Miesięczne archiwum: Październik 2016

Powyższe hasło pamiętają zapewne wszyscy, którzy chociażby krótko funkcjonowali w realiach poprzedniej epoki. Jak to jednak często bywa, historia właśnie zatoczyła koło.

W Ruchu trzeba bowiem oszczędzać w tym miesiącu niemal na gwałt. Na spłatę 4 milionów złotych, stanowiących pierwszą ratę pożyczki, pozostały równo dwa tygodnie. A to nie koniec kosztów. Na przykład wyraźnie wzrosną zapewne wydatki na obsługę adwokacką, bo oczyszczenie właściciela klubu Dariusza Smagorowicza z zarzutów stawianych mu przez Centrum Przedsiębiorczości, będzie – sądząc po piątkowym oświadczeniu samego zainteresowanego – wymagało najtęższych prawniczych głów. Atak nadciąga także z innego frontu: wątpliwości dotyczące kondycji finansowej Niebieskich sformułowała Komisja Licencyjna, domagająca się przedstawienia do końca listopada dowodów na to, że klub nie posiada sięgających przed 30 czerwca zaległości finansowych wobec pracowników i piłkarzy.

Problemy pieniężne to dla Ruchu nie nowina. Tym razem jednak nie przykrywają ich, a nawet wręcz przeciwnie, wyniki sportowe. Fatalna seria zespołu, który ma najgorszy bilans w tym roku spośród wszystkich klubów ekstraklasy, w szesnastu kolejnych występach stracił co najmniej jednego gola, przegrał cztery mecze z rzędu i spadł na dno tabeli, też przecież mogą mieć skutki materialne. Z jednej strony związane z oszczędnościami na premiach, ale z drugiej grożące wydatkami na nowy sztab trenerski.

Wmojej ocenie jest to osoba niekompetentna i niewiarygodna – stwierdził prezydent Chorzowa, Andrzej Kotala, na kwietniowej sesji Rady Miasta, gdy decydowały się losy pożyczki stanowiącej jedyny ratunek dla zadłużonego po uszy Ruchu Chorzów. Podmiotem tej oceny był ówczesny prezes Niebieskich Dariusz Smagorowicz, który zresztą nie uznał za stosowne zabrać przed rajcami głosu.

Kilka dni później prezydent tonował nastroje tłumacząc, że mocne w brzmieniu przymiotniki miały jedynie… zmobilizować Smagorowicza do wywiązania się z warunków, jakie miały stanowić zabezpieczenie olbrzymiej pożyczki udzielanej z publicznych pieniędzy. Ostatecznie prawo jej udzielenia scedowano na Centrum Przedsiębiorczości, Ruch gotówkę otrzymał, a Smagorowicz dopiero znacznie później przestał być prezesem, zachowując jednak kontrolny pakiet akcji klubu.

Nagle jednak pozorna idylla została zburzona. Zaczęło się od telefonicznej informacji od naszego Czytelnika, który stwierdził, że w klubie z Cichej wciąż dzieje się źle, a może być jeszcze gorzej, bo legendarna eRka stanowi zastaw pod kredyt byłego prezesa. Nasze oficjalne pytania wzbudziły w Ruchu konsternację, ale po kilkudziesięciu godzinach namysłu otrzymaliśmy odpowiedź stanowczo zaprzeczającą jakoby taka sytuacja miała miejsce.

Po kilku kolejnych dniach okazało się, że podobne podejrzenia co nasz Czytelnik ma również samo Centrum, które skierowało sprawę do prokuratury. O dziwo, były prezes zamiast skopiować jednoznacznie brzmiący list przysłany do redakcji, znów długo zastanawiał się nad tre ścią nowego oświadczenia. Od razu więc powstało pytanie: czyżby odpowiedź dla mediów różniła się od tej, jakiej trzeba udzielić w obliczu działań prokuratora? Jak się okazało tak właśnie było.

W związku z całą sprawą oczywiste wydają się dwa pytania. Jedno do miasta: – Jak to się stało, że 18 milionów złotych pożyczono bez rzetelnego sprawdzenia wiarygodności zabezpieczeń? I drugie do Smago-rowicza: – Gdzie jego zdaniem w pytaniu czy eRka jest zastawiona czy nie, znajduje się pole do „interpretacji”?

Witold Bańka, minister sportu, idzie na wojnę. W dodatku wszystkie przesłanki wskazują na to, że będzie to wojna wyjątkowo krwawa, która pochłonie sporo ofiar. Bomba ma zostać uzbrojona za trzy tygodnie, gdy powstanie projekt ustawy eliminującej z zarządzania związkami sportowymi ludzi powiązanych z komunistycznymi służbami bezpieczeństwa.

Zgodnie z założeniami ujawnionymi przez ministra rodem z Tychów, każdy z tak zwanych działaczy musiałby złożyć oświadczenie lustracyjne. Potwierdzenie pracy w aparacie represji skutkowałoby natychmiastową dymisją. Obowiązkowe byłyby również zeznania majątkowe. Wszystkie te działania mają służyć oczyszczeniu sportu i przecięciu biznesowych powiązań. – Często choćby osoby bliskie dla członków zarządu polskich związków sportowych prowadzą działalność gospodarczą i świadczą usługi na rzecz związku. To jest sytuacja niedopuszczalna. To jest szeroko pojęty nepotyzm, z tym trzeba walczyć – zapowiedział Bańka w wywiadzie dla RMF.

Mam przeczucie, że wejście tych planów w życie może oznaczać prawdziwe trzęsienie ziemi, które dotknie przede wszystkim związki sportów mniejszych i mniej popularnych, będące czasami faktyczną przechowalnią ludzi z minionej epoki i przesiąknięte zabetonowanymi powiązaniami i układami. W wyniku czystki może jednak powstać pewien zaskakujący efekt uboczny: starzy towarzysze mogą przymusowo zwolnić miejsce, którego nikt nie będzie chciał zająć ze względu na niewielką atrakcyjność zarówno posady, jak i – zwłaszcza dla młodych menedżerów – związanych z nią profitów.

Na wiele środowisk już padł widoczny gołym okiem strach. Co charakterystyczne, w dyskusji, jaką wywołał minister, nie słychać na razie głosów ludzi najbardziej zainteresowanych. Być może liczą, że zagrożenie zostanie zneutralizowane. Widząc jednak determinację ministra, który jednocześnie otwiera także inne fronty powołując Polską Agencję Antydopingową, a przede wszystkim zmieniając metodologię finansowania sportu przez firmy Skarbu Państwa, na czym ucierpiał już m.in. Adam Małysz, taki wariant wydaje się mało realny.

Wszystko wskazuje więc na to, że bez wspomnianych na wstępie ofiar rzeczywiście się nie obejdzie. I nie da się ukryć, że z pozycji kibica obserwowanie spadających głów i walących się tronów może być spektaklem bardziej emocjonującym od konkursu rzutów karnych w ćwierćfinale EURO 2016.

W sporcie, pod wpływem emocji, łatwo stracić głowę. Czasem kończy się to wybuchem agresji – jak w przypadku Marka Ziętary, trenera hokejowego Podhala, który rzucił się z pięściami na sędziego, czasem depresją – jak u Tysona Fury’ego, bokserskiego mistrza świata wszech wag, zamieniającego swój pas ze złota na pasek białego proszku, a czasem zwykłą katastrofą – jak u Pawła Fajdka na igrzyskach olimpijskich w Rio.

Zazwyczaj takie przypadki mają wymiar indywidualny, czasem zespołowy. Tymczasem ostatnio pojawił się wirus szaleństwa mającego przełożenie na całe zbiorowości, przede wszystkim piłkarskie. Jego podstawowym objawem jest bezgraniczna maksymalizacja, a jedną z pierwszych zidentyfikowanych ofiar był Michel Platini. Francuz nie tylko rozwinął Ligę Mistrzów poza granice absurdu i w efekcie oglądamy w niej kluby żenująco słabe sportowo i wnoszące w wianie swoje kibolstwo przynoszące wstyd ojczyźnie, ale poszedł jeszcze dalej i wymyślił mistrzostwa Europy z udziałem niemal wszystkich chętnych i w takiej też formule organizacyjnej. Sprzątanie po Platinim trwa, ale sytuacja znienacka wymknęła się spod kontroli w wymiarze światowym, gdy Gianni Infantino oświadczył, że na mundialu mogłoby występować nawet 48 drużyn.

Kraj nad Wisłą też nie zdołał się obronić przed zarazą. Prezes Lecha Poznań ujawnił, że Ekstraklasa najprawdopodobniej również rozmnoży się przez pączkowanie i zamiast szesnastu zespołów będzie w niej grało osiemnaście. Konia z rzędem temu, kto wyjaśni ten projekt racjonalnie, nie posługując się argumentem, że jesteśmy dużym krajem w środku Europy. Bo według takiego schematu, powinniśmy mieć też kilkudziesięciu wybitnych pływaków, kolarzy, lekkoatletów i tenisistów, o koszykarzach nie wspominając.

A ponieważ tak nie jest, trzeba na sprawę spojrzeć od innej strony. Na przykład takiej, że już przy obecnym kształcie Ekstraklasy odsetek meczów słabych i bardzo słabych jest bliski masy krytycznej i kolejny zastrzyk w postaci kilkudziesięciu piłkarzy, którzy nawet teraz nie mają miejsca w elicie, może doprowadzić tę bylejakość do eksplozji. Poza tym stara życiowa prawda mówi, że lepsze jest uczucie lekkiego niedosytu niż przejedzenia połączonego z dolegliwościami żołądkowymi.

Jeszcze niedawno powyższe pytanie dotyczyłoby zapewne plotek o ewentualnych szansach prezesa PZPN w walce o schedę po Francuzie, który prywatnie jest jego przyjacielem.

Kilkanaście dni temu sytuacja zaczęła się jednak zmieniać. Jak poinformował futbolplus.pl oraz media łódzkie podczas kolejnej rozprawy w sprawie niegospodarności PZPN-u i spółki Widzewa Łódź Sylwester Cacek, były właściciel tego klubu, przyznał, że kupił go od Bońka i Wojciecha Szymańskiego za 11 mln zł. Dodatkowy 1,1 mln euro miał jednak przelać bezpośrednio na konto obecnego szefa PZPN w szwajcarskim banku. Pojawił się też wątek bezzwrotnej pożyczki – 1,1 mln zł – dla firmy biopaliwowej, która także należała do Bońka.

Sprawa przelewów, a zwłaszcza podatków od nich, nie została od razu wyjaśniona, bo prezes związku znów nie pojawił się na rozprawie, twierdząc, że jest nieobecny w kraju. Skomentował jednak słowa Cacka na Twitterze w stylu zadziwiającym: – Pan Cacek twierdzi , ze wejście do Widzewa (ESA) kosztowalo go około miliona euro. Czemu tak tanio można powiedzieć – napisał Boniek, dodając emotikony w postaci piłek i uśmiechniętych buziek.

Tymczasem do czasu sądowego wyjaśnienia tych wątków Bońkowi nie powinno być do śmiechu. Platiniego też przecież zatopił niejasny przelew bankowy od Seppa Blattera. I Francuz również początkowo żartował z „rzekomej afery”, powtarzał, że 2 miliony euro otrzymał w ramach umowy dżentelmeńskiej, a kwota się z nią nie zgadzała się, bo… pomylił się w rachunkach. Platini dodawał też z pewnością siebie, że jest kuloodporny, co nawet w sensie metaforycznym okazało się złudzeniem.

Teraz w analogicznej sytuacji znalazł się Zbigniew Boniek. Sąd zapewne nie zdoła zamknąć procesu przed wyborami w PZPN, jednak nie ulega wątpliwości, że zeznania Cacka już dostarczyły paliwa Józefowi Wojciechowskiemu. I tym razem faworyt może wyjść z kampanii, a przede wszystkim z samego zjazdu zdecydowanie bardziej poraniony niż cztery lata temu.