W nowej edycji odkurzonych po latach „Milionerów” pojawiają się pytania, na które nikt – w każdym razie nikt w miarę normalny, czyli nieżyjący wyłącznie cudzym celebryckim życiem – nie zna prawidłowej odpowiedzi. No bo czy w ogóle ma sens przechowywanie w głowie imion członków rodziny Kardashian lub powodu awantury między Dodą a jej bliżej nieznanym narzeczonym?

Od czasu do czasu nierozwiązywalne i kompletnie niepotrzebne dylematy pojawiają się także wokół sportu. Przyznaję, że zdarzało mi się – i niestety nadal zdarza – mimo wszystko brać udział w rozbieraniu ich na czynniki pierwsze (dylematów, a nie Dody czy innej Kardashianówny). Najświeższym przykładem była wewnątrzredakcyjna dyskusja o wyższości tudzież niższości sukcesów w narciarskich skokach, których nie sposób uprawiać amatorsko, w porównaniu ze znacznie naturalniejszymi dla człowieka biegami, a także wartości medali wywalczonych w niszowych konkurencjach lekkoatletycznych wobec zwycięstw w dużych wyścigach kolarskich, a więc w sporcie, z którym bliższą znajomość większość z nas nawiązała już w wieku dziecięcym.

Podobne dywagacje oczywiście nie mają głębszego sensu, zwłaszcza że niemal wszystkie argumenty można zbić jednym prostym eksperymentem – jeśli dyskredytujesz wartość czyjegokolwiek osiągnięcia, stań przed lustrem i zapytaj sam siebie: a w czym ty jesteś dziesiąty, dwudziesty czy trzydziesty na świecie? No i ich logika jest zazwyczaj równie karkołomna co filozofia Apoloniusza Tajnera tłumaczącego, że nie było sensu wysyłać na mistrzostwa świata w Lahti skoczkiń, bo dzięki sile swoich kolegów mogłyby załapać się na stypendia sportowe, a to byłoby… demoralizujące. Jak taki punkt widzenia ma się do przypadku Justyny Kowalczyk, która zapewniła finansowe przetrwanie trzem koleżankom ze sztafety, prezes PZN do dziś nie wyjaśnił.

W całych tych rozważaniach ważne jest jednak coś innego – a mianowicie fakt, że roztrząsanie podobnych kwestii świadczy o tym, że emocje w sporcie są tak samo prawdziwe jak obraz XIX-wiecznego Londynu w „Taboo” i mają znacznie więcej odcieni niż suknie aktorek maskujące obezwładniającą słabość serialu „Belle epoque”. No chyba, że mówimy o krajowych ligowych meczach piłkarskich, bo te kojarzą mi się raczej z programem „Agent – gwiazdy” – nijak nie da się dostrzec żadnej gwiazdy, za to agentów (na trybunach) jest aż nadto.

PS. Jeśli nie zgadzacie się Państwo z tą opinią, zawsze możecie wysłać maila na adres r.musiol@dz.com.pl A jeśli zgadzacie? Też napiszcie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*