Miesięczne archiwum: Lipiec 2016

Kobieta lekkich obyczajów, nawet najbłyskotliwsza z błyskotliwych, nigdy już nie wróci do grona dziewic z kółka różańcowego. Nie powinniśmy więc dziwić się zakłopotanym licom bossów Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, którzy woleli tchórzliwie umyć ręce niż wydać jednoznaczny wyrok w sprawie Rosjan.

Bo jakie prawo moralne do karania oszustów ma instytucja, której cała seria decyzji budzi etyczne zastrzeżenia? Czy oddanie olimpijskiego ognia Pekinowi, w którym prawa człowieka łamane są bynajmniej nie tylko poprzez zablokowanie mu dostępu do Facebooka, było przejawem krystalicznej czystości myśli i uczynków? A pozwolenie Władimirowi Putinowi na urządzenie potrzebnych mu wizerunkowo igrzysk w Soczi było gestem litości czy cynicznej kalkulacji, w której przeważyły tony dolarów, jakie wpompowano w miejsce, niemające żadnych predyspozycji do zimowych harców? No i niby jak tu teraz ugryźć tę rękę, która karmiła wtedy ruch olimpijski?

Rosyjski przemysł dopingowy mnie brzydzi. Oszustwo zawsze takim pozostanie, nawet jeśli jest wyrafinowane i wyjątkowo sprytnie zorganizowane. Ale czy ktokolwiek wierzy w to, że tylko zielone ludziki z naszego wschodu manipulowały próbkami, a więc de facto wynikami i podziałem medali? Zresztą zadajmy sobie pytanie pierwsze z brzegu: gdzie dziś znajdują się hurtowi chińscy mistrzowie olimpijscy z 2008 roku?

Proceder związany z weryfikacją wyników imprez, które dawno się już zakończyły, staje się wstydliwą tradycją w zabawie w policjantów i złodziei (tych ostatnich w dużej mierze zainspirował zresztą sam MKOl, komercjalizując swoich pięć kółek do granic szaleństwa). Weryfikacje wyników, odbieranie trofeów i dyskwalifikacje poniewczasie to jednak broń umiarkowanie skuteczna. Skuteczniejszy – i w dodatku prewencyjny – byłby całkowity zakaz udziału w igrzyskach dla sportowców, którym chociaż raz udowodniono stosowanie niedozwolonego wspomagania. Ale powinien być stosowany tylko indywidualnie i sprawiedliwie, to znaczy zawsze i wobec wszystkich, bez względu na godło widniejące na ich paszportach.

Wubiegłym roku Górnik Zabrze wydawał na płace więcej pieniędzy niż w ogóle zarabiał. O tym fragmencie raportu, przygotowanego tradycyjnie przez firmę Deloitte, pisaliśmy już obszernie na łamach „Dziennika Zachodniego”, jednak temat wciąż jest gorący, bo z szafy na Roosevelta co kilka dni wypadają kolejne ofiary tego rozpasania, z niespłaconymi trenerami Leszkiem Ojrzyńskim i Robertem Warzychą na czele.

Zabrzańska polityka – to określenie w przypadku Górnika jest zadziwiająco wieloznaczne – zakończyła się kompletnym krachem, zarówno sportowym, jak i finansowym. Mechanizmy funkcjonujące na Roosevelta powinny trafić do podręczników dla przyszłych adeptów zarządzania klubami sportowymi jako nieprawdopodobny wręcz zbiór wszystkich możliwych błędów i pomyłek, w dodatku popełnianych za publiczne pieniądze.

Górnik za tę nieodpowiedzialną zabawę zapłacił najwyższą cenę i rozgrywki ekstraklasy ogląda już tylko w telewizji. Nie ma więc udziału w „tytularnym” kontrakcie podpisanym przez prowadzącą ligę spółkę z marką Lotto. A ta umowa także powinna dawać do myślenia ekonomistom. Objęcie patronatem najwyższego szczebla krajowych rozgrywek wyceniono na (chociaż nie potwierdzono tego oficjalnie) 10 mln zł. No cóż, taka jest widocznie realna wartość ekstraklasy, w której stwierdzenie, że każdą złotówkę ogląda się dwa razy, dawno straciło rację bytu. Zwłaszcza, gdy te złotówki pochodzą z naszych kieszeni.

Kabaret „Tey” w swoim kultowym programie „Z tyłu sklepu” miał skecz, w którym pani Pelagia opowiadała o produkcji bombek (w asortymencie od A do N). Gdy odgrywający ją Bohdan Smoleń dowiadywał się, że wywiad jest prowadzony dla wieczornego dziennika, zaczynał wyliczankę z pamiętnym hasłem „O, to bez kozery powiem pińćset!”. Scenka ta – wciąż aktualna, o czym można się przekonać oglądając współczesne Wiadomości – zyskała w ostatnich dniach nowy wymiar.

W roli Pelagii wystąpił tym razem Zbigniew Boniek. Prezes PZPN, podekscytowany awansem biało-czerwonych do ćwierćfinału ME oraz związanym z francuskim turniejem pokaźnym transferem eurowaluty do kasy narodowej federacji, oświadczył, że nic nie stoi na przeszkodzie, by w turnieju występowało jeszcze więcej zespołów. Dokładniej 32. Biorąc pod uwagę progres: do 1976 na Euro grały cztery zespoły, do 1992 osiem, do 2012 szesnaście, a w bieżącym już dwadzieścia cztery, propozycja Bońka stanowi idealną puentę odświeżonego skeczu. I to w pełnej obsadzie, bo schedę po reporterze, czyli Zenonie Laskowiku, mógłby przejąć chwilowo bezrobotny niezrównany scenarzysta Michel Platini.

Francuz znalazłby się w ten sposób na właściwym miejscu, bo zabawnych pomysłów ma co najmniej tyle ile zer na czeku, jaki otrzymał od Seppa Blattera, a który był gwoździem do trumny, w jakiej spoczęła uefowska prezydencka kariera. Wystarczy przypomnieć flagowe koncepcje Platiniego – rozbudowywanie do granic zanudzenia Ligi Mistrzów, irracjonalną logistyczną międzynarodówkę, jaką będą kolejne mistrzostwa Europy, czy Ligę Narodów, która zastąpi mecze towarzyskie – aby wyrobić sobie opinię o jego rozmachu, a właściwie rozcieńczania elitarności najważniejszych wydarzeń w imię równości i braterstwa.

Może to zresztą szkoda, że afera czekowa zesłała Platiniego do Cassis, bo moglibyśmy doczekać rewolucji na jeszcze większą skalę. Na przykład otwartej licytacji finansowej zamiast boiskowych eliminacji. Emocje byłyby porównywalne co najmniej do kwalifikacyjnej sesji w Formule 1.

Pozory jednak mylą. Wyglądało przecież na to, że Piast Gliwice – przynajmniej na tle śląskiego futbolowego pejzażu – to dość jasny i stabilny układ, budowany na miarę środków i możliwości, które okazywały się wystarczające, by osiągnąć prawdziwy sukces. Wicemistrzostwo Polski ekipy z Okrzei było oczywiście także wynikiem słabości ekstraklasy, ale jednak srebrne medale ukuto z kruszcu uczciwej próby.

Tymczasem tuż po tym, jak strzeliły korki szampanów, misterna układanka w Gliwicach zaczęła się rozsypywać. Dziwne gierki prowadzone wokół trenera, transferowe seryjne porażki i słowne ataki kibiców na jednego z akcjonariuszy, okazały się prostą drogą do upokorzenia, jakim była klęska z IFK Goeteborg na własnym stadionie. A potem poszło już z górki i Piast przeszedł do historii jako klub, który najszybciej zdezaktualizował wszelkiej maści Niezbędniki Kibica zmieniając trenera na 48 godzin przed pierwszym meczem.

Wygląda na to, że szefowie Piasta postanowili za wszelką cenę udowodnić, że miniony sezon był jedynie wypadkiem przy pracy i zakończył się niepotrzebną komplikacją w postaci przedbiegów do Ligi Europy. Po co jednak było w ogóle pchać się na medalowe salony, skoro nie trzyma się w szafie nawet jednego wyjściowego garnituru? A przecież nawet niezbyt lotny Nikodem Dyzma udowodnił, że posiadanie takowego może okazać się kluczem do wyjścia z zaścianka.

Przyznaję, że z lekkoatletami zbyt wielu bliskich spotkań trzeciego stopnia nie miałem. Tym niemniej jednak za każdym razem było podobnie: z rozmów zawsze przebijały środowiskowe animozje oraz głęboka frustracja.

Dlatego niespecjalnie zdziwiły mnie żale, jakie wylewali medaliści mistrzostw Europy, którzy z obrzydzeniem porównywali huczne fety na cześć piłkarzy wracających z Euro, do wiatru hulającego po Okęciu w czasie, gdy mistrzowie biegów, rzutów i skoków wyładowywali z luków worek zdobytych w Amsterdamie medali. Retoryczne pytania Marcina Lewandowskiego, czy kibice montują na swoich samochodach flagi podczas jego biegu, karkołomna teza Adama Kszczota, że piłka nożna jest banalnie prosta w porównaniu do stojących na wyższym poziomie dyscyplin indywidualnych, czy ironiczne zaproszenie ze strony Piotra Małachowskiego, by kibice, którzy liczą na jego złoto w Rio, sami weszli do koła i „spróbowali, jak to jest lekko”, wyrządziły jednak całej dyscyplinie iście niedźwiedzią przysługę.

Domyślam się, że u źródeł tej frustracji leżą pieniądze. Lewandowski M. na pewno chciałby dostawać za swój wysiłek tyle, co Lewandowski R. Na sprawę trzeba jednak spojrzeć szerzej niż tylko przez pryzmat portfela. Głównym problemem lekkiej atletyki nie jest bowiem rzekome lekceważenie jej przez media, tylko kompletne zaniedbanie przez jej szefów niezbędnego dziś PiaRu. Tak zwana królowa sportu pojawia się od święta, tylko przy okazji mistrzostw lub igrzysk, co w świecie, w którym dominuje myślenie „nie pytaj, co możesz dostać, tylko powiedz, co sam możesz dać w zamian”, jest grzechem śmiertelnym.

I żeby była jasność: doceniam i szanuję osiągnięcia lekkoatletów i podobnie jak oni nie do końca rozumiem ideę królewskiego powitania Michała Pazdana oraz jego kolegów, którzy co prawda pobili polski futbolowy rekord Europy, jednak ostatecznie zajęli miejsce daleko poza podium. A to dlatego, że wbrew hurtowo rozpowszechnianej ku pokrzepieniu serc teorii, zespół Adama Nawałki nie wrócił przecież z Francji jako niepokonany. Bo gdyby tak było, przywiózłby z Paryża Puchar Henriego Delaunaya, prawda? Tym niemniej obrażanie się na rzeczywistość po prostu nie ma sensu, zwłaszcza wtedy, gdy nawet nie próbuje się jej zmieniać, poprzestając na narzekaniach.

Euro 2016 jest już historią. Tumult trybun już za kilka godzin zastąpi dyskretny szelest banknotów, które opadną na piłkarzy, trenerów, narodowe związki i kluby, a przede wszystkim na samą europejską federację. Ze swojego francuskiego Sulejówka będzie się temu przyglądał banita Michel Platini, który futbolową rzekę pieniędzy widowiskowo pogłębił rozdmuchując mistrzostwa do granic absurdu.

Ilość nie przeszła jednak w jakość. Meczów, które zapadną w pamięć nie tylko kibicom z uczestniczących w nim państw, było jak na lekarstwo. Przemęczeni wyczerpującymi sezonami kadrowicze mieli problemy, by raz jeszcze wznieść się na swoje magiczne poziomy, a trenerzy – wśród nich Adam Nawałka – zdając sobie z tego sprawę, wymyślali taktyki kreujące na gwiazdy głównie bramkarzy i stoperów.

Mając świadomość, że nie sposób obrażać się na rzeczywistość, mimo wszystko po francuskim Euro mocno zatęskniłem za Euro w wydaniu nie masowym, a elitarnym.

To pewnie będzie teza równie popularna jak obiektywne przyznanie, że Howard Webb miał pełne prawo podyktować rzut karny w meczu Austria – Polska podczas Euro 2008. Uważam mianowicie, że ćwierćfinał mistrzostw Europy to dla reprezentacji znad Wisły wynik ponad stan, a kluczem dającym skok do ósemki był przede wszystkim dodatni bilans szczęścia i pecha w meczach ze Szwajcarią i Portugalią. Bo tak naprawdę rozegraliśmy jedno naprawdę dobre spotkanie – z Niemcami. I to w fazie, gdy mistrzowie świata przypominali poczwarkę, z której dopiero rodzili się medaliści.

Od początku turnieju można było zresztą odnieść wrażenie, że najwięksi faworyci nie za bardzo wiedzieli, jak „zjeść” żabę przygotowaną przez Michela Platiniego, czyli imprezę rozbudowaną czasowo i strukturalnie poza granice rozsądku. I że to właśnie stanowiło największy atut dla nieobciążonych wielkimi turniejowymi doświadczeniami nowicjuszy. W wyniku zmiany regulaminu całe Euro stało się dosłownie szalone i to nie tylko dlatego, że nastąpiło niespotykane w historii przechylenie drabinki, będące zresztą w dużej mierze wynikiem najpoważniejszego na tej imprezie błędu sędziego podczas spotkania Chorwacji z Hiszpanią.

A przecież to zaledwie przedsmak tego, co czeka nas w 2020 roku. Trzynaście państw i trzynaście miast, z których skrajne dzieli 3,7 tysiąca kilometrów, dla trenerów i piłkarzy stanowić będzie rebus bez logicznego rozwiązania. Czy taki rozwój szaleństwa to przypadek? Nie sądzę. Przecież w całej tej zabawie od dawna chodzi już tylko o pieniądze.

W strefie mieszanej, czyli tam, gdzie dziennikarze mogą porozmawiać z piłkarzami, w czwartek w nocy duma łączyła się z żalem. Bo ćwierćfinał to sukces bez precedensu, ale wszyscy mieli świadomość, że być może uciekła im niepowtarzalna życiowa szansa.

Sam selekcjoner podkreślał, że co prawda coś się skończyło, ale jednocześnie coś się zaczyna. Bo jego zdaniem przed tą grupą ludzi jest przyszłość. Jest jednak na tej optymistycznej tezie smuga cienia: podstawowa kadra jest wąska, a od ławki rezerwowych dzieli ją znacznie więcej niż kilkadziesiąt centymetrów trawnika.

Powyższy problem na pewno będzie męczył Nawałkę po nocach, ale istnieje też powód do optymizmu: obecna reprezentacja dała impuls do przyśpieszenia ewolucji polskiej piłki, co zwiększa szansę na odkrycie następców obecnych gwiazd i pozwoli nieco zniwelować rów, który dzielił mecz kadry od blamaży Cracovii i Zagłębia Lubin w przedpokoju europejskich pucharów.

Na pocieszenie warto też sobie przypomnieć zasady obowiązujące w lekkiej atletyce, gdzie rekordy świata bije się – także z koniunkturalnych względów – nie o metry, ale o centymetry. A polska reprezentacja we Francji wskoczyła na znacznie wyższy niż dotychczas poziom, pozostawiając jednak sobie całkiem spore rezerwy. Teraz chodzi już tylko o to, by – parafrazując Wojciecha Młynarskiego – niczego w tej kwestii nie spieprzyć.

Nie tylko mundiale mają swoje tajemnice – mistrzostwa Europy również. Jedną z nich prawdopodobnie właśnie rozwiązaliśmy: chodzi o słabą formę piłkarzy Ukrainy, którzy byli pierwszym zespołem, jaki stracił szansę na awans z grupy. Okazało się bowiem, że konflikty polityczne były najwyraźniej tylko jedną z przyczyn ich sportowej klęski.

Nieco przypadkowo w drodze do Marsylii na czwartkowy mecz Polski z Portugalią, trafiliśmy do Aix-en-Provence, miejscowości położonej około 30 km od celu, stanowiącego turniejową bazą zespołu prowadzonego przez Michajło Fomienkę. Okazało się, że miasteczko, które powstało jako miejsce zamieszkania dla weteranów rzymskich legionów, stanowi absolutne przeciwieństwo La Baule, cichego kurortu nad Atlantykiem, na który postawił Adam Nawałka.

W Aix-en-Provence bujne życie toczy się do późna, a centrum miasta jest jedną wielką restauracją kuszącą nie tylko owocami morza oraz ślimakami, ale także specjałami z całego świata. Tętniące życiem puby i sklepy plus urodziwe studentki (w ilościach hurtowych) z wydziałów prawa i literatury uniwersytetu Aix Marseille z pewnością nie sprzyjały przedmeczowej koncentracji Ukraińców.

Po raz kolejny okazało się więc, że Adam Nawałka wie co robi. To wybór położonego „jeszcze dalej niż zachód” La Baule dał zapewne polskiej reprezentacji prowadzenie 1:0, które potem zostało utrzymane na boisku w Marsylii, gdzie dobiegła końca francuska przygoda ekipy naszych wschodnich sąsiadów.