Jerzy Janowicz przypomniał o sobie w wielkim stylu. Nie chodzi nawet o to, że po dwóch latach przerwy wygrał mecz na trawie, ale o genialną zagrywkę medialną. Tenisista z Łodzi wreszcie bowiem zrobił to, co potrafi najlepiej, czyli wypowiedział myśli, które przykuły uwagę świata większego niż kort. I potwierdził swój rozwój, mocno skracając formę – to nie był już młodopolski filozoficzno-patriotyczny monolog o szopach i prawie do oczekiwań, a pojedyncze błyskotliwe bon moty, rodzące się w dodatku od niechcenia w czasie gry. Pan Jerzyk wyznawał otóż miłość do… hamburgerów, pączków i margherity, co – jak sam wyjaśnił – było protestem przeciwko przeszkadzającej mu z trybun „megawrednej kobiecie z wagi ultra heavy”.

Niebanalne zachowanie Polaka w Stuttgarcie to jednak skala mikro wobec tego, co dzieje się ostatnio w kilku dziedzinach sportu w wydaniu drużynowym. Na przykład po raz drugi z rzędu przyznawaną w tej rubryce nagrodę im. Zabolotnego ma szansę zgarnąć Polski Związek Piłki Ręcznej. Gremium to postanowiło zrobić kolejny krok w kierunku abstrakcyjnej doskonałości i po zadziwiającym regulaminie rozgrywek ligowych, jaki obowiązywał w minionym sezonie (zróżnicowanie liczby punktów w zależności od grupy, w jakiej występował rywal, oraz puchar pocieszenia dla drużyn od piątego miejsca w dół) wpadło na pomysł genialniejszy. Zarządcy szczypiornistów chcą mianowicie uzależnić terminarz od… atrakcyjności rywala, a ta miałaby się przekładać na częstotliwość spotkań poszczególnych klubów. W efekcie jedna para grałaby ze sobą na przykład cztery razy, a druga raz.

Nie mniej absurdalnie wyglądają poczynania Komisji Licencyjnej PZPN. Pomimo jasno określonych terminów, w jakich kluby miały się spowiadać ze swojego stanu, po raz kolejny oglądamy niezrozumiały tasiemiec odraczania i przekładania ostatecznych decyzji. Dotyczy to nie tylko Ruchu Chorzów, ale również pierwszej ligi jako całości. Bo pomimo tego, że zgodnie z kalendarzem rozpoczęła się już barażowa rywalizacja o ostatnie (teoretycznie) wolne miejsce w tym gronie, wciąż nie wiadomo, czy w ogóle ma ona sens. Wszystko może się przecież zmienić przy zielonym stoliku (swoją drogą ciekawe, czy taki kolor sukna wciąż jest obowiązujący?).

Być może w tym całym szaleństwie jest jakaś ukryta metoda, ale póki co trudno ją dostrzec. Z drugiej jednak strony sportowe absurdy i tak giną w morzu szaleństwa, które otacza nas na co dzień. I może właśnie dlatego mają szansę rozkwitać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*