Miesięczne archiwum: Wrzesień 2016

Dwa lata więzienia w zawieszeniu na pięć lat, dwuletni zakaz pracy w roli trenera i 64.260 złotych grzywny – taki wyrok w listopadzie 2014 roku usłyszał Janusz Wójcik, były selekcjoner reprezentacji Polski, za ustawianie meczów Świtu Nowy Dwór Mazowiecki. Dwa lata wcześniej Komisja Dyscyplinarna PZPN nałożyła na niego czteroletnią dyskwalifikację. Ta kara właśnie wygasła, więc Wójcik postanowił wrócić. I to z hukiem.

Mail informujący o tym wydarzeniu brzmiał jak kiepskie depesze z okazji prima aprilis. Samo hasło przewodnie, będące jednocześnie tytułem książki firmowanej przez byłego (?) szkoleniowca, czyli „Wójt. Jak goliłem frajerów”, zostało uzupełnione filmikiem reklamowym z butelkami whisky pomiędzy rozłożonymi nogami rysunkowych kobiet i rzekomymi recenzjami w stylu „Dzięki poradom Wójta wyrywam młode dupeczki”. Podsumowanie stanowił apel „Więc szybciutko zap…j (w oryginale bez kropkowania) na szkolenie”.

Całość – nawet przy oczywistej świadomości, że taka forma ma przykuć uwagę i stanowić cyniczną reklamę – sprawia wrażenie przygnębiające. Być może prostactwo sygnowane nazwiskiem człowieka prowadzącego kiedyś reprezentację Polski i zasiadającego później w ławach poselskich (to akurat patrząc na klasę większości wybrańców narodu specjalnie nie dziwi), gdzie zasłynął głównie jazdą samochodem pod wpływem alkoholu, szokować nie powinno. Nikt przecież nie udaje, że piłkarska szatnia to pensjonat dla przyszłych gładkolicych asystentów pewnego ministra, ale niektóre słowa powinny na zawsze zostać za jej drzwiami. I na pewno należą do nich hasła „kiełbachy do góry i ładujemy ich w kakao”, „Fabik, ty k…, idioto ty” czy „Biało-czerwona na maszt i zap…”. Wójcik już się nie zmieni, zresztą w jego przypadku pęd do kasy już dawno zastąpił dbałość o klasę. Ale warto pamiętać, że w futbolowej aferze korupcyjnej frajerami, których golił między innymi właśnie były selekcjoner, byliśmy my wszyscy. Jak widać, maszynka w jego kieszeni wciąż nie zardzewiała. Ile osób da się ogolić tym razem?

Gdy za oknem szaro, a człowieka dopada jesienna chandra, zawsze można liczyć na Legię. Tak jak kiedyś cały naród budował swoją stolicę, tak teraz stolica, za pośrednictwem swojego klubu, systematycznie ten naród rozśmiesza. W dodatku paleta skeczów wydaje się niewyczerpana: a to ktoś nie policzy żółtych kartek, a to się niby szczerze zdziwi, że słynący z kindersztuby kibice w trosce o kondycję fizyczną (będącą wszak cechą każdego prawdziwego Polaka) pokonają kilka okrążeń toru przeszkód wokół stadionu, a to zrekonstruuje na żywo montypythonowski mecz „Niemcy – Grecja”, zapominając jednak uprzedzić Niemców o tej konwencji… No tak, generalnie dzięki Legii bywa naprawdę zabawnie.

Ale czasami, co zapewne przydarza się wszystkim autorom gagów, nawet ona bywa niezrozumiana przez wierną publiczność. Tak właśnie stało się przy okazji „Cyklu albańskiego”. Dopóki Besnik Hasi sam pisał kolejne odcinki, wszystko było w porządku, jednak w momencie, gdy na scenę wyszli właściciele i dyrektor sportowy Legii, atmosfera na widowni niespodziewanie zgęstniała. Okazało się mianowicie, że Albańczyk za swoją twórczość miał otrzymać wynagrodzenie ledwo mieszczące się w sporej furgonetce, i to w dodatku nie w lekach (bez podtekstów – po prostu tak nazywa się waluta w jego ojczyźnie, a istniejące właściwie tylko teoretycznie grosze to qindarki), tylko w banknotach znacznie twardszych. I właśnie wtedy pojawił się on, czyli Honor. Publika, zwłaszcza stołeczna, uznała, że gdyby Hasi go miał, to by się pieniędzy zrzekł.

Ponieważ w takich okolicznościach robi się już nie śmiesznie, a strasznie, nadszedł czas na całkiem poważne zakończenie. Mianowicie chodzi o to, że umowy są po to, aby je respektować. Bo ci, którzy najgłośniej atakowali Hasiego, sami też nie podarowaliby ani złotówki z należnych sobie pieniędzy. Kluczem w takich sytuacjach nie jest bowiem rzekomy honor, a głupota tych, którzy takie kontrakty firmują. Tak w Warszawie, jak w Zabrzu, Bytomiu, Gliwicach i wszystkich innych zakątkach nie tylko piłkarskiego świata.

To wprost nie do wiary, jak łatwo skręcić z prostej wydawało się drogi i wpaść w poważne tarapaty. Piast Gliwice – jak nie raz to podkreślałem – na tle śląskiej piłki sprawiał wrażenie całkiem sensownie działającego klubu, opartego na rozsądnych (o ile oczywiście w takiej kategorii w ogóle można mówić o utrzymywaniu podobnego podmiotu z kasy publicznej) zasadach ekonomicznych i sportowych. Zresztą właśnie w nagrodę za tę konsekwencję kilka miesięcy temu osiągnął największy sukces w historii i miał szansę pokazania się w przedsionku europejskiej piłki.

Szefowie Piasta po tym ataku szczytowym znienacka stracili jednak orientację, zeszli ze szlaku i wpadli do czarnej dziury. Zadziwiające manewry personalne z godną Hobbita podróżą tam i z powrotem trenera Radoslava Latala, niejasna koncepcja budowania drużyny i stanowiąca kropkę nad i niechęć do tłumaczenia swoich posunięć publicznie, doprowadziły zespół do punktu, w którym jak ulał pasuje stare szydercze kibicowskie powiedzenie o odwracaniu tabeli.

Czy gliwiczanie zdołają się wydostać z pułapki, w którą wpadli? Na razie zdają się wędrować w kierunku wytyczonym w poprzednim sezonie przez Górnika Zabrze. Takie samo wrażenie chaosu, takie same zawirowania na ławce trenerskiej i fotelu prezesowskim, taka sama pozycja w ligowej stawce. Ale przecież nie od dziś wiadomo, że w czarnej dziurze grawitacja jest przepotężna i wydostanie się z niej stanowi wyzwanie z pogranicza niemożliwego.

Zapewne każdy z Państwa miałby własne typy do rankingu najbardziej absurdalnych sytuacji w sporcie, ale mnie w takim kontekście staje przed oczami zagranie hokejowego bramkarza JKH GKS Jastrzębie, Davida Zabolotnego, który w grudniu 2015, w meczu Pucharu Polski, niczym Adolf Dymsza w pamiętnym filmie, wyjechał z bramki, po czym wykonał zgrabny piruet i posłał krążek do własnej siatki.

Autor tego zagrania zasługuje na to, by jego imieniem ochrzczono nagrodę dla naśladowców. I to nie tylko sportowców, ale i działaczy (chociaż w takim pomieszaniu ci pierwsi mają zdecydowanie mizerne szanse). A więc ad rem – do pierwszego pucharu im. Zabolotnego nominuję twórców regulaminu rozgrywek piłkarzy ręcznych. Jak nieprawdopodobną fantazję trzeba mieć, żeby podzielić zespoły na dwie grupy, kazać im grać każdy z każdym, ale pokonanie rywala z własnej stawki nagradzać trzema punktami, a z „cudzej” dwoma? Nic dziwnego, że sami zawodnicy i trenerzy są w tym galimatiasie zagubieni, o kibicach i dziennikarzach (spróbujcie na szybko liczyć tabelkę) nie wspominając.

Nie ulega wątpliwości, że szczypiorniści zrobili w ten sposób wielką przysługę piłkarskiej Ekstraklasie, w której dzielenie punktów po fazie zasadniczej wydaje się od dziś szczytem logiki. Jednak na miejscu jej szefów nie poddałbym się bez walki – na wszelki wypadek pod-rzucam pomysł inspirowany handballem. Może by tak zwycięstwa nad zespołami z miejsc 1-8 nagradzać trzema punktami, a z 9-16 dwoma? I to na podstawie tabeli aktualizowanej po każdym rozegranym spotkaniu?

Zresztą żarty żartami, a kolejka do istniejącego na razie tylko teoretycznie trofeum (fundator mile widziany, miejsce w Kapitule gwarantowane) jest całkiem spora. W dodatku hokejowy patron jest całkiem na miejscu, bo działacze z jego środowiska od lat konsekwentnie starają się o wyróżnienie za całokształt dorobku. Pytanie tylko, czy bardziej zadziwia globalne tworzenie ligi za pięć dwunasta, czy lokalne (katowickie) wykładanie 100.000 zł za dziką kartę uprawniającą do gry zespół, który będzie chłopcem do bicia, i któremu nie zdążono nawet zamrozić lodowiska?

Najlepszym podsumowaniem środowego meczu Legii Warszawa z Borussią Dortmund było zdjęcie współwłaściciela klubu, Dariusza Mioduskiego, który ukrył twarz w dłoniach. Milioner, podobnie jak wszyscy piłkarscy kibice, przekonał się, jak bardzo nieadekwatne są góry pieniędzy wsuwane do szatni zespołu, w stosunku do umiejętności jego piłkarzy. Tytuł mistrzów Polski na stadionie przy Łazienkowskiej tracił na wartości szybciej niż akcje Lehman Brothers w 2008 roku. Czy krajową klubową piłkę czeka podobny krach?

Borussia, która mocniej spociła się na przedsezonowych sparingach, obnażyła wszystkie grzechy główne widoczne w krajowych rozgrywkach: słabe przygotowanie fizyczne, kiepską technikę, problem z realizowaniem taktyki i nieumiejętność gry zespołowej w pełnym tego słowa znaczeniu. A ponieważ do tego wszystkiego doszły zadziwiające wybory personalne trenera Besnika Hasiego katastrofa była nieunikniona. Prawdziwy szok przeżyli więc przede wszystkim kibice „niedzielni”, którzy nie mając kontaktów z piłką ligową włączyli telewizory skuszeni pompatycznymi medialnymi historiami o tym, że przedstawiciel Ekstraklasy może pójść za eurociosem wyprowadzonym we Francji przez reprezentację.

Kolejnym gwoździem wbitym w wizerunek polskiej piłki była awantura kiboli (z obowiązkową przystawką w postaci racowiska), którą wielolokrotnie pokazano w europejskich telewizjach, z najbardziej widowiskowym momentem w formie pryskania gazem przez zamaskowanego osobnika w kierunku ochroniarzy próbujących nie dopuścić do bezpośredniego ataku na przybyszy z Dortmundu. Oburzenie na Borussię, która przestrzegała swoich fanów przed niebezpieczeństwami grożącymi im w Warszawie, okazało się równie obłudne jak deklaracje, że wicemistrzów Niemiec czeka na murawie mistrzów Polski trudna przeprawa. Pomeczowe relacje są zresztą jeszcze drastyczniejsze niż przekaz telewizyjny – mówią między innymi o kibolu, który wycofując się po ataku skoczył z trybuny na wóz transmisyjny, łamiąc przy tym nogę. W niemieckich gazetach zwraca się też uwagę, że przed i po odśpiewaniu polskiego hymnu na trybunach skandowano „Borussia Jude”. Na to oskarżenie zareagowała już Legia tłumacząc, że okrzyk brzmiał „Borussia Nutte” (czyli, delikatnie mówiąc, kobieta lekkich obyczajów – przyp. red.). Ten żałosny spektakl ma oczywiście tło finansowe wynikające z różnicy karomierza pomiędzy chamstwem a rasizmem. UEFA ma jednak pamięć i dobrą, i długą, Legia zapisała się w niej już wielokrotnie wielkimi zgłoskami, więc nie można wykluczyć, że mecz z Realem polscy kibice będą mogli zobaczyć tylko dzięki telewizji.

– Nie rozumiem o co chodzi ludziom wszczynającym awantury na trybunach – dziwił się w czwartek z dzieciecą naiwnością Mioduski, chociaż tego typu zachowania przy okazji europejskich występów jego klubu nie są wyjątkiem, a normą. W dodatku przedmeczowa oprawa, z taką ilością rac wokół okolicznościowej sektorówki, wydaje się niemożliwa do zrealizowania bez wiedzy klubu.

Legia wyrządziła też niedźwiedzią przysługę wszystkim tym, którzy uważają, że reforma najbardziej elitarnych rozgrywek – oznaczająca de facto przytrzaśnięcie szeroko otwartych przez Michela Platiniego drzwi do piłkarskiego raju (przez które dosłownie wczołgał się mistrz Polski) – to jedynie spisek możnych, pałających niechęcią do gry na peryferiach piłkarskiego świata i prowadzący do jeszcze wyraźniejszego jego rozwarstwienia. Co zabawne, podobne argumenty przesączały się z polskich klubów, gdy w losowaniach par bawiących się w przedpokojach Ligi Europy przychodziło im mierzyć się z zespołami ze stepów szerokich. Tyle tylko, że w przeciwieństwie do LM, gdzie wielcy rzeczywiście systematycznie gromią maluczkich, wtedy na boisku okazywało się, że poza widokiem za oknem, nasze zespoły prezentują podobny, a nawet niższy poziom niż egzotyczni rzekomo rywale.

Środowe wydarzenia to także bardzo mocny cios dla Spółki Ekstraklasa, która od wielu lat opakowuje rozgrywki w złote papierki, i Canalu+, przeprowadzającego profesjonalne transmisje telewizyjne, podczas których komentatorzy – wzorem Jana Ciszewskiego – zakrywają mizerię boiskowych wydarzeń budowaniem napięcia głosem i zachwytami nad strzałami, po których piłka zmierza mniej więcej we właściwym kierunku. A przecież już od czasów Jana Domar-skiego wiadomo, że w przypadku polskich piłkarzy obowiązuje zasada „przyszła, naszła, zeszła i weszła”. Podsumowując – sfera organizacyjna rozgrywek, z przepięknymi stadionami włącznie, wyprzedziła ich wartość sportową tak daleko, jak piłkarze Bundesligi „kolegów” z Ekstraklasy.

Warto też wspomnieć, że przy okazji środowego meczu mogliśmy usłyszeć najgłupsze zdanie sezonu. Szkoleniowiec Legii wyznał mianowicie, że mając do wyboru zwycięstwo nad Borussią w Champions League czy pokonanie w lidze… Termaliki Nieciecza, wybrałby to drugie. W efekcie śmiech z najbogatszego polskiego zespołu niósł się w sobotę po całej Europie, małopolskiej wioski, która zresztą na boisku ogrywa stolicę raz po raz, nie wyłączając. Zresztą poczucie humoru kwitło już w czasie meczu – na przykład w formie pytań czy gole zdobyte na wyjeździe wciąż się liczą w europejskich pucharach podwójnie albo co by było gdyby Hasi nie oszczędzał w ekstraklasie najlepszych zawodników właśnie na występ w Lidze Mistrzów.

Tyle tylko, że śmiejąc się z Legii, śmiejemy się też sami z siebie. A najgłośniej śmieją się piłkarze tuż po odejściu od kasy…

Gdy Nieciecza meldowała się w Ekstraklasie witały ją ironiczne uśmieszki. Ligowe potęgi (oczywiście na miarę nadwiślańskiego grajdołka) demonstracyjnie szukały na mapach dróg wiodących do małopolskiej wsi, a ich gwiazdki robiły zdjęcia figurom słoni i sielskiemu pejzażowi otaczającemu stadion.

Tymczasem Termalica, a dokładniej jej właściciel Krzysztof Witkowski, udziela Ekstraklasie kilku lekcji: sportowej – spójrzcie na tabelę, ekonomicznej – klub i jego arena nie są uzależnione od publicznych pieniędzy, i pokory – zwycięstwa nad Legią stają się normą, a nie wyjątkami.

Szczególnie mocno niecie-czamie utarli nosa Górnikowi Zabrze. To właśnie na tamtejszej trawie został przecież wbity ostatni gwóźdź do spadku klubu, który szczyci się czternastoma tytułami mistrzów Polski. Na tym się zresztą nie skończyło – transfer Romana Gergela stanowił dla ludzi z Roosevelta odpowiednik upokorzenia z Canossy. Wielki Górnik musiał zgodzić się na warunki dyktowane przez Termalikę, bo lider ich zespołu wolał oglądać pola i łąki niż gabloty pełne pokrytych patyną czasu pucharów.

Oczywiście pojawia się też pytanie czy wyczyny polskich Wieśniaków są efektem ich siły czy słabości całej Ekstraklasy. Osobiście głosowałbym za opcją numer dwa, co nie zmienia faktu, że na Śląsku, gdzie króluje ekonomiczna i sportowa degrengolada, o takiej Termalice możemy tylko pomarzyć.

Jeśli macie jakąś sprawę do ministra zdrowia, to – takie mam przeczucie – musicie się z nią pospieszyć. W najbliższym czasie można się bowiem spodziewać wyjazdu Konstantego Radziwiłła oraz kilku jego najważniejszych urzędników do Norwegii.

Skąd taki wniosek, zapytacie? Wystarczy nieco pomyśleć. Otóż jeśli minister spraw zagranicznych rzucił się przez Kanał, by zaprowadzać porządek w krzywdzącej naszych rodaków Wielkiej Brytaniii, to tym bardziej jego kolega powinien wyruszyć do Skandynawii, gdzie proceder oszukiwania jednej z naszych najwybitniejszych sportsmenek trwa już od lat. Tym bardziej że pojawiły się nowe okoliczności, które usprawiedliwiałyby taką interwencję najwyższego szczebla.

Mowa oczywiście o zażywaniu leków na astmę przez norweskie biegaczki, które dzięki temu nie raz i nie dwa pokazywały plecy Justynie Kowalczyk. Królowa Śniegu z Kasiny Wielkiej wielokrotnie już biła na alarm i publicznie słusznie kpiła z chorowitych mistrzyń. Wreszcie jednak kropla wydrążyła skałę. Pomogła w tym afera dopingowa rosyjskich olimpijczyków, bo huk i fetor, jaki się w związku z nią podniósł, przebudził także tkwiącą w głębokim zimowym śnie światową federację narciarską. Ofiarą alarmu padł najpierw Martin Sundby, któremu zabrano Kryształową Kulę, a teraz panika wdarła się w szeregi jego koleżanek: znienacka Therese Johaug przyznała, że astmy nie ma, ale leki brała. Co prawda dorzuciła, że nie widzi w tym nic złego, ale nikt inny nie podziela tej opinii.

Dlatego właśnie minister zdrowia powinien natychmiast wyruszyć za Bałtyk, by na miejscu uporządkować sprawy i przywieźć pannie Justynie worek należnych jej medali, będących w czasowym posiadaniu norweskich pacjentek.

Miniony tydzień przyniósł poważne tąpnięcia w dwóch klubach naszego regionu. Najpierw Ruch Chorzów, a potem Piast Gliwice zmieniły prezesów, wicemistrzowie Polski pogonili również szkoleniowca. Co było powodem takich zawirowań? We wszystkich przypadkach chodziło rzekomo nie tyle o pieniądze, będące zawsze tłem zjawisk niewyjaśnionych, co o kontakty międzyludzkie. Szefowie rad nadzorczych i zarządów mówili ponoć dwoma różnymi głosami, więc ci pierwsi pozbyli się tych drugich, dzięki czemu z systemu stereo udało się przejść na mono.

Decyzje klubów mają jeszcze jeden wspólny mianownik – z chaosu nie wyłania się bynajmniej nowy porządek. Ani w Ruchu, ani w Piaście za zmianami nie poszły żadne deklaracje programowe. Szybko wychwycił to zresztą chorzowski Urząd Miasta publicznie domagając się, by Andrzej Kurczyk, czyli uosobienie Niebieskiej Trójcy (jest właścicielem, prezesem i gwarantem pożyczki) przedstawił swój plan działania. Nie od dziś wiadomo przecież, że łatwiej jest wejść na szczyt niż na nim rozsądnie gospodarować.

W Gliwicach już o tym wiedzą -z wierzchołka swoich możliwości spadli szybciej i boleśniej niż można się było spodziewać. Wicemistrzostwo Polski okazało się przede wszystkim problemem i obnażyło wszystkie klubowe słabości. Patrząc z zewnątrz można odnieść wręcz wrażenie, że Piast wpada właśnie w identyczny chocholi taniec, jaki doprowadził do degradacji Górnika Zabrze. Bliźniacza jest zwłaszcza sytuacja sportowo-organizacyjna, bo jednak pod względem finansowym w Gliwicach wciąż zachowuje się racjonalizm, który za miedzą jest pojęciem czysto teoretycznym.

Generalnie jaki jest koń, czyli śląski futbol, każdy widzi. Nic więc dziwnego, że z wyborczego spotkania regionalnego związku, zakończonego dotkliwą porażką dającego nadzieję na odzyskanie przez region znaczącej pozycji w skali kraju Zdzisława Kręciny, najwięcej osób zapamiętało deklarację ustępującego prezesa Rudolfa Bugdoła, że co jak co, ale pora obiadu jest nienaruszalna. To zdanie świetnie ilustruje mentalność panującą zarówno we władzach ŚlZPN, jak i w (większości) klubów.