Miesięczne archiwum: Sierpień 2016

Czasem myślę, że ten Złoty Pociąg to naziści schowali nie w Waldenburgu, a w Hindenburgu. I przy kopaniu dołu pod dawnym stadionem imienia kogo nie wspomnę, znalazła go i wyciągnęła te sztaby Wielka Szu, jak nazywam szefową Zabrza i klubu”; „Arak, gdy odchodził do Ruchu, dostał od nas wzór wezwania do zapłaty i zapewnienie, że obiad zawsze u nas ma”; „Rozmowa z komendantem Rabsztynem i byłym wojewodą Litwą była w stylu: Ja jestem Roch Kowalski, a to jest pani Kowalska”.

Prawda, że smakowite te cytaty? Ich autorem jest prezes Zagłębia Sosnowiec, Marcin Jaroszewski, który udzielił katowickiemu „Sportowi” błyskotliwego wywiadu. Dzięki temu na tle nudnych jak flaki z olejem i przesiąkniętych hiperpoprawnością polityczną wypowiedzi prezesów, trenerów oraz piłkarzy wreszcie pojawił się błysk nadziei, która umierała od odejścia z Górnika Zabrze Łukasza Mazura. Pamiętnego między innymi z ofiarowywania swojemu odpowiednikowi z Chorzowa, Dariuszowi Smagorowi-czowi, Niderlandów w zamian za możliwość gry na Stadionie Śląskim.

Jaroszewski zadzwonił na pobudkę. Pokazał, że da się w sposób dowcipny – ale nieprzekraczający granic agresji – budować niezbędną barwną otoczkę wokół szarej regionalnej piłki nożnej. Taką, jaka od czasu do czasu towarzyszy meczom GKS-u Katowice, gdzie świetnym pomysłem był wyścig trabantów poprzedzający derby z Rozwojem, a ostatnio furorę zrobiło hasło promujące spotkanie GKS-u właśnie z Zagłębiem („Strażnicy Śląska”).

Ciekawy jestem, komu w regionie starczy fantazji, inwencji i inteligencji, by podjąć grę zaproponowaną przez szefa Zagłębia. Szczególnie interesująca będzie reakcja Górnika, gdzie dział medialny właściwie przestał istnieć na skutek rozgrywki, jakiej rzeczywiście nie powstydziłby się sam Wielki Szu. Przepraszam, Wielka Szu.

Statystycznie da się udowodnić wszystko. Politycznie zresztą też – nawet to, że białe nie jest białe, a czarne czarne. Jednak są fakty, których podważyć nie sposób i które nawet spod najbardziej nachalnej propagandy sukcesu zawsze złośliwie zamrugają kaprawymi oczkami.

Tak właśnie jest z oceną startu polskich sportowców na igrzyskach w Rio. Bo niby wszystko jest cacy (wszak pękła granica 10 medali, którą po raz ostatni udało się pokonać w 2000 roku w Sydney) to jednak w tej łyżce miodu zdaje się mieścić spora beczka dziegciu. Generalnym wskaźnikiem olimpijskich osiągnięć jest bowiem klasyfikacja medalowa. A w niej kraj znad Wisły znalazł się dopiero na trzydziestym trzecim miejscu. To najgorszy rezultat w powojennej historii polskich startów. I trudno doszukać się w tym przypadku, skoro przeglądając statystyki dowiadujemy się, że gorszy jakościowo bilans medali mieliśmy w… 1956 roku (1-4-4)!

Warto też przyjrzeć się proporcjom zdobyczy do liczebności polskiej kadry: w Brazylii jeden medal przypadł na 22 olimpijczyków, a złoty na 121, chociaż pojechało 25 osób więcej niż cztery lata temu do stolicy Wielkiej Brytanii… Takie dane powinny stanowić przyczynek do dyskusji o finansowaniu polskiego sportu zawodowego kosztem podstawowego ćwiczenia dzieci i szkolenia młodzieży oraz rozbudowy infrastruktury.

Może więc jednak warto wrócić do dawnego pomysłu wyżej podpisanego, by państwowymi przygotowaniami olimpijskimi objąć jedynie sztandarowe gwiazdy, a resztę na zasadzie zakładu: jeśli znajdziesz się w ósemce lub pobijesz rekord kraju otrzymasz (lub opiekujący się tobą związek) zwrot kosztów przygotowań. A jeśli nie? No cóż, zawsze będziesz mógł wpisać do CV olimpijską przygodę.

Dwa śląskie zespoły w ekstraklasie mają już za sobą w sumie dwanaście meczów. Ich bilans jest kiepski: zaledwie trzy zwycięstwa, pięć remisów i cztery porażki, do tego bilans goli 12-21. W efekcie zarówno Ruch, jak i Piast, znajdują się w drugiej połówce tabeli.

W poprzednim sezonie, w analogicznym momencie, gliwiczanie znajdowali się na szczycie ekstraklasy, a chorzowianie na miejscu piątym. Ci pierwsi mieli na koncie dziewięć punktów więcej, ci drudzy jeden, a w bilansach brakowych – w obu przypadkach – widniało więcej trafień i mniej strat niż obecnie.

Oczywiście takie porównania mają wiele słabych stron. Inni byli rywale, inne składy , inna nawet pogoda, ale trend nie jest przypadkowy. Warto zresztą przypomnieć, że przed rokiem już na dnie, ale jednak ciągle w ekstraklasie, widniała kolejna para z naszego regionu: Górnik Zabrze i Podbeskidzie Bielsko-Biała. W sumie mieliśmy więc 25 procent wszystkich zespołów w elicie rozgrywek.

W tym tygodniu odbędą się wybory prezesa Śląskiego Związku Piłki Nożnej. Zwycięzca (faworytem jest Zdzisław Kręcina, ale coraz mocniejsze poparcie wydaje się mieć Henryk Kula) będzie miał co robić. Bo gołym okiem widać, że siła przebicia regionu w PZPN-ie jest adekwatna do obecnej siły naszych drużyn w ekstraklasie.

To wprost nieprawdopodobne, jak brazylijskie igrzyska olimpijskie przypominają życie polityczne nad Wisłą. Oto kilka przykładów na poparcie tej tezy:

Największe problemy w Rio związane były z nieopublikowaniem wyroku, czyli wyniku badań dopingowych przeprowadzonych w Polsce u mistrza sztangi Adriana Z. Efektem zwłoki był skandal o międzynarodowym zasięgu.

Konrad Czerniak padł ofiarą niejasnej sytuacji, w której nie zgłoszono go do zawodów, chociaż z dokumentów wynikało, że do kadry został wybrany całkowicie legalnie. Wszystko wskazuje na to, że prezes (związku) lub jego najbliżsi doradcy podjęli taką decyzję na własną rękę.

Paweł Fajdek drugą turę, czyli udział w wielkim finale rzutu młotem miał w kieszeni, a wszystkie badania sondażowe wskazywały na to, że złoto otrzyma bez walki. Rzeczywistość okazała się diametralnie inna.

Kompletną klęską zakończyły się występy pięściarzy i judoków. Ich bojowość oscylowała na poziomie byłego już posła, który zasłynął z okrzyku „Niemcy mnie biją”.

Absolutną liderką polskiej reprezentacji jest Anita Włodarczyk, twarda kobieta, w tle której stoi jednak trener-mężczyzna. I to jego polecenia doprowadziły ją na szczyt.

Dramatyczny upadek zaliczył podczas igrzysk polski koń. Jego wartość w wyniku tej kontuzji wyraźnie spadła.

Siatkarze zostali postraszeni przez Iran, pokonani przez Rosjan i dobici przez Amerykanów. Ot, taka geopoloityka w pigułce.

Telewizja polska relacjonuje wydarzenia w Rio w tonie niczym nie skrępowanej euforii, szerząc propagandę sukcesu i przekonując, że nawet porażki są zaczynem, z którego narodzą się przyszłe sukcesy.

No i na koniec oczywista oczywistość: najwięcej medali wyławiamy w Brazylii z wody. Trudno się temu dziwić, bo również nasi politycy najwięcej energii wkładają w utrzymywanie się na powierzchni i wiosłowaniu po złoto.

Miało być wspaniale, a jest jak zwykle. Jasne, że to dopiero pierwsze koty za płoty, ale ostatnie mecze Ruchu Chorzów oraz pierwszoligowe inauguracje Górnika Zabrze i GKS-u Katowice pokazują, jak wiele dzieli marzenia od rzeczywistości. Zwłaszcza w przypadku dwóch klubów z zaplecza Ekstraklasy problem wydaje się głębszy niż tylko sportowy.

Zabrzanie z ekstraklasy spadli zasłużenie, a finansowo wracają właśnie do czasów przedobligacyjnych. Katowiczanie w I lidze tkwią już od 10 lat i ani razu przez tę dekadę nawet nie otarli się o awans do elity… Tymczasem w powszechnym w regionie myśleniu, także kibicowskim, wciąż dominuje historia, czyli tytuły, puchary i mecze w Europie. I właśnie stąd szok, odczuwalny na internetowych forach, po meczu przegranym z „takimi” Wigrami czy „jakąś” Miedzią.

Podobna otoczka towarzyszy reprezentacji Anglii. Na każdy turniej przyjeżdżającej z poczuciem wyższości, choć ostatni – a w jej przypadku jedyny – cenny medal dawno został już przykryty grubą warstwą kurzu. W przeciwieństwie do znacznie świeższych wpadek, a nawet kompromitacji. I tak się to już toczy przez całe lata, podczas których spasione na telewizyjnych lukrach kociaki udają groźne Lwy.

Czy Wy też macie wrażenie, że to wypisz wymaluj sytuacja identyczna z tą, z jaką mamy do czynienia na piłkarskim Ślasku?