe). Poświęcenie olbrzymich sił na  walkę z terroryzmem otworzyło lukę, w którą wcisnęli się kibole.

W przeciwieństwie do  mistrzostw sprzed czterech lat o chuligańskim zagrożeniu tym razem nie mówiono niemal wcale. Temat zamknął pół roku temu Antoine Boutonnet, szefujący zespołowi do walki z  zadymiarzami, ogłaszając, że te kwestie są już pod całkowitą kontrolą podległych mu służb. To, co wydarzyło się w Marsylii (na skalę makro) i Nicei (wersja mikro) całkowicie zaprzeczyły tym słowom.

Wygląda na to, że Francuzi musieli wybrać między dżumą a  cholerą. Ich decyzja była oczywista, ale ciche marzenie, że ta druga zaraza pozostanie w  ukryciu nie miało szans spełnienia, bo akurat ona związana jest mocną pępowiną właśnie z futbolem.

Inną kwestią pozostaje pytanie, jakim trzeba być idiotą, by w  Marsylii śpiewać pieśni prowokujące ISIS. Czyżby angielscy kibice chcieli ściągnąć na Euro wszystkie możliwe plagi?

Nareszcie. Wszyscy mieli już dość tego czekania. Na pierwszy gwizdek, pierwszy gol, pierwszy faul. Od piątku wszystko jest już inne, doba zmieniła rytm, a w domach rozgorzały walki o telewizyjne piloty.

Cztery lata temu było podobnie. Cztery… Aż trudno uwierzyć, że polsko-ukraiński turniej tak naprawdę stał się już historią. Najwyraźniej czas wrzucił bieg i przyspieszył.
Bo przecież wspomnienia tamtego szaleństwa są wciąż świeże. Wszechobecne logo turnieju, koszmarna piosenka, która mu towarzyszyła, gierki polityczne wokół inwestycji infrastrukturalnych, poczucie dumy, że na  kilka tygodni staliśmy się pępkiem Europy. Jak rzekliby gospodarze obecnych mistrzostw: n’est-ce-pas?

No właśnie. Rzekli i się zadumali. Bo francuskie Euro to inny, diametralnie inny, biegun emocji, co oczywiście nie oznacza, że nad Sekwaną nie kochają futbolu. Po prostu bagaż ostatnich doświadczeń wyraźnie zmienił proporcje ważności. Piłka wypadła z centrum wszechświata i poszybowała na ważną, ale jednak tylko orbitę.

Czasami można odnieść wrażenie, że Francuzi marzą o tym, by te mistrzostwa już się skończyły. By były bezpieczne i by można było odetchnąć z ulgą. Wszyscy wyjadą cali i zdrowi, a  wtedy będzie można usiąść w fotelach i zobaczyć mecze z odtworzenia, wreszcie naprawdę delektując się emocjami bez poczucia, że trzeba mieć oczy dookoła głowy. Nie jest bowiem zaskoczeniem, że w mediach dominują nie dylematy związane z taktyką boiskową, a ze strategią walki z terroryzmem.

Wciąż obowiązujący stan wyjątkowy, związany z pamiętnymi zamachami, to jednak nie wszystko. Na  Francję zwaliły się przecież dodatkowo kataklizmy żywiołowe i społeczne – nawiasem mówiąc wyraźnie brakuje im jakiegoś byłego premiera, na którego można by zwalić całą winę. O ile z powodziami poradzono sobie dość sprawnie, to strajkowe groźby kolejarzy czy pracowników lotnisk wciąż są aktualne i realizowane. I tu właśnie widać kolejną wielką różnicę w stosunku do Polski. Rząd nie skapitulował i nie uznał mistrzostw Europy za pistolet przystawiony do głowy. Burzliwe, przypominające kopanie się z koniem negocjacje, toczą się własnym rytmem i dzień 10 czerwca bynajmniej nie był w nich cezurą.

Bo  Euro to jednak tylko sport. Ktoś musi wygrać, ktoś przegrać. Ale najważniejsze, by nie stracić głowy. W przypadku turnieju 2016 to zdanie ma niestety dość dosłowne znaczenie.

Spokojnie, spokojnie. Wcale nie uważam, że piłkarz Bayernu Monachium (fakt, że klubu niespecjalnie sympatycznego) nie zasługuje na to, by nosić koszulkę z godłem narodowym. Ba, dzięki niemu także Wasi wysłannicy na Euro budzą sympatię w  każdej brasserii, gdzie wznosi się na ich cześć okrzyki „Vive la Pologne” na  zmianę właśnie  z „Vive Lewy”. Mieszkańcy La Baule nie mają już bowiem żadnych wątpliwości, że kapitan polskiej reprezentacji to ikona  nie tylko nadwiślańskiego futbolu. Absolutnie największa i  najjaśniejsza, deklasująca dotychczasowych liderów, czyli Ludovica Obraniaka i Lukasa Podolskiego.

Tytułowe żądanie to po prostu  fragment obrazka z treningu kadry Adama Nawałki. Właśnie takie życzenie mruczał pod nosem jeden z zagranicznych kamerzystów, a gdy w cudowny sposób zostało spełnione, aż jęknął z podziwu. – Ależ on jest fit… –  ekscytował się później z  niekłamanym zachwytem w głosie i w  oczach inspirator niniejszego tekstu.

W przeciwieństwie do jego preferencji – które zapewne podziela między innymi pani Anna, prezentująca się zresztą  jeszcze bardziej fit – dla polskich kibiców  najważniejszy będzie jednak Lewandowski w koszulce. Zwłaszcza tej, w której w meczu z  Irlandczykami grozi  poważny sprawdzian wytrzymałości materiału, z jakiego została uszyta.

No to zaczynamy zabawę na serio. Koniec udawania i testowania, stawiania zasłon dymnych i bojowych deklaracji. Nieważne będzie nawet tak zwane piękno futbolu. Liczą się już tylko punkty i miejsce w tabelce. Nic więcej.

Polacy startują w Euro po raz trzeci w  historii. I po raz trzeci z takiego samego pułapu. Nie ma w kraju nikogo, kto głośno wątpiłby w sukces. Bo przecież wszystko nam sprzyja. I pogoda, i stadiony, i kibice. No i nowe reguły, które rozwodniły dotychczasową elitarność starcia najlepszych drużyn Starego Kontynentu. Nic tylko grać i strzelać gole.

Ta wiara po raz pierwszy ma jednak racjonalne podstawy. Na pewno nigdy wcześniej nie mieliśmy tak dobrych piłkarzy, grających (a nie tylko pobierających pensję) w dużych, a czasem nawet w wielkich klubach. Mamy też wreszcie selekcjonera profesjonalistę, zimnego, wyrachowanego i twardego, ze sztabem, w którym każdy wie, co ma robić.

Krótko mówiąc: jeśli nie teraz to kiedy? Stare powiedzenie mówi, że do  trzech razy sztuka. Adam Nawałka i jego zespół mają niepowtarzalną okazję, by udowodnić, że jest prawdziwe. A jeśli znów się nie uda? No cóż, to w końcu reprezentacja Polski, kraju, który piękne katastrofy kocha tak samo jak wielkie zwycięstwa.

Fakt, że mistrzostwa Europy są naprawdę wielką grą nie tylko boiskową, ale również medialną, stanowi oczywistą oczywistość. W  zalewie wszechobecnej i błyskawicznej informacji sam news o kontuzji to już za  mało, naprawdę świetnie jest dopiero wtedy, gdy wiesz, jaki kolor ma bandaż, którym owinięto nogę nieszczęśnika.

Świat mediów stał się w  tym wyścigu polem walki bezwzględnej, w której wszystkie chwyty są dozwolone. Zwłaszcza takie, które paraliżują nie tylko konkrecję, ale i rozmówców. Jak na przykład nie stracić tchu z wrażenia, gdy na konferencji prasowej z selekcjonerem pada pytanie czy w  związku z piękną pogodą i idealnie pasującymi do  niej okolicznościami atlantyckiej przyrody, szkoleniowiec kadry nie ma obaw, że piłkarze poczują się jak na  urlopach?!

Przedsmak szaleństwa mieliśmy w Arłamowie, gdy na żywo relacjonowano lądowania helikopterów, którymi docierali na zgrupowanie kadrowicze. Brakowało jedynie żółtego paska z informacją, że zjedli już śniadanie. We Francji będzie już tylko mocniej, szybciej i absurdalniej.

A jeśli naprawdę interesuje państwa odpowiedź na  tytułowe pytanie to przyznam, że my ją znamy. Na  przykład prezes PZPN we wtorek zażyczył sobie paellę z homarami. Prawda, że ta wiadomość zmieniła Wasze życie?

Dla polskich kibiców samochodowa podróż na  mistrzostwa Europy 2016 okazuje się nie lada testem wytrzymałości. Nie tylko z powodu długości jej trwania, urozmaiconej w dodatku przez wykopki na  niemieckich i francuskich autostradach, ale przede wszystkim ze względu na wymuszoną prohibicję w ostatnich etapach.

Miny napotkanych po drodze rodaków były bezcenne niczym w reklamie pewnej karty kredytowej. Bo czy mogli w najczarniejszych wizjach przypuszczać, że w krajach słynących z piwa i wina, poświęcający się dla Sprawy kibic znad Wisły może uschnąć z pragnienia? Okazało się bowiem, że na niemieckich stacjach benzynowych wprowadzono embargo na  sprzedaż napojów wysoko i niskowyskokowych w godzinach od północy do siódmej rano, a na francuskich w ogóle można kupić jedynie pewnego Blonda, tyle, że też pozbawionego jakichkolwiek procentów? A przecież wzięte na drogę zapasy kiedyś się kończą.

Opinii rodaków o takiej polityce, diametralnie innej od narodowej, gdzie tankowanie na stacjach niejedno ma imię, przytaczać zapewne nie trzeba. Ale jedna zapadła nam w pamięć szczególnie. Opakowana została w ciężkie westchnienie o następującej treści: – Francja to jednak dziki kraj…