Miesięczne archiwum: Lipiec 2017

Gdyby Zbigniew Boniek poruszał się przed laty po boiskach z taką samą finezją, jak obecnie na niwie mediów społecznościowych, znacznie częściej niż do siatki rywali trafiałby do szatni po czerwonych kartkach. Prezes PZPN od dawna balansuje na Twitterze na wyjątkowo cienkiej linie, raz po raz ją zresztą przekraczając, czego doświadczyła m.in. Karolina Hytrek-Prosiecka, co skończyło się feministyczną zadymką.

Wsobotę szef PZPN-u znów nie ugryzł się w porę w język, wspierając wulgarny komentarz Zbigniewa Koźmińskiego, ojca wiceprezesa związku Marka, który na sugestię posła PiS Arkadiusza Mularczyka, że wyznaczenie warszawskiego arbitra do meczu Legii nie buduje zaufania do PZPN, odpowiedział: „Panie Mularczyk odp… (w oryginale bez kropkowania) się Pan od piłki”. Koźmiński senior (o ile to faktycznie jego konto) jest osobą prywatną i cała sprawa zakończyłaby się co najwyżej publiczną oceną jego kondycji intelektualnej, gdyby do akcji nie wkroczył osobiście właśnie Boniek.

Boss PZPN postanowił nobilitować wspomniany wpis słowami „Mnie nie wypadało”, okraszając je buźkami sugerującymi popłakanie się ze śmiechu. Później Boniek, pod wpływem krytyki, tłumaczył swoją reakcję pisząc „spoko, trochę humoru dobrze zrobi, a jak ktoś nie kumaty….. to już jego problem!”, ale niesmak pozostał. Bo co wolno „Zbyszkowi” zdecydowanie nie wypada – przynajmniej do końca kadencji – prezesowi PZPN Zbigniewowi Bońkowi.

Atak z innej beczki: warto zwrócić uwagę, że Górnik obnażył kłamstwa, jakimi większość klubów tłumaczyła mizerną frekwencję na swoich stadionach. W Zabrzu trybuny wypełniają się do ostatniego miejsca pomimo tego, że jest środek wakacji, mecz kończy się bardzo późno i do tego pokazuje go telewizja. A więc jednak się da? Po prostu trzeba kibicom, w zamian za zakup biletu, zapewnić odpowiednią dawkę emocji i godziwe warunki ich oglądania. I nagle bilans zaczyna się zgadzać…

Miała być rewolucja, w której polska piłka z odkrytą głową stanie na czele pochodu, a wyszedł pasztet. System wideoweryfikacji mający wyeliminować – no dobra, powiedzmy mocno ograniczyć – element krzywdy i niesprawiedliwości, okazuje się przede wszystkim okazją do, chociażby nieświadomych, ale jednak manipulacji. A wszystko dlatego, że zamiast demokratycznej masowości mamy do czynienia z wyjątkowością. Nawet nie chodzi o to, że kosmiczny pojazd nie stoi wszędzie tam, gdzie kopie się piłkę w sposób zorganizowany (chodzi o strukturę rozgrywek, bo w kontekście boiskowym pojęcie to bywa abstrakcją na każdym szczeblu), ale że nawet w tak zwanej elicie jest oficjalnie stosowany tylko w pojedynczych przypadkach.

I właśnie to musi budzić emocje. Znaki zapytania można i należy stawiać już przy wyborze meczu, który znajdzie się pod tak szczególnym nadzorem. Bo dlaczego w siedmiu ósmych rozgrywek można się mylić, uznawać gole, których nie ma lub które zostały zdobyte nieprawidłowo, a w jednej ósmej są one weryfikowane? Czy to nie bonus dla tych, którzy mają szansę dzięki ludzkim błędom skorzystać na braku oficjalnego monitoringu i jednocześnie rażąca niesprawiedliwość dla drugiej strony, której taką szarą strefę odebrano? Krótko mówiąc: została złamana elementarna zasada równości, stanowiąca podstawę sportowej rywalizacji.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że każda nowinka potrzebuje czasu, że w przypadku VAR-u jest on niezbędny, by przeszkolić obsługę systemu i przede wszystkim samych sędziów, ale znacznie sprawiedliwsze byłoby kontynuowanie tych przygotowań na sucho, tak jak dzieje się to na wspomnianej większości spotkań, a na potrzeby „egzaminacyjne” stosowanie VAR-u na przykład w finale Pucharu Polski czy opłacanych przez PZPN meczach towarzyskich. Właśnie w takim praniu wychodziłyby na jaw także poboczne problemy, jak chociażby brak komunikacji z kibicami na trybunach, którzy nie mogą z sędzią zajrzeć do „lodówki” i poznać uzasadnienia jego decyzji. A przecież jeśli powiedziało się A, należy powiedzieć B i wzorem siatkówki czy tenisa pokazać analizę na telebimie, którego posiadanie zostałoby wpisane do podręcznika licencyjnego. Dla wszystkich oczywiście. Bo to jedyna zasada, która w piłce nigdy nie powinna być łamana: albo wszyscy albo nikt!

Pawła Żelema osobiście nie znam. Zaznaczam to tylko dlatego, by tekstu tego nie potraktowano w kategoriach personalnych, bo jego sednem jest nie osoba, a zjawisko. Nominacja na stanowisko prezesa Piasta Gliwice byłego członka zarządu Lechii Gdańsk i szefa Śląska Wrocław stanowi bowiem potwierdzenie, że mamy już do czynienia nie z wyjątkiem, a regułą.

Drugim śląskim ekstrakla-sowcem, Górnikiem Zabrze, też przecież rządzi gdański „spadochroniarz” Bartosz Sarnowski. Już jego lądowanie wywołało dyskusje, czy przyjście osoby z zewnątrz to gwarancja obiektywnego zarządzania klubem, czy efekt zatrważającej mizerii wśród podobnych kandydatów w regionie. Więcej zwolenników zdobyła ta druga teza, tym bardziej, że podobne plany snuto w Ruchu Chorzów, gdzie faworytem był Piotr Należyty, poprzednio pracujący w sopockim Lotosie Treflu. Tam do transferu ostatecznie nie doszło, ale sprawa Żelema jest chyba już koronnym argumentem, że szukamy daleko tego, czego na Śląsku po prostu nie sposób znaleźć.

Na zakończenie chcę zwrócić Państwa uwagę na jeden fakt – Żelem zasiadał w zarządzie Lechii wtedy, gdy rządził nią… Sarnowski. Może właśnie dlatego, gdy ten pierwszy przyszedł do Piasta, wyobraźnia podsunęła mi finałową scenę z „Piłkarskiego pokera”, gdy Bolo mówi do Laguny, który właśnie został prezesem Czarnych: – „To my możemy teraz wszystko!”.

No cóż, nic na to nie poradzę, że akurat wyobraźnię to mam bogatą…

Nie wiem czy Grigorij Łaguta miał okazję osobiście poznać Marię Szarapową, ale z pewnością może teraz z nią korespondować. Połączyło ich wszak meldonium i doświadczenia z nim związane, co zresztą w rosyjskim sporcie jest zjawiskiem tak samo częstym, jak leki na astmę wśród norweskich biegaczy.

W przeciwieństwie do Szarapowej Łaguta nie stanął jednak przed dziennikarzami i kibicami z otwartym kaskiem, za to rolę jego adwokata przyjął prezes ROW-u Krzysztof Mrozek. Szef klubu oświadczył stanowczo, że będzie bronił żużlowca do krwi ostatniej, bo gdyby nawet ten coś przyjął uczyniłby to nieświadomie. Tymczasem warto sobie – nomen omen – uświadomić, że sposób zażycia nie ma znaczenia, a w dodatku przed sezonem wszyscy zawodnicy otrzymali listę zakazanych środków. I chociażby Łaguta zachował się tak jak Szarapowa, czyli listę dostał, ale nie przeczytał, sprawa jest czarno-biała. Nie da się być trochę w ciąży: albo Rosjanin na dopingu był, albo nie.

Rozumiem, że w Rybniku żużel osunął się wszystkim spod kół, bo w przypadku potwierdzenia meldonium w próbce B, klub uderzy w bandę bynajmniej nie dmuchaną, ale tym bardziej prezes Mrozek powinien zachować priorytety. Bo dla opinii publicznej znacznie ważniejsze od jego wewnętrznych przekonań i kwestii wiary są konsekwencje jakie powinien ponieść zawodnik jeśli jego wina zostałaby ostatecznie potwierdzona. Rybniczanie muszą się dowiedzieć czy Łaguta będzie musiał oddać pieniądze zarobione za punkty wywalczone na wspomaganiu, czy regulamin przewiduje dodatkowe kary za zszarganie wizerunku ROW-u i czy miasto nie może zażądać odszkodowania od klubu? Bo to mieszkańcy finansują tę zabawę, czym Rekiny chwalą się nawet na swojej witrynie. A konsekwencją „Łagutagate” może być wszak degradacja z Ekstraligi, co oznaczałoby zmarnowanie publicznych milionów.

Koks na żużlu nie jest zjawiskiem codziennym. Znacznie częściej zawodnikom zdarzało się siąść na motocykl po kielichu. Tym bardziej prezes Mrozek powinien sobie uświadomić, że rola adwokata diabła oznacza stawanie w imię interesu ogółu przeciwko temu, któremu się po cichu sprzyja, by (ewentualnie) cieszyć się wraz z nim po zakończeniu procesu.

PS. A propos diabła. O siłach nieczystych wokół żużla mówi się ostatnio często, chociaż szeptem. Na przykład o tym, jak to w tajemniczy sposób zniknęła woda z pewnego stawu i pojawiła się na torze, co doprowadziło do przełożenia meczu na termin dogodniejszy dla gospodarzy. Dzierżawca akwenu nadal podobno nie może wyjść z szoku i szuka egzorcysty…

Wyobraźcie sobie Państwo, że pożyczacie komuś wielkie pieniądze. I pewnego dnia o świcie dowiadujecie się, że wierzyciel, który i tak miał problemy ze spłatą dotychczasowych rat w terminie, zbankrutował. Czy nie będzie naturalnym odruchem spotkanie, na którym zorientujecie się, czy kolejne spłaty w ogóle będą możliwe i wystąpienie o nową formę zabezpieczenia swoich milionów?

Tak właśnie postąpił prezydent Chorzowa w kontekście Ruchu Chorzów. Niebiescy stracili przecież wszystko – nie mają już piłkarzy, których da się korzystnie sprzedać, bo wszyscy odeszli za darmo, nie dostaną milionowych zastrzyków z telewizji, bo spadli z Ekstraklasy, ba, nie mają nawet swojego herbu, bo wciąż tkwi zastawiony w banku. A na domiar złego były prezes, który zabezpieczył pożyczkę swoimi nieruchomościami, wije się jak piskorz, żeby się z tego układu wycofać.

Prezydent Kotala zrobił więc tylko to, co zrobić musiał. Wypowiedział wcześniejszą umowę (miał do tego prawo), by uzgodnić nowe warunki odzyskania publicznych pieniędzy. I nagle spadł na niego medialny hejt, w którym zginęło meritum sprawy: te miliony należą do miasta i jego mieszkańców! A tymczasem z wielu przekazów można było odnieść jednoznaczne wrażenie, że Chorzów zrobił skok na… klubową kasę!

Pojawiło się też oskarżenie poboczne, że należało tę sprawę przeprowadzić dyplomatycznie. Otóż nie – o publicznych pieniądzach należy mówić publicznie, głośno i wyraźnie. Podobnie jak wątpliwy wydaje się argument, że cała sprawa może Kotali zaszkodzić w roku wyborczym. Po pierwsze, frekwencja na Cichej spada z roku na rok i składają się na nią mieszkańcy wielu miast, a po drugie – powszechne zmęczenie cynicznymi gierkami prowadzonymi z miastem przez kolejnych szefów Ruchu może sprawić, że efekt przy urnach okaże się korzystniejszy w przypadku stanowczych rozwiązań problemu.

Na koniec coś z całkiem innej beczki. Robert Lewandowski będzie miał w Kuźni Raciborskiej ulicę swojego imienia. Wszystko wskazuje, że to jednak nie fejk (w przeciwieństwie do wieści o zmianie płci dziecka Angeliny Jolie), a szkoda. Zwłaszcza że jakiegokolwiek związku RL9 z Kuźnią nie widać – może poza posiadaniem przez mieszkańców telewizorów. Być może chodzi jednak o to, by ośmieszyć polityczną przymusową zmianę nazw ulic. Wtedy sam postulowałbym powstanie okazałej alei Mariana Janoszki w Radzionkowie, przestronnego placu Jana Furtoka w Katowicach, a nawet mrocznego zaułka Dariusza S. w Chorzowie.