Przyznaję, że z lekkoatletami zbyt wielu bliskich spotkań trzeciego stopnia nie miałem. Tym niemniej jednak za każdym razem było podobnie: z rozmów zawsze przebijały środowiskowe animozje oraz głęboka frustracja.

Dlatego niespecjalnie zdziwiły mnie żale, jakie wylewali medaliści mistrzostw Europy, którzy z obrzydzeniem porównywali huczne fety na cześć piłkarzy wracających z Euro, do wiatru hulającego po Okęciu w czasie, gdy mistrzowie biegów, rzutów i skoków wyładowywali z luków worek zdobytych w Amsterdamie medali. Retoryczne pytania Marcina Lewandowskiego, czy kibice montują na swoich samochodach flagi podczas jego biegu, karkołomna teza Adama Kszczota, że piłka nożna jest banalnie prosta w porównaniu do stojących na wyższym poziomie dyscyplin indywidualnych, czy ironiczne zaproszenie ze strony Piotra Małachowskiego, by kibice, którzy liczą na jego złoto w Rio, sami weszli do koła i „spróbowali, jak to jest lekko”, wyrządziły jednak całej dyscyplinie iście niedźwiedzią przysługę.

Domyślam się, że u źródeł tej frustracji leżą pieniądze. Lewandowski M. na pewno chciałby dostawać za swój wysiłek tyle, co Lewandowski R. Na sprawę trzeba jednak spojrzeć szerzej niż tylko przez pryzmat portfela. Głównym problemem lekkiej atletyki nie jest bowiem rzekome lekceważenie jej przez media, tylko kompletne zaniedbanie przez jej szefów niezbędnego dziś PiaRu. Tak zwana królowa sportu pojawia się od święta, tylko przy okazji mistrzostw lub igrzysk, co w świecie, w którym dominuje myślenie „nie pytaj, co możesz dostać, tylko powiedz, co sam możesz dać w zamian”, jest grzechem śmiertelnym.

I żeby była jasność: doceniam i szanuję osiągnięcia lekkoatletów i podobnie jak oni nie do końca rozumiem ideę królewskiego powitania Michała Pazdana oraz jego kolegów, którzy co prawda pobili polski futbolowy rekord Europy, jednak ostatecznie zajęli miejsce daleko poza podium. A to dlatego, że wbrew hurtowo rozpowszechnianej ku pokrzepieniu serc teorii, zespół Adama Nawałki nie wrócił przecież z Francji jako niepokonany. Bo gdyby tak było, przywiózłby z Paryża Puchar Henriego Delaunaya, prawda? Tym niemniej obrażanie się na rzeczywistość po prostu nie ma sensu, zwłaszcza wtedy, gdy nawet nie próbuje się jej zmieniać, poprzestając na narzekaniach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*