Miesięczne archiwum: Listopad 2016

No jak tak można? Nie dość, że walczą z chorobą, ba, z prawdziwą epidemią, to jeszcze świat zamiast wyrazów współczucia śle w ich kierunku kpiny, w czym celuje zwłaszcza Justyna Kowalczyk. A przecież co zdrowa może wiedzieć o cierpiących? No, po prostu zawiść ludzka nie zna granic…

W tym (na wszelki wypadek od razu zaznaczę, że ironicznym) wstępie mowa oczywiście o Norwegach, którzy brną w wyjątkowo grząski śnieg w aferze dopingowej. Dyskwalifikacja i odebranie Kryształowej Kuli Martinowi Johnsrudowi Sundby’emu, a potem prawdziwa bomba w postaci przyłapania na stosowaniu niedozwolonych środków samej Therese Johaug, wprawiła ich bynajmniej nie w oczywistą wydawałoby się konfuzję, a w złość i manię prześladowczą. Z tych całych nerwów zapewne inhalatorów użyli nie tylko zadeklarowani astmatycy biegający na co dzień – oczywiście w ramach zalecanej przez medyków kuracji – na nartach, ale także ich trenerzy i działacze. A zwłaszcza Espen Bjervig, szef marketingu norweskiego związku narciarskiego. Ten nawdychał się wziewnych sterydów do tego stopnia, że napisał do szefa Teamu Santander, w którym startuje obecnie Kowalczyk, że jej ostatnie wypowiedzi to złamanie umowy, na mocy której mieli do siebie „nie strzelać”. Okazało się, że właśnie ten esemes był najgłośniejszym strzałem, w dodatku we własne norweskie kolano.

W całej tej aferze wyraźnie jednak widać drugie dno, wyścielone plikami banknotów. Dlatego właśnie światowa federacja narciarska nie za bardzo wie, jak ugryźć problem, bo przecież Norwegowie stanowią jedno z nielicznych w biegach narciarskich źródeł wielkich pieniędzy. To w dużej mierze dla nich telewizje kupują prawa do transmisji z Pucharu Świata i to oni przyciągają na trasy mnóstwo zamożnych kibiców. Ba, dopingowy skandal z punktu widzenia marketingowego (prawda, panie Bjervig?) może okazać się dla tej dyscypliny zbawienny, nie ze względu na szansę oczyszczenia, a z powodu emocji, jakie zawsze budzi walka złych charakterów z dobrymi. A ta stanie się jeszcze bardziej wyrazista teraz, niż wtedy, gdy Kowalczyk „po prostu” rywalizowała z norweską koalicją na podejściu pod Alpe Cermis. FIS też zdaje sobie z tego sprawę – stąd konsternacja i brak zdecydowanych antyastmatycznych działań.

Podobne kunktatorstwo nie jest jednak obce żadnej sportowej federacji. Tam, gdzie w grę wchodzą miliony euro, idealizm znajduje się w opałach. Następni w kolejce stoją już Katarczycy, którzy kupili sobie mundial, ale zapomnieli, że nierozerwalnie jest z tą imprezą związany hojnie dotujący ją browar… I właśnie zakazana w islamie butelka piwa może okazać się dla FIFA tym, czym stał się astmatyczny inhalator dla FIS.

Są takie zdania, które przechodzą do historii sportu. Wśród nich niewiele jest made in Poland, ale i takie perełki też się zdarzają. Jedna z nich należy do Michała Listkiewicza, który jako prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej uznał, że korupcja jest zjawiskiem marginalnym, a jej pierwszy antybohater to tylko pojedyncza czarna owca w czys-tym stadzie.

Tenże sam Listkiewicz wylądował później na stanowisku prezesa Piłkarskiej Ligi Polskiej, czyli organu odpowiadającego za rozgrywki pierwszej ligi. Tam najbardziej wymiernym efektem jego działalności – przynajmniej z punktu widzenia postronnego obserwatora życia kwitnącego na zapleczu ekstraklasy – było kompletne zdezaktualizowanie i tak niezapierającej wcześniej tchu w piersiach internetowej strony tej organizacji, oraz niezmienne powtarzanie tezy, że sponsor tytularny rozgrywek jest tuż-tuż. Efekt praktycznych działań był żaden, ale jak się okazało, stanowił znakomitą trampolinę do powrotu na salony międzynarodowe. Były prezes PZPN mięciutko przeskoczył mianowicie na nieco egzotyczny fotel szefa sędziów czeskich.

Na nowej posadzie Listkiewicz najwyraźniej czuje się jak ryba w wodzie. – Dostałem gratulacje od kolegów z całej Europy – opowiadał kilka dni temu w wywiadzie dla TVP Sport. – To jest funkcja administracyjna, bo najważniejsi nie są działacze, tylko sami sędziowie. Ale tam ostatnio były skandaliczne sytuacje, takie jak nietrzeźwi arbitrzy na meczach ekstraklasy, niejasne powiązania z klubami. Krótko mówiąc potrzebowali kogoś z zewnątrz. Dużo swoich działań konsultuję z przewodniczącym naszych sędziów i wiele naszych polskich rozwiązań już w Czechach zastosowałem.

Czeskie czarne owce zostaną więc niewątpliwie w najbliższym czasie dokładnie wygolone, zwłaszcza że jednym z wprowadzonych rozwiązań jest samoocena. – Jeśli się przyzna do błędu, to w porządku, ale jeśli ściemnia, to już gorzej – opowiada Listkiewicz. W dodatku nasz eksportowy nadzorca nie szczędzi sił i środków: – Wygląda to tak, że przyjeżdżam w piątek, oglądam ile meczów się da, ligowych i juniorskich, potem w poniedziałek mamy naradę, kogo zawieszamy, a kogo nominujemy, a we wtorek wracam do Polski, bo to jednak jest moja ojczyzna i trochę chcę w niej pobyć…

Czeskim sędziom przez weekend cierpnie więc zapewne ze strachu skóra i stają na rzęsach, by nie zabrano im gwizdków, czego my – patrząc na jesienną formę arbitrów pracujących w ekstraklasie i w I lidze – możemy jedynie tamtejszym piłkarzom i kibicom pozazdrościć. W ten sposób dzięki panu Michałowi polski futbol odniósł w tym roku kolejny wielki sukces międzynarodowy.

Zespół Adama Nawałki w spotkaniu z Rumunią zagrał znakomicie – mądrze, konsekwentnie, z pasją i skutecznie. Diametralnie inaczej, niż wtedy, gdy na poimprezowym kacu niemiłosiernie męczył się z Armenią. Teraz każdy z piłkarzy – także rezerwowych – wypełnił swoje zadanie, odpłacając się z nawiązką za ryzyko, jakie podjął selekcjoner, który na przekór sporej części medów, ukręcił aferze łeb poprzestając na karach finansowych.

Ośmielam się twierdzić, że spotkanie z Rumunią było w wykonaniu polskich piłkarzy najlepszym od wielu lat, znacznie lepszym nawet niż mecze na Euro 2016. Co zresztą Nawałka zapowiadał już we Francji, twierdząc odważnie, że ćwierćfinał tej imprezy traktuje jako początek drogi, jaką chce poprowadzić Biało-Czerwonych. Efekty przynoszą konsekwentne personalne decyzje oraz budowanie stylu gry opartego na fundamentalnej zasadzie – po pierwsze nie przegrać, oraz związanym z nią dopracowaniem do perfekcji zabójczych kontrataktów, obecnie jednych z najgroźniejszych w Europie. Oczywiście, że na obrazie są rysy – np. niechęć selekcjonera do przeprowadzania zmian – ale bilans plusów zdecydowanie przesłania minusy.

Przy okazji otrzymaliśmy w Bukareszcie także ostateczny argument w dyskusji o ewentualnym zalegalizowaniu środków pirotechnicznych. Padający na murawę Robert Lewandowski i jęk grozy, jaki przetoczył się po trybunach oraz przed telewizorami, powinien stanowić ostateczną kropkę nad utrzymaniem dotychczasowych rozwiązań. Anonimowy (na razie?) Rumun, który rzucił petardą w kierunku kapitana polskiej reprezentacji, jego koledzy używający rac jako pocisków kierowanych w kierunku sektora zajmowanego przez Polaków, biało-czerwoni kibice odrzucający je z powrotem plus nieco wcześniejszy, już wewnątrzkrajowy, wzajemny ostrzał na derbach Trójmiasta, dali definitywną odpowiedź na ewentualne wątpliwości – wyartykułowaną już zresztą w popularnym powiedzeniu o małpie, której dano brzytwę.

Jeśli nie da się zmienić gry, to może trzeba zmienić piłkarzy? To zdanie Waldemara Fornalika po laniu, jakie Lech sprawił Ruchowi, ma potencjał na miarę futbolowego przewrotu kopernikańskiego. Znając jednak realia szkoleniowiec Niebieskich prędzej spłonie na stosie niczym Giordano Bruno, niż przekona do swojej tezy zarządców z Cichej.

Powszechnie znane prawo mówi bowiem, że taniej zwolnić jednego trenera niż kilkunastu zawodników. Ci ostatni zresztą z tej reguły skrupulatnie korzystają – czasami w sposób subtelny, a czasami wręcz brutalny. O sile tak zwanej szatni szkoleniowcy przekonują się raz po raz i doprawdy trzeba mieć charakter z żelaza, w dodatku wzmocniony gwarantującym niezależność solidnie wypchanym portfelem, by w tej sytuacji zachować klasę i… siłę.

Trzeba jednak przyznać, że Fornalik spełnia powyższe warunki. Jako krajowy trener osiągnął sporo, z posadą selekcjonera reprezentacji włącznie, a dzięki niej zarobił z kolei tyle, że nawet opóźnienia w wypłatach nie są mu już straszne. W dodatku posiada bonus w postaci bezgranicznego zaufania ze strony szefów klubu i wciąż wysokiego stopnia uwielbienia płynącego z trybun. Pozostaje jednak zasadnicze pytanie: jak miałaby wyglądać realizacja groźby Fornalika? Pustki w kasie nie pozwalają na dokonanie sensownej rewolucji i sprowadzenie solidnego zaciągu nowych zawodników przy jednoczesnym wypłaceniu odpraw dla tych niechcianych, których żaden dobrze płacący pracodawca z własnej inicjatywy nie zatrudni…

Żeby była jednak jasność: Fornalika i cały Ruch do obecnej sytuacji doprowadziły wieloletnie działania i decyzje właściciela klubu. Pamiętacie jeszcze zachwyty nad tym, że chorzowianie jako jedyni oparli swój skład tylko na Polakach i że mają najmłodszą jedenastkę w ekstraklasie? Kto wówczas miał odwagę powiedzieć, że to przecież nie świadomy wybór, a konieczność wynikająca z krachu finansowego? Podobnie jak ob-łudny uśmiech Dariusza Smagorowicza, rzekomo zadowolonego z narzuconych przez PZPN ograniczeń wysokości kontraktów. I tak na cud zakrawa fakt, że na takim bezrybiu wyrosło kilka gwiazdek, sprzedawanych wszak na pniu za czapkę gruszek, czego efektem jest obecna wypalona chorzowska ziemia.

W piłce nie ma sentymentów. Zawsze jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz. Klasycznym potwierdzeniem tej tezy jest Ruch Chorzów. Raptem dwa tygodnie temu część dziennikarzy z fanfarami ogłosiło, że Niebiescy zmartwychwstali i znów wszystko będzie dobrze. Pretekstem do wybrzmienia triumfalnego chóru było rozgromienie przez zespół Waldemara Fornalika Korony Kielce, która zagrała tak, że nawet grupa dziennikarzy po długim i poświęconym głównie układaniu taktyki zgrupowaniu, miałaby szansę wywalczyć z nią remis.

Dwa kolejne występy Niebieskich skutecznie pochlebców zakneblowały. Zwłaszcza ten ostatni, piątkowy, w którym chorzowianie ponieśli najwyższą klęskę od 1935 roku, gdy występują na stadionie przy Cichej. Nagość króla ukazała się w całej krasie. Obecna siła zespołu jest adekwatna do stanu klubowej skarbonki, w której nie ma pieniędzy na zwrot pożyczki, czyli spełnienie honorowego obowiązku. Z tym większą zresztą refleksją warto sobie przypomnieć zawirowania związane ze sprzedażą Mariusza Stępińskiego do Nantes za pieniądze mniejsze niż oferowane przez inny klub, co wiązało się z konfliktem na szczytach władzy i zakończyło dymisją zwolennika tej drugiej opcji Janusza Patermana.

Nie ulega wątpliwości, że Ruch ugina się pod ciężarem całego worka problemów, do którego konsekwentnie chowano je przez kilka ostatnich lat.

Podczas prezentacji raportu „Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu 2016” jeden z zaproszonych gości udowadniał prezesowi Ruchu, Dariuszowi Smagorowiczowi, że biorąc pod uwagę wysokość długów klubu w porównaniu do majątku zgodnie z prawem należy ogłosić upadłość. Szef Niebieskich wzruszył wówczas ramionami i odparł „może i tak”.

Ta scenka świetnie ilustruje podejście tak zwanych działaczy do ekonomii opartej na potężnych zastrzykach gotówki z budżetów miast. Czasami z otwartą przyłbicą w formie dokapitalizowania, czasami pod przykrywką wydatków reklamowych od spółek podlegających ratuszom, a czasami pożyczek w formie gotówkowej lub w postaci obligacji.

Mijający tydzień pokazał jaskrawo realne konsekwencje takiej polityki i to w najbardziej sztandarowym wydaniu Ruchu Chorzów i Górnika Zabrze. Wielkie Derby Śląska w tym sezonie toczą się najwyraźniej nie na boisku, a w sferze ocierającej się o bankructwo. Ruch – posiadający na dzień 30.06.2016 roku zobowiązania krótkoterminowe w wysokości 41.790.291,86 zł – właśnie z rozbrajającą szczerością ogłosił, że zamiast 6 milionów, do spłaty których zobowiązał się biorąc 18-milionową pożyczkę, odda na razie miastu tylko 4 miliony, bo więcej… nie ma. Nie ma i już. Miał mieć, ale nie ma, no i co mu zrobicie? W dodatku wokół pożyczki krąży już cień prokuratora, bo istnieje podejrzenie, że Smagorowicz (już nie prezes, a jedynie posiadacz większościowego pakietu akcji) przedstawił jako jej zabezpieczenie m.in. logo klubu, które jednak było jednocześnie zastawione już w innym banku. Było czy nie było? Chorzowski biznesmen, aby odpowiedzieć na to proste pytanie, potrzebuje 30 dni…

Jeszcze weselej jest w Zabrzu. Wiceprezes klubu oświadczyła radnym, że dług Górnika – łącznie z obligacjami, które w jego imieniu spłaca miasto – wynosi około 62 milionów złotych. Na tę wieść natychmiast zareagował jej przełożony, twierdząc, że to nieprawda. Ledwie kilka godzin później otrzymałem poufny bilans finansowy klubu, z którego wynika, że nie tylko jest to prawdą (zobowiązania długoterminowe 32 mln, krótkoterminowe 29.024.600 zł), ale w dodatku perspektywy są jeszcze „ciekawsze”- na koniec 2017 przewidywane są długi odpowiednio 29 mln i 44.411.100! I podobnie jak za miedzą także tu pożyczki traktowane są bezstresowo – milion pożyczony na miesiąc w sierpniu zostanie, być może, oddany z końcem grudnia.

Doprawdy, nurtuje mnie pytanie – czy w obu miastach znajdzie się ktoś, kto w imieniu swoich mieszkańców niekoniecznie zachwyconych wrzucaniem ich pieniędzy do piłkarskich studni bez dna, wreszcie zanuci na głos „Mistrzowie – oddajcie nasze sto milionów”?