Miesięczne archiwum: Grudzień 2016

Dla wielu ledwie mignął niby peleton Tour de Pologne finiszujący pod katowickim Spodkiem, inni chcieliby, żeby wciąż frunął na kształt młota rzuconego przez Anitę Włodarczyk. Część z nas będzie za nim tęsknić wzorem Jakuba Błaszczy-kowskiego za powtórką jedenastki w ćwierćfinale Euro, a kolejni już wolą o nim zapomnieć jak Artur Szpilka o ciosach Deontaya Wildera (swoją drogą ten ostatni przykład to kolejny dowód, że nie ma tego złego, co na dobre by nie wyszło, bo dzięki temu pięściarz z Wieliczki też zapisał się w historii – co prawda jako najefektowniej znokautowana ofiara, ale zawsze). Bez względu na te wszystkie odcienie jedno jest pewne – rok 2016 staje się już tylko historią. Także tą sportową, zapisaną na łamach „Dziennika Zachodniego” i w blogu „Męski punkt widzenia”, któremu towarzyszyliście przez minione dwanaście miesięcy, za co dziękuję Wam osobiście i w imieniu moich kolegów. Warto jednak pamiętać, że już sekundę po północy z soboty na niedzielę zacznie się nowy rozdział, w który zabierzemy ze sobą wszystkie dotychczasowe doświadczenia, także te made in 2016. A przecież było ich mnóstwo, podobnie jak emocji. I tych dobrych, i tych z drugiego bieguna.

Zanim jednak na dobre zamkniemy 2016, czeka nas jeszcze sylwester. Również ten sportowy, bo już za kilkadziesiąt godzin w mediach padną tradycyjne pytania: ile (i czego) wypili skoczkowie witający Nowy Rok w Garmisch-Partenkirchen? O której poszli spać? Czy tradycyjnie najgłośniej było u Finów? Kiedyś musiał na nie odpowiadać Adam Małysz, teraz tę rolę przejęli Kamil Stoch i spółka. Ale ciekawość kibiców pozostała niezmienna. Podobnie jak fakt, że nawet jeśli ktoś inny zrobi to wcześniej, to za pierwsze piłkarskie gole 2017 i tak uznamy te, które padną w czasie meczu treningowego Cracovii, odbywającego się od ponad osiemdziesięciu lat w samo południe 1 stycznia.

Bo chociaż czas płynie nieubłaganie, to na szczęście są w nim punkty stałe. Mamy nadzieję, że jednym z nich pozostanie dla Was lektura stron – zarówno tych papierowych, jak i internetowych – „Dziennika Zachodniego”, który znów będzie wszędzie tam, gdzie powinien, żeby razem z Wami i dla Was towarzyszyć sportowcom w wydarzeniach, które za dwanaście miesięcy też będą historią. Bo zawsze, gdy coś się kończy, to jednocześnie coś się zaczyna…

Do Siego Roku!

Na początek – jak przystało na świąteczny felieton – dobra wiadomość. Już za sześć lat przy wigilijnym stole głównym tematem rodzinnych dyskusji nie będzie polityka. W grudniu 2022 roku będziemy się bowiem emocjonować przede wszystkim świeżo zakończonym mundialem w Katarze.

Być może taka futurologia jest nieco ryzykowna, ale mimo wszystko stanowi jakieś pocieszenie w sytuacji obecnie panującego kociokwiku nad Wisłą. No i dotyczy wydarzenia, o którym już jest głośno. Takiej reklamy nie miał przecież żaden z dotychczasowych mundiali. Tyle że teraz już będzie mniej optymistycznie, bo elementami tej reklamy są przede wszystkim proceder korupcyjny towarzyszący wyborowi gospodarza mistrzostw, problem panujących w tym kraju temperatur, wyzysk ubogich na budowach stadionów oraz przesunięcie terminu rozgrywek na koniec roku, co sparaliżuje i zdezorganizuje ligowe zmagania na całym świecie. A to wszystko stanowi dopiero wierzchołek góry lodowej.

Bo największym problemem będą dwie kwestie stanowiące dla kibiców wartości nadrzędne, niezbywalne i nienaruszalne niczym konstytucja w cywilizowanych stronach świata. Chodzi mianowicie o piwo i swobodny ubiór, ze szczególnym uwzględnieniem płci przeciwnej, czyli tak zwanej pięknej. A tak się składa, że obie te kategorie w Katarze są niemile widziane ze względu na panujące tam obyczaje związane z religią – alkohol i odsłonięte powierzchnie kobiecego ciała, chociażby były to ciała kibicek w stylu Natalii Siwiec, są sprzeczne z zaleceniami tradycji muzułmańskiej.

Wygląda więc na to, że FIFA wpadła we własne komercyjne sidła, tym bardziej że pochodzące z alkoholowego źródła fundusze stanowią istotną część budżetu turnieju, a za względów reklamowo-marketingowych sprawy nie rozwiąże nawet zastąpienie ich zastrzykami z portmonetek szejków. Nietrudno też sobie wyobrazić, że przymusowe zakrywanie ramion, dekoltów i nóg spotka się ze zdecydowanym odporem sporej części fanów, których najazd i tak będzie dla Katarczyków stanowił poważny wstrząs kulturowy…

Jak z tego wybrnie federacja, zobaczymy za wspomniane sześć lat, a na razie życzę Państwu (i korzystając z okazji także sobie) spokojnych Świąt, podczas których oby niczego Wam (i Nam) nie zabrakło!

Myślałem, że już widziałem prawie wszystko, tymczasem życie ciągle nas zaskakuje – stwierdził filozoficznie Waldemar Fornalik po meczu Ruchu Chorzów w Płocku. No cóż, były selekcjoner wykazał się w tym momencie zadziwiającą naiwnością lub niebywałą pychą, bo pracując akurat w tym klubie, w którym pracuje, powinien mieć świadomość, że na pewno wszystkiego nie widział i na pewno wszystkiego nie zobaczy.

Któż bowiem mógłby się na przykład spodziewać, że logo Ruchu, słynna eRka, prowadzi własne niezależne życie? A to pojawi się wakacyjnie na Cyprze, bo akurat tam może się poczuć dowartościowana, a to pójdzie sama do banku, by się dyskretnie zastawić, a to uda do kosmetyczki na lifting… No cóż, po tylu latach najwyraźniej nauczyła się samodzielności i z niej korzysta.

Podobnie ma się sprawa z piłkarzami. Nie jestem pewny czy szkoleniowiec ma i miał świadomość, jak bardzo wszechstronnie utalentowaną grupę dostał pod swoje skrzydła. Co prawda nie zawsze jej członkom udaje się prosto kopnąć piłkę, ale za to strategie marketingowe, prowadzenie kampanii reklamowych i kreowanie medialnych wydarzeń wszyscy mają w małym palcu.

Wracając jednak do będącej inspiracją dla tego tekstu wypowiedzi. Proponuję prostu quiz – może właśnie King, skoro w swoim przekonaniu prawie wszystko już widział, zna odpowiedzi na kilka ważnych pytań. Na przykład takich: – Ile wynosi wewnętrzne zadłużenie Ruchu, które wszak w przypadku przejęcia Niebieskich np. przez miasto, stałoby się zadłużeniem zewnętrznym, a więc wymagającym spłaty?; – Jaką kwotę w rzeczywistości otrzymał Ruch od firmy pożyczkowej z Bydgoszczy i na jaki procent, skoro dług urósł tak niebotycznie, że zagroził istnieniu klubu?; – Dlaczego prezydent Chorzowa nie wpadł wcześniej na to, że oprócz wprowadzenia swojego człowieka do zarządu klubu konieczna jest także podobna decyzja dotycząca Rady Nadzorczej? – Kto i gdzie w rzeczywistości zastawił eRkę, którą później zaproponowano jako zabezpieczenie miejskiej pożyczki?

Jeśli Waldemar Fornalik zna poprawne odpowiedzi, rzeczywiście będzie miał prawo stwierdzić, że wie już prawie wszystko. I byłoby świetnie, gdyby się tą wiedzą podzielił, skoro nie chcą tego zrobić osoby zarządzające klubem.

1503 widzów na meczu Górnika Łęczna z Termaliką. 2914 osób chciało obejrzeć na żywo niezwykle ważne spotkanie Wisły Płock z Ruchem Chorzów. 4486 przyszło na starcie bijącej się o ósemkę Pogoni Szczecin z jej bezpośrednim rywalem Zagłębiem Lubin. 4058 podziwiało w Gdyni powrót Jagiellonii na fotel lidera. 8.219 siedziało na krzesełkach, gdy po murawie biegali mistrzowie i wicemistrzowie Polski. Statystykę ogólną co prawda uratowały derby Krakowa, ale diabeł tkwi właśnie w szczegółach.

Kibicom naprawdę trudno się dziwić. Oglądanie piłkarzy w grudniu daje całkiem solidną gwarancję złapania przeziębienia, a zabranie na taki mecz dziecka graniczy z brakiem odpowiedzialności. Organizatorzy rozgrywek od wielu lat tłumaczą, że innego kalendarza nie da się ułożyć, bo letnia przerwa i tak już została skrócona do minimum. Jest jednak jeden sposób pozwalający zachować i całą owcę, i sytego wilka. To zmniejszenie ligi do dziesięciu zespołów, pozwalające na skoncentrowanie rozrzedzonej obecnie jakości i wyeliminowanie ośrodków, w których elita to za wysokie progi sportowo i/albo organizacyjnie.

Warto bowiem pamiętać, że ta zabawa na całym świecie opiera się na sponsorach i – przede wszystkim – telewizji. A przecież sygnał alarmowy dla ligi dzwonił już po poprzednim sezonie, gdy w raporcie „Ekstraklasa piłkarskiego biznesu 2016” wnikliwi czytelnicy znaleźli niespodziewaną informację o spadku oglądalności rozgrywek w TV. Usprawiedliwiano to co prawda rosnącą skalą nielegalnych transmisji, ale patrząc na weekendową frekwencję na trybunach, problem wydaje się znacznie poważniejszy i wymagający drastycznych działań.

Ministerstwo Sportu i Turystyki dokładnie na Mikołaja ogłosiło „Program dofinansowania ze środków budżetu państwa zadań związanych z przygotowaniem zawodników kadry narodowej do udziału w igrzyskach olimpijskich oraz przygotowaniem i udziałem w mistrzostwach świata i Europy w sportach olimpijskich w 2017 roku”. Pod tą nudną nazwą kryje się jednak lektura zajmująca znacznie bardziej niż będąca PiaRowską wydmuszką, a wykreowana na literackie wydarzenie, kryminałkowa „Dziewczyna z pociągu”.

We wspomnianym dokumencie resortu prowadzonego przez Witolda Bańkę znalazły się bowiem i sensacyjne zwroty akcji, i zagadki finansowe. Serca z emocji zadrżały zwłaszcza sportowym VIP-om. Minister zastrzegł bowiem, że z dotacji budżetowych nie będą już pokrywane pensje prezesów i wiceprezesów związków, zamykając też od razu furtkę do obejścia rozporządzenia, czyli podtrzymując zakaz także wówczas, gdyby prezes jednocześnie objął w związku inne stanowisko, nieobjęte taką restrykcją.

Kończy się również eldorado dla sekretarzy generalnych oraz dyrektorów sportowych (taką posadę objął niedawno w związku narciarskim Adam Małysz). Po pierwsze, obowiązkowe na te stanowiska będą konkursy, w komisjach których zasiądzie przedstawiciel ministerstwa, a po drugie – ograniczono wysokość dofinansowania ich pensji z dotacji do 9.000 zł brutto dla sekretarza i 8.500 dla dyrektora. Przy okazji określono poziomy dotacji do wypłat dla całego sztabu szkoleniowego – włącznie z lekarzami, psychologami (do 250 zł za dzień lub 4.500 zł miesięcznie), technikami i serwisantami (200 dziennie lub 4.000 zł miesięcznie), a nawet sparingpartnerami (200 dziennie lub 2.000 zł miesięcznie). Najciekawiej wygląda jednak pozycja „trener kadry narodowej”. Tu wysokość dofinansowania ograniczono do 8.500 zł miesięcznie i 6.000 dla asystenta, a przy zgodzie ministra ten pierwszy może dostać „podwyżkę” w wysokości pensji tego drugiego.

Co w praktyce oznaczają takie rozwiązania? Na pewno konieczność rozpoczęcia szeroko zakrojonych poszukiwań potencjalnych sponsorów, którzy byliby skłonni płacić prezesom i wiceprezesom (no chyba że uda się namówić i formalnie wybrać takiego, którego stać na pracę społeczną) oraz trenerom kadry.W przypadku tych ostatnich czysta kwota dofinansowania zdecydowanie nie wystarczy, by pozyskać gwiazdę chociażby europejskiego formatu, a bez takowej federacja może spaść w hierarchii ministerialnych dotacji. Powstaje więc kwadratura koła, a biorąc pod uwagę liczbę związków opiekujących się dyscyplinami olimpijskimi, zapowiada się w niej brutalny wyścig po sponsorów i związana z nim bezpardonowa wojna na śmierć, życie i pieniądze.

Sprawa Sebastiana Dudka, który de facto zwolnił trenera Piotra Mandrysza, zatacza coraz szersze kręgi i krąży coraz wyżej. Najprawdopodobniej już dziś zajmie się nią sam Polski Związek Piłki Nożnej, a srogi Stefan Majewski zapowiada surową karę.

Przyznam, że nie do końca rozumiem dlaczego akurat centrala ma się pochylać nad czymś, co powinno zostać załatwione na poziomie klubu. Tym bardziej, że nawet w PZPN-ie pracują osoby, które bywały wyrzucane na bruk, gdy tak postanowiła tak zwana szatnia. Wtedy jednak milczały i szukały kolejnego pracodawcy. Tak było, jest i będzie, tyle, że zazwyczaj dzieje się to za zamkniętymi drzwiami, a teraz Dudek przełamał tabu przed obiektywem kamery telewizyjnej. Ot, cała różnica.

Zresztą tak naprawdę to nowość tylko na szczeblu ligowym, bo szlak na szczytach przetarł nie kto inny, a sam (były już) prezes PZPN, Grzegorz Lato, zwalniając selekcjonera Leo Beenhakkera właśnie na szklanym ekranie, bez obecności najbardziej zainteresowanego. Wówczas niezłomny Majewski milczał jednak jak zaklęty… Ciężkich dział – w drugą stronę, czyli w obronie piłkarzy – nie wytaczano również wtedy, gdy Józef Wojciechowski wymyślał w swojej Polonii Warszawa haniebny Klub Kokosa.

Przede wszystkim jednak w światku, gdzie członkiem rady nadzorującej rozgrywki ekstraklasy jest człowiek, który ma nawet problem z ustaleniem czy logo reprezentowanego przez siebie klubu jest czy nie jest zastawione na poczet bankowego kredytu, mówienie o środowiskowej etyce brzmi dość zabawnie.

Zagłębie Sosnowiec dało show i przy okazji zerwało maskę hipokryzji, którą nosiła cała polska piłka. Za sprawą słów kapitana zespołu, Sebastiana Dudka, cała Polska zobaczyła, że tak zwana szatnia rzeczywiście potrafi zwolnić trenera. O, przepraszam, nie trenera, a „osobę, która prowadzi zespół”. Ten neologizm zrobił zresztą błyskawiczną furorę – od rundy wiosennej szkoleniowcy będą na boisko wypuszczać osoby broniące bramek, osoby blokujące do nich dostęp i osoby, których zadaniem będzie strzelanie goli.

Sosnowiecki coming out pokazał jednak nie tylko sam mechanizm, ale także bezradność szefów klubu. Prezes Marcin Jaroszewski, chwalony przeze mnie onegdaj za erudycję, tym razem kompletnie się zagubił nie stając po żadnej ze stron, a decyzję o zawieszeniu poprzedzając deklaracją, że gdyby jeszcze raz miał zatrudnić Piotra Mandrysza, to ponownie by to zrobił. No chyba, że następcę Jarosława Araszkiewicza, czyli następcę Jacka Magiery, wyrzucił ktoś inny, co tłumaczyłoby wypowiedź prezesa Zagłębia, wyartykułowaną raptem kilkadziesiąt minut wcześniej, że jest tak zmęczony, iż żadnych ruchów już nie podejmie. Może więc nie tylko w Bielsku-Białej klocki układa nie nominalny prezes, a ktoś w gabinetach ratusza?

Tak się złożyło, że Zagłębie jest bardzo blisko powiązane z Legią Warszawa. I właśnie te dwa kluby dostarczają w tym sezonie kibicom największej rozrywki. Legia na arenie międzynarodowej, gdzie prezentuje odmianę futbolu podwórkowego, w której brakuje jedynie propozycji, by za trzy rzuty rożne wykonywać rzut karny, a sosnowiczanie na krajowej, konsekwentnie zmierzając do rekordu liczby osób…, no dobra, szkoleniowców zatrudnionych w jednych rozgrywkach. Początkiem tego kabaretu była zresztą ich wspólna akcja właśnie z Legią, gdy ta – niczym na garażowej wyprzedaży – kupiła sobie Magierę i wywiozła do stolicy.

Cała ta dziwna historia mimo wszystko jest dużo bardziej zabawna niż pantomima uprawiana przez „osoby zarządzające” Ruchem Chorzów, a dotycząca oddania pożyczonych beztrosko publicznych pieniędzy i tajemniczego liftingu znaku klubu. Niebiescy zachowują jednak za to status quo na trenerskiej ławce, tę gierkę – z punktu widzenia mieszkańca miasta zdecydowanie mniej szkodliwą – zostawiając Zagłębiu.