Miesięczne archiwum: Marzec 2017

Ryszard Czarnecki żadnej pracy się nie boi. Żadnej przynależności partyjnej też zresztą nie, co widać w kronice jego niezwykłej politycznej kariery. I niczym swój teść Mirosław Hermaszewski (dla młodszych Czytelników wyjaśnienie: to wciąż jedyny Polak, który był w kosmosie), nie ma oporów, by sięgać do gwiazd. Choćby tylko sportowych.

Najnowszym celem europarlamentarzysty i – o czym nie wszyscy już pamiętają – niedoszłego prezesa PZPN, stał się fotel szefa Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Furtkę do spełnienia tego marzenia uchylił Czarneckiemu związek siatkarski. Nie od dziś to gremium słynie z nieszablonowych rozwiązań, których innowacji świat zewnętrzny czasami nie potrafi docenić. Jak chociażby tych zastosowanych przy okazji zwycięskich dla Polaków mistrzostw świata, gdzie hasło „Złoto” interpretowano podobno na najbardziej zaskakujące sposoby. Siatkarskie błogosławieństwo dla Czarneckiego nie wybija się więc jakoś bardzo na tej liście.

Nominacja odbiła się jednak głośnym echem, wywołując nie tylko emocje, ale także zadziwiającą pasywność ze strony dziennikarzy zajmujących się siatkówką na co dzień. Nie zauważyłem mianowicie, by zadali związkowym bossom najprostsze możliwe pytanie, czyli „Co wami kierowało?”. Ciężar weryfikacji kandydatury wziął więc na siebie Konrad Piasecki, który w „Gościu Radia Zet” przepytał Czarneckiego także w temacie olimpijskim. Test wypadł kiepsko, ale bynajmniej nie zmącił dobrego samopoczucia posła, który brak wiedzy o liczbie złotych medali zdobytych przez Polaków na ostatnich igrzyskach skwitował w swoim mniemaniu zabawnym – choć to odczucie chyba nie było powszechne – stwierdzeniem „stremowałem się”.

Podsumowanie tej historii zabawne już jednak nie będzie. Sporo bowiem wskazuje na to, że u podstaw absurdalnego z pozoru posunięcia PZPS-u leży polityczno-ekonomiczne kunktatorstwo, oparte na nadziei pozyskania sponsorskiej przychylności spółek Skarbu Państwa. A jeśli tak jest to wybory mogą być jedynie formalnością. I dopiero wtedy naprawdę zaśmiejemy się w głos. Pamiętajmy jednak wówczas, że tak naprawdę śmieje się ten kto śmieje się ostatni… Zwłaszcza gdy siedzi w wygodnym fotelu lub w samolocie lecącym do apartamentu w luksusowym hotelu w Pjongczang.

Najpierw szybki test. Czy wiecie, który zespół został mistrzem Europy U-21 przed dwoma laty, z kim wygrał w finale i jaki padł wówczas wynik? A może pamiętacie, gdzie odbył się ten turniej? A poprzedni, w 2013?

OK, nie sprawdzajcie w Wikipedii, bo i tak nagród nie przewidziano. Celem tego odpytywania było udowodnienie, że Robert Lewandowski miał rację, gdy oznajmił, że impreza ta służy weryfikacji stanu szkolenia młodzieży i promocji piłkarzy mniej znanych, a nie „pompowaniu” wyniku poprzez powoływanie zawodników, których właściwym miejscem jest pierwsza reprezentacja. Nic dziwnego, że słowa największej gwiazdy Biało-Czerwonych i i Bayernu Monachium wywołały taką błyskawiczną reakcję w PZPN-ie. Były bowiem prawdziwe aż do bólu, a krzyk jest wszak na niego naturalną i częstą reakcją.

Ranga imprezy, której gospodarzem za trzy miesiące będzie Polska, lokuje ją w stanach średnich, także w odbiorze kibicowskim. Podjęto więc z nimi karkołomną grę, uparcie promując wizję, że przyjście na stadion będzie szansą, by za znacznie mniejsze pieniądze niż te w przypadku występów kadry A zobaczyć w akcji Arkadiusza Milika, Piotra Zielińskiego czy Mariusza Stępińskiego. Tymczasem de facto mamy do czynienia z formą zakładu w ciemno, bo ich obecność jest nie tylko niepewna, ale również, jak właśnie stwierdził Lewandowski, niekonieczna.

Analizując sprawę trudno uciec od skojarzeń z hokejem. Swego czasu do kadry powoływano Mariusza Czerkawskiego i Krzysztofa Oliwę, którzy przyciągali na trybuny kibiców, ale sportowych sukcesów nie byli w stanie zapewnić. W kontekście piłkarskiej młodzieżówki jest podobnie, a w dodatku gwiazdy takie jak Milik mają na Euro U21 znacznie więcej do przegrania niż do wygrania, o ryzyku niepotrzebnych kontuzji nie wspominając.

Żeby była jasność – na istnienie tej „gry” właściwie nie ma żadnych dowodów i coraz więcej wskazuje na to, że to zwykły fejk (czyli fałszywy news), uwiarygadniany przez bezrefleksyjnie powtarzające go media. Tym niemniej hasło „Niebieski wieloryb” robi ostatnio zawrotną karierę, a związane z nim zasady znalazły odzwierciedlenie nawet w polskiej 
piłce.

Przypomnę w skrócie – ta rzekoma nihilistyczna gra ma prowadzić do autodestrukcji jej uczestnika poprzez wykonywanie coraz drastyczniejszych zadań z samookaleczeniami włącznie. I tu właśnie wkracza futbol. Masowe zadawanie sobie bólu i dokonywanie krzywd stało się tej wiosny powszechnie obowiązujące. W Ekstraklasie najlepszym przykładem był remis Lecha z Łęczną (przy okazji potwierdzający opinię, że liczba widzów na trybunach nie ma najmniejszego, a już na pewno pozytywnego znaczenia dla postawy zespołu i wyniku meczu), natomiast na jej zapleczu najbardziej zaawansowany w „wielorybie” jest GKS Katowice. Zespół Jerzego Brzęczka od pierwszej tegorocznej kolejki wyrządza sobie szkody raz za razem w sposób, który trudno wytłumaczyć racjonalnie.

Zabawa grupowa to jednak tylko jeden z wariantów, znacznie popularniejszy jest wszak system wyzwań indywidualnych. Takich, jakie podjął na przykład Grzegorz Krychowiak. Pomocnik reprezentacji Polski od momentu przeprowadzki do Paryża robi wszystko, aby doprowadzić do katastrofy. Najpierw zaczął się dziwnie ubierać (wiem, wiem, de gustibus…), potem udawał, że zapomniał, jak się gra w piłkę, a na koniec naraził się wszystkim kolegom (już raczej byłym) w szatni PSG.

W nurt autodestrukcji wpisał się też prezes PZPN Zbigniew Boniek, który na Twitterze „ćwierknął” pod adresem Karoliny Hytrek-Prosieckiej, dyrektora ds. komunikacji i PR w spółce Ekstraklasa SA: „Bez przesady, ja gdy z @Piechocinski rozmawiamy o piłce to nam baba niepotrzebna”. Wywołał tym gigantyczną feministyczną burzę i fatalnie zaszkodził swojemu wizerunkowi. No cóż, „Niebieski wieloryb” wpłynął najwyraźniej na naprawdę szerokie wody…

W nowej edycji odkurzonych po latach „Milionerów” pojawiają się pytania, na które nikt – w każdym razie nikt w miarę normalny, czyli nieżyjący wyłącznie cudzym celebryckim życiem – nie zna prawidłowej odpowiedzi. No bo czy w ogóle ma sens przechowywanie w głowie imion członków rodziny Kardashian lub powodu awantury między Dodą a jej bliżej nieznanym narzeczonym?

Od czasu do czasu nierozwiązywalne i kompletnie niepotrzebne dylematy pojawiają się także wokół sportu. Przyznaję, że zdarzało mi się – i niestety nadal zdarza – mimo wszystko brać udział w rozbieraniu ich na czynniki pierwsze (dylematów, a nie Dody czy innej Kardashianówny). Najświeższym przykładem była wewnątrzredakcyjna dyskusja o wyższości tudzież niższości sukcesów w narciarskich skokach, których nie sposób uprawiać amatorsko, w porównaniu ze znacznie naturalniejszymi dla człowieka biegami, a także wartości medali wywalczonych w niszowych konkurencjach lekkoatletycznych wobec zwycięstw w dużych wyścigach kolarskich, a więc w sporcie, z którym bliższą znajomość większość z nas nawiązała już w wieku dziecięcym.

Podobne dywagacje oczywiście nie mają głębszego sensu, zwłaszcza że niemal wszystkie argumenty można zbić jednym prostym eksperymentem – jeśli dyskredytujesz wartość czyjegokolwiek osiągnięcia, stań przed lustrem i zapytaj sam siebie: a w czym ty jesteś dziesiąty, dwudziesty czy trzydziesty na świecie? No i ich logika jest zazwyczaj równie karkołomna co filozofia Apoloniusza Tajnera tłumaczącego, że nie było sensu wysyłać na mistrzostwa świata w Lahti skoczkiń, bo dzięki sile swoich kolegów mogłyby załapać się na stypendia sportowe, a to byłoby… demoralizujące. Jak taki punkt widzenia ma się do przypadku Justyny Kowalczyk, która zapewniła finansowe przetrwanie trzem koleżankom ze sztafety, prezes PZN do dziś nie wyjaśnił.

W całych tych rozważaniach ważne jest jednak coś innego – a mianowicie fakt, że roztrząsanie podobnych kwestii świadczy o tym, że emocje w sporcie są tak samo prawdziwe jak obraz XIX-wiecznego Londynu w „Taboo” i mają znacznie więcej odcieni niż suknie aktorek maskujące obezwładniającą słabość serialu „Belle epoque”. No chyba, że mówimy o krajowych ligowych meczach piłkarskich, bo te kojarzą mi się raczej z programem „Agent – gwiazdy” – nijak nie da się dostrzec żadnej gwiazdy, za to agentów (na trybunach) jest aż nadto.

PS. Jeśli nie zgadzacie się Państwo z tą opinią, zawsze możecie wysłać maila na adres r.musiol@dz.com.pl A jeśli zgadzacie? Też napiszcie!

Ekstraklasowych sędziów dopadło wiosenne rozprężenie. Efekt ich bujania w obłokach jest jednak opłakany – swoimi gwizdkami wypaczają wyniki meczów, ze szczególnym uwzględnieniem tych o największym ciężarze gatunkowym, czyli zespołów walczących o utrzymanie.

Przykłady pierwsze z brzegu. Robert Marciniak podyktował w spotkaniu Ruch – Śląsk rzut karny dla gospodarzy za faul przed „szesnastką”, Paweł Gil nie uznał gola dla Cracovii w starciu z Arką, chociaż piłka spadła daleko za linią bramkową, a Paweł Raczkowski odgwizdał niesłuszną jedenastkę w doliczonym czasie gry dla Korony przeciwko Łęcznej… Każdy z tych błędów był brzemienny w skutki i znalazł odzwierciedlenie w układzie tabeli.

Wbrew romantykom pomyłki sędziowskie nie są elementem wzbogacającym ligowe emocje – one je zwyczajnie wypaczają. W dodatku wyrządzają niebagatelną krzywdę moralną oraz finansową zawodnikom, trenerom i ich klubom. Najgorsze jest to, że wymienione błędne decyzje są niemożliwe do usprawiedliwienia i nie stanowią nawet kolejnego rozdziału dyskusji o konieczności wprowadzenia rozwiązań technologicznych, bo sytuacje były czytelne, a w dodatku obserwowane przecież nie tylko przez arbitrów głównych, ale i ich asystentów, z bramkowymi włącznie. I nikt nie potrafił podjąć słusznej decyzji. Tym razem sprawiedliwość była naprawdę ślepa, a do tego bezkarna. I to właśnie oburza najbardziej.

Przyznam, że zwyczajnie szlag mnie trafiał, gdy czytałem i słuchałem kolegów po fachu – zwłaszcza z miasta, które w ramach politycznych rozgrywek może wchłonąć wkrótce znaczny szmat kraju – wznoszących peany na temat wyczynu warszawskiej Legii. Klubu, który w dwumeczu z rażącym przeciętnością Ajaxem Amsterdam stracił dwa gole (do jednego się nie przyznał, oszukując sędziego oraz rywali), sam niczego nie ustrzelił i odpadł, co nie wywarło zresztą w Europie większego wrażenia. Czy naprawdę porażki są solą naszej mentalności i właśnie ich pięknem – w tym przypadku zresztą mocno dyskusyjnym – musimy leczyć narodowe i własne kompleksy?

O tym, że tak jest w rzeczywistości, przekonują zresztą kolejne przykłady. Czy wychwalany pod niebiosa Izu Ugonoh wygrał swój amerykański pięściarski debiut czy też poległ przez ciężki nokaut? Czy Agnieszka Radwańska buduje w mękach wielką formę na kolejne wielkoszlemowe turnieje czy po prostu dostaje lanie od zawodniczek, których nazwisk nawet nie sposób dostrzec z perspektywy szczytów rankingu? Czy w indywidualnym konkursie skoków narciarskich liczy się suma punktów wszystkich zawodników czy medale? A może w biegach narciarskich z udziałem Justyny Kowalczyk Norweżki, Szwedki i Finki rozgrywają własne zawody, a do klasyfikacji mistrzostw świata wlicza się tylko wyniki innych nacji? Doprawdy, w szumie medialnym odpowiedź na te oczywiste wydawałoby się pytania wcale oczywista nie jest…

Wszystkie te kwestie w polskich mediach giną bowiem w szarościach położonych między miłością do idoli a litością nad nimi, gdy coś się bezpowrotnie kończy. Szarością dominującą ze względu na kondycję mediów tworzonych w zbyt dużej mierze przez ludzi, dla których samo uczestniczenie w sportowym wydarzeniu jest przeżyciem blokującym zmysł obserwacji i jakąkolwiek refleksję, a krytyka idola nie wchodzi w rachubę w obawie przed utratą szansy na kolejne selfie i autograf.

Być może z czterema krzyżykami na karku jestem już starej daty, ale porażka zawsze będzie dla mnie porażką, a klęska klęską. Nawet gdy dotyczy niezłomnych bohaterów dnia wczorajszego…

W Ruchu Chorzów jest już prawie jak w Legii Warszawa! Ta teza dotyczy jednak nie stanu finansów, o których wiele mówi zdjęcie podpisującego umowę z Zagłębiem Lubin Kamila Mazka, na którym przypadkowo ujawniono aneks o zrzeczeniu się przez piłkarza wszystkich zaległości, jakie mieli wobec niego Niebiescy, a mechanizmów walki o realną władzę w klubie.

Dla przypomnienia – w Legii właściciele weszli w klincz, w którym okładają się ciosami podbródkowymi i zamachowymi w tył głowy, a na rozgrzanych do czerwoności trybunach nie ma sektorów neutralnych. O wszystkim miał zadecydować tak zwany shoot-out czyli mówiąc po polsku przetarg. Kto dałby więcej ten spłaciłby rywala i przejął rządy.Co prawda ostatnie wieści mówią, że do finansowej strzelaniny w stolicy jednak nie dojdzie, ale ponieważ w przyrodzie nic nie ginie, taka rozgrywka toczy się właśnie na Cichej.

Tajemnicą poliszynela jest bowiem fakt, że Aleksander Kurczyk wyzwał na portfelowy pojedynek Janusza Patermana, który właśnie po raz drugi został prezesem klubu. I to szef RN powiedział „czekam” sprawdzając, co akcyjny spadkobierca Dariusza Smagorowicza (a to może mieć dla zrozumienia całej sytuacji kluczowe znaczenie) ma naprawdę w kieszeniach.

Wieść jest wprost porażająca i z pewnością nie pozwoli Wam dziś zasnąć. Otóż 27 maja na PGE Stadionie Narodowym odbędzie się – jak oficjalnie informują organizatorzy – „największa w Europie” i „historyczna” gala MMA z prawdziwym gwoździem programu.

Ponieważ „największe” zasługuje na „najwspanialsze” ujawniono właśnie, że do jednej klatki wejdą powszechnie uznani na świecie fajterzy, czyli – znów cytat – „niezwykle popularny kulturysta” oraz „ekscentryczny raper”. Przekładając rzecz na język zrozumiały dla laików chodzi o starcie przy którym bledną wszelkie walki stulecia jakie już się w tym stuleciu odbyły, czyli wojnę totalną pomiędzy Robertem Burne-iką, noszącym dumny przydomek „Hardkorowy Koksu”, a Pawłem Ryszardem Mikołajuwem, bliżej znanym jako Popek Monster tudzież Król Albanii. Ten pierwszy wejdzie na warszawski stadion z imponującym dorobkiem dwóch zwycięstw, w tym jednego nad samym Marcinem Najmanem, a drugi w aurze człowieka, który równie błyskotliwie co błyskawicznie przegrał z samym Mariuszem Pudzianowskim… Ten ostatni też się zresztą na Narodowym pojawi, bo gala bez byłego krótkoterminowego studenta katowickiej AWF to jak dyplomatyczne przyjęcie bez sztućców.

Prawda, że nie możecie już się doczekać pierwszych ciosów i kopnięć, o duszeniach, dźwigniach i innych kunsztownych elementach wyrafinowanych bijatyk nie wspominając? Gala o nazwie „Colosseum” zapowiada się iście przednio, a w dodatku nie najdrożej, bo ceny biletów rozpoczynają się już od 25 złotych. Za zobaczenie na żywo Popka i Koksa to wszak tyle co nic… W dodatku wszyscy będą w życiowej formie, bo badań dopingowych nie przewidziano. Może zresztą szkoda, bo ich wyniki przyniosłyby pewnie jeszcze większe emocje niż same walki, o czym świetnie wiedzą Amerykanie, którzy urządzili prawdziwą czystkę w UFC. Nawiasem mówiąc, za Oceanem trwa też walka z dopingiem w boksie, a jej najgłośniejszymi ofiarami są na razie… Polacy.

Promotorzy gal MMA nie zamierzają przejmować się podobnymi standardami i przy okazji przestają udawać, że w tej całej zabawie chodzi o coś więcej niż dochodowy cyrk. I pomimo pomysłów typu Popek vs Hardcorowy Koksu wciąż mają przed sobą szerokie perspektywy. Niewykorzystany potencjał tkwi na przykład w rewanżowej walce pomiędzy Tymoteuszem Ś., który zasłynął z tego, że przeżył w klatce śmiertelne niemal pobicie, a małym kotem (pierwszy pojedynek przez tragiczne KO wygrał mister Ś., chociaż opisy triumfu są różne: od uderzania zwierzakiem o samochodowe lusterka po przypadkowe przejechanie go tymże pojazdem).

Wracając jednak do meritum – wszystko podobno jest dla ludzi. Ale naprawdę aż tak wielu daje się nabierać tak niewielu na tak wiele? A może po prostu rzeczywiście takim społeczeństwem już jesteśmy? Czyli takim, w którym każda sztuka, nawet ta walki na pięści, została wyparta przez gorszy pieniądz, czyli zwykłe mordobicie, gdzie uderza się nawet wtedy, gdy przeciwnik już leży?