Miesięczne archiwum: Luty 2017

Kto jest większym piłkarskim oszustem: Joel Veltman, piłkarz Ajaxu, który udawał, że chce przerwać grę ze względu na kontuzję kolegi a tymczasem przeprowadził ofensywną akcję, czy Arkadiusz Malarz, bramkarz Legii, który w meczu z tymże Ajaxem udawał (skutecznie), że złapał piłkę przed linią bramkową? Takie pytanie zadałem na Twitterze w sondzie, którą procentowo 58:42 „wygrał” Holender.

Ta prowokacja miała cel… edukacyjny. Zapewne wszyscy przecież pamiętają, jak to Legia i jej sympatycy prowadzili akcję pod hasłem „Let win football”, powtarzając, że w piłce najważniejsze powinny być gole, a tymczasem mistrzowie Polski, choć strzelili ich więcej, zostali pozbawieni gry w Lidze Mistrzów, bo na boisku przez kilkanaście minut wystąpił nieuprawniony piłkarz. Teraz klub i jego fani milczą, i ani myślą apelować, by Ajaxowi oddano to, co mu się należy, czyli gola w 1/16 Lidze Europy.

Fałsz i obłuda niestety nie są w polskiej piłce niczym nowym. Co więcej, można odnieść wrażenie, że stają się absolutną normą. Na przykład Spółka Ekstraklasa udaje, że w lutym jest wiosna, a komentatorzy Canal+, że mecze, które komentują, stoją na poziomie uzasadniającym wykupienie abonamentu w ich stacji. Wczoraj poszli jeszcze dalej i w czasie transmisji ze spotkania Cracovii z Pogonią udawali, że na trybunach nie dzieje się nic nadzwyczajnego, a tymczasem trwała tam zadyma.

Panowie – czasy, gdy można było liczyć, że jeśli czegoś nie widać, to tego nie ma, naprawdę są już historią…

W matematycznym świecie funkcjonuje kilkanaście twierdzeń, które wciąż czekają na udowodnienie, i zadań, których nikt dotąd nie rozwiązał. Za uporanie się z niektórymi wyznaczono nawet solidne nagrody, inne stanowią przede wszystkim wyzwanie intelektualne.

Najtęższe głowy walczą więc z oporem liczb i ciągów, ale zapewne nie wiedzą, że największe wyzwanie czeka na Śląsku, a dokładniej w Zabrzu. Niczym jest bowiem Wielkie Twierdzenie Fermata wobec tezy, że 67 milionów złotych bynajmniej nie jest równe 67 milionom złotych, bo po pierwsze, dzieli się przez 2 lata (czas pomiędzy emisją obligacji i akcji), a potem jeszcze przez piętnaście, bo wtedy miasto spłaci bankowi ostatnią ratę. A więc – co należało dowieść – tak naprawdę Zabrze daje na Górnika dużo mniej niż na przykład Gliwice na Piasta (15 mln rocznie). Co prawda z tego równania da się wyprowadzić także inny wynik, a mianowicie, że 67 milionów równa się blisko… 95 milionom, bo docelowo tyle miasto przekaże do banku wraz z odsetkami. Ale to już nie matematyka, a psychologia. Dokładniej mania prześladowcza oparta na złośliwości.

Do najwybitniejszych postaci zabrzańskiej szkoły ekonomii bardzo szybko dorównał przybyły znad morza prezes Górnika. Na spotkaniu z radnymi wyprowadził karkołomną hipotezę, że bilans finansowy klubu będzie niemal taki sam w przypadku wywalczenia przez piłkarzy awansu do Ekstraklasy, jak i jego braku. I to pomimo widniejących w tak zwanej prognozie liczb (np. 6 milionów złotych od spółki prowadzącej elitarne rozgrywki, która dobrowolnie takiej kwoty zespołowi grającemu w I lidze raczej nie będzie chciała przekazać). Jakim cudem z awansem czy bez niego suma działań wyjdzie bardzo zbliżona, tego już szef klubu niestety nie wyjaśnił. A szkoda, bo wywód byłby zapewne równie błyskotliwy jak zaksięgowanie zamienionego na barter właścicielskiego długu zarówno w postaci odjęcia go od całkowitych zobowiązań, jak i dopisania do zysków jako wpływu od sponsora tytularnego.

Zabrzańska matematyka ma się więc wyśmienicie i bynajmniej nie potrzebuje zewnętrznych inspiracji. Zresztą jaką pokusę może stanowić dla jej adeptów na przykład milion dolarów za każdy z nierozwiązanych wciąż Problemów Milenijnych, skoro to zaledwie pół raty, jaką magistrat będzie musiał odprowadzić w 2019 roku w ramach rozliczenia z bankiem za akcje i obligacje? Może więc lepiej – wzorem lwowskiej kawiarni „Szkockiej” – wyłożyć w holu ratusza brulion z pytaniami, zadaniami i i równaniami dotyczącymi ekonomii prowadzonej w Górniku Zabrze? Mieszkańcy, którzy potrafiliby je rozwiązać, w nagrodę mogliby przekazać na klub kolejne pieniądze. Już indywidualnie.

Przyszła wiosna. Co prawda na termometrach rtęć znów zatrzymuje się kilka stopni poniżej zera, a na porę inauguracyjnego meczu Ruchu Chorzów z Cracovią prognozowane są porywiste podmuchy lodowatego wiatru, ale kalendarz piłkarski rządzi się swoimi prawami. W nim sygnał do zmiany pór roku daje sędzia swoim gwizdkiem.

W piątek o godzinie 18 Lotto Ekstraklasa rozpocznie się więc długi finisz, podczas którego znów dojdzie do podziału i tabeli, i punktów, co od początku systemu ESA-37 budzi olbrzymie emocje i kontrowersje. Tym niemniej regulamin okazuje się nienaruszalny niczym pewien rzecznik pewnego ministerstwa – nawet gdy wydawało się, że jego losy są przesądzone, nagle następuje zwrot akcji, szef (spółka Ekstraklasa) daje odpór krytykom (prezesom klubów), ci nabierają wody w usta i wszystko zostaje po staremu. Najbardziej cieszą się z tego ci najbiedniejsi, zarówno pod względem zasobności portfeli, jak i konta punktowego. Zabieranie bogatym daje im bowiem nadzieję na ucieczkę z szafotu, na który sami wspinali się przez cztery piąte sezonu.

Przy okazji wspinania trudno oprzeć się wrażeniu, że w 2017 rok liga – jak nigdy przedtem – stała się Ekstraklasą dwóch prędkości. Rozdźwięk pomiędzy czołówką i dnem jest już gigantyczny. Broniąca tytułu mistrzowskiego Legia Warszawa pochwaliła się właśnie, że jej budżet na najbliższe dwanaście miesięcy będzie wynosił 283,5 mln zł, czyli więcej niż pozostałych piętnastu drużyn razem wziętych (kolejny w tym zestawieniu Lech Poznań zgromadził 67 mln). Tymczasem Ruch Chorzów kilkadziesiąt godzin temu toczył dramatyczną walkę o zdobycie 600 tysięcy złotych na pokrycie długów wartych cztery ligowe punkty…

A propos ESA-37 i Niebieskich. Tak się składa, że to właśnie klub z Cichej wyrasta na żywego królika doświadczalnego wspomnianego systemu rozgrywek. W poprzednim sezonie Ruch znalazł się w samym środku zamieszania związanego z odbieraniem punktów i odwoływania się od tych decyzji, za co najwyższą spadkową cenę zapłaciło ostatecznie Podbeskidzie Bielsko-Biała, a tym razem sam został pozbawiony za karę aż 20 procent całej punktowej zdobyczy, co jednak w perspektywie podziału po 30. kolejkach, jest ciosem bolesnym, ale bynajmniej nie nokautującym.

Ekonomiczną opozycję wobec Chorzowa tradycyjnie stanowi drugi śląski rodzynek w – tak zwanej elicie – czyli Piast Gliwice. Stabilny budżet nie przełożył się jednak na stabilną wartość sportową. Zapewne nikt już niemal nie pamięta, ale dokładnie przed rokiem ekipa z Okrzei startowała do rundy wiosennej z pozycji lidera, z zapasem pięciu punktów nad Legią. Dziś tamta rzeczywistość wygląda niczym sen, bo obecna skrzeczy i każe patrzeć nie w górę, a w dół.

Wracając jednak do dwóch prędkości. Legia, w której szkatuła nie zamyka się od nadmiaru złotówek i euro, udowodniła właśnie, że jest mistrzem Polski. I zgodnie z narodową mentalnością, doszło w niej właśnie do gigantycznej awantury z pieniędzmi w tle. Trzech współwłaścicieli rzuciło się sobie do gardeł, oblepiło wzajemnie błotem w mediach i ogłosiło definitywny rozwód. Kto ostatecznie utrzyma się w prezesowskim fotelu, a przede wszystkim jaki będzie efekt tej mentalnej bijatyki dla samego klubu zobaczymy najpóźniej w czerwcu.

Jednocześnie trzeba żywić nadzieję, że będzie to największa zadyma towarzysząca ekstraklasowym rozgrywkom, chociaż pojawiło się sporo jaskółek, które powinny napawać niepokojem. Mowa oczywiście o kibolskich ekscesach i wzbierającej fali tak zwanych ustawek, z zablokowaniem autostrady i pobiciem zawodnika Ruchu Radzionków na czele. Obserwując te wydarzenia z zewnątrz trudno nie zgodzić się z opinią, że występki tego typu są ścigane i karane ze znacznie mniejszym zapałem niż szereg zjawisk mniej uciążliwych dla społeczeństwa, a już na pewno od tych z politycznym tłem.

Reasumując: zagadek, które zostaną wiosną rozwiązane, zarówno tych sportowych, jak i pozaboiskowych, jest tradycyjnie całkiem dużo. A to z pewnością sprawi, że zanim nastąpi prawdziwa wiosna, kibice z nudów nie powinni jednak przesadnie zmarznąć…

Biorąc pod uwagę fakt, że podobno do Obrony Terytorialnej garną się tłumy utalentowanych bojowników o wolność i demokrację (bo zapewne nie chodzi o tak przyziemną sprawę, jak comiesięczny żołd), zadziwiająco słabo spisują sie ostatnio reprezentanci naszej Ojczyzny w sportach walki ze szczególnym uwzględnieniem boksu. Coś, co w niesłusznych czasach było perłą w koronie dorobku medalowego podczas największych imprez, ostatnio stało się powodem do wstydu.

Pięściarze znad Wisły pokonują właśnie ekspresową drogę totalnego upadku. Najpierw w miarę regularnie dawali się okładać po twarzach i zapisywali w kronikach tej dyscypliny w rubrykach „najbardziej efektowne nokauty roku”, a teraz wpadli w nałóg koksowania. Co prawda logiki w takich działaniach jest tyle, co w przypadku pewnego bobsleisty, który wziął doping i zajął ostatnie miejsce – a może nawet mniej, bo przez swoją głupotę tracą okazję do zostania pobitymi za rekordowe wypłaty – ale skoro proceder staje się powszechny, to zapewne jest w tym jakieś ukryte dno. Poza tym etycznym rzecz jasna. Może być nim samowolna czysta głupota lub brak profesjonalizmu ze strony osób nadzorujących przygotowania do walk, a do których obowiązków należy akceptowanie odżywek i wszelkiej maści suplementów. Traf chciał, że wszystko to zbiegło się akurat z amerykańską akcją oczyszczania rankingów z koksiarzy (swoją drogą to ciekawe, że najczęściej wpadają zawodnicy spoza USA), co zamieniło się w beczkę dynamitu wysadzającą resztki renomy polskiego boksu w powietrze.

Żeby jednak nie kończyć tego felietonu w nastroju przygnębiającym trzeba znaleźć kilka światełek w tunelu. I takowe rzeczywiście gdzieś w oddali migoczą. Bo przecież jakieś sukcesy się jednak pojawiają – a to „gwiazda” MMA odniesie zwycięstwo przed czasem nad domowym kotem, a to były wielki (dosłownie i w przenośni) mistrz pięści podręcznikowo znokautuje na okręgowym zebraniu pewnego byłego sędziego, a to inny fajter błyśnie refleksem łapiąc za ogon aligatora i wychodząc z tego bez szwanku. Niby przykłady absurdalne, ale na bezrybiu wszak i rak jest rybą, zwłaszcza w czasach, gdy polska szkoła boksu stała się szkołą koksu.