O pomyśle powiększenia Ekstraklasy powiedziano i napisano (także w tym miejscu) już wiele. Ale znacznie lepiej przemawia to, co dzieje się na boiskach pierwszej ligi. Nie chodzi nawet o fakt przekształcenia walki o awans w wyścig ślimaków i związane z tym wyniki, które trudno już nazwać sensacjami czy wypadkami przy pracy, ale o sam poziom rozgrywek i infrastrukturę, jaką dysponuje wiele klubów.

Żaden z zespołów czołówki – a przecież to pojęcie odnosi się obecnie do ponad połowy całej stawki – nie gwarantuje podniesienia poziomu rozgrywek tak zwanej elity. Ba, nie daje nawet obietnicy, że beniaminkowie zastąpią tegorocznych spadkowiczów w jakościowym stosunku jeden do jednego, a poprzeczka nie wisi bynajmniej zbyt wysoko.

Nie jest chyba przypadkiem, że najgłośniej za opcją rozbudowy Ekstraklasy optują ci, którzy mogą na tym zyskać, dzięki sklonowaniu związanych z nią etatów: piłkarze, trenerzy i sędziowie. Natomiast wielce wymowną wstrzemięźliwość zachowują kibice, którzy i tak co tydzień oceniają atrakcyjność obecnej formuły pozostawiając – poza pracującymi na rekordy stadionami absolutnego polskiego topu – puste miejsca na trybunach, oraz telewizja zmagająca się ze słabnącą średnią oglądalnością rozgrywek (vide raport Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu).

Dolewanie letniej wody do szesnastozespołowego towarzystwa dodatkowo spotęguje ten efekt dwóch ekstraklasowych prędkości. Im więcej będzie meczów, tym ich mniejsza atrakcyjność. Dlatego od lat powtarzam, że najlepszym rozwiązaniem byłaby liga licząca dziesięć, no, może dwanaście drużyn.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*