Miesięczne archiwum: Październik 2017

O tym, że Zbigniew Boniek jest zwolennikiem powiększenia Ekstraklasy wiadomo od dawna. Teraz jednak wygląda na to, że szef polskiej piłki zamierza dokonać tej operacji bez znieczulenia i w trybie nagłym – prezes PZPN chciałby, by liga liczyła 18 zespołów już od najbliższego sezonu, Aby tak się stało już w bieżących rozgrywkach z elity spadłby tylko jeden zespół, natomiast drugi wystąpiłby w barażach z czwartą drużyną 1. ligi, z której aż trzy drużyny awansowałyby bezpośrednio.

Zdaniem autorów pomysłu rozbudowanie Ekstraklasy miałoby służyć podniesieniu jej poziomu. Czy naprawdę można uwierzyć, że rozcieńczenie i tak słabego produktu, jakim jest obecnie polska Ekstraklasa, może przynieść taki efekt? Wystarczy zresztą spojrzeć na frekwencję ze zdecydowanej większości stadionów elity oraz z czołówki jej zaplecza, by zdać sobie sprawę, że to przelewanie z pustego w próżne przyniesie spadek nawet tych nielicznych wskaźników, którymi zarządzająca rozgrywkami spółka lubi się jeszcze chwalić. Bo o poziomie sportowym świadczą wyniki w europejskich pucharach.

Najbardziej zabawny jest argument, że jesteśmy zbyt dużym krajem, by Ekstraklasa liczyła „zaledwie” szesnaście drużyn. Poziom rozgrywek pokazuje jasno, że ilość obywateli nie przeszła w jakość ligowców, których większość wygląda jakby na boiska trafiła z przymusowego poboru tylko dlatego, że obecny rozmach ligi wymusił posiadania pokaźnej liczebnie kadry.

W całej tej sprawie trzeba pamiętać także o jeszcze jednym, może nawet najważniejszym aspekcie: nie zmienia się zasad w trakcie gry! Reguły spadków i awansów były dla wszystkich jasne w momencie inauguracji sezonu i majstrowanie przy nich w momencie, gdy tabela ma już określony wygląd z pewnością będzie budziło podejrzenia o nieczyste, zakulisowe manipulacje wynikające z sympatii lub antypatii osób za to odpowiedzialnych.

Trzy tysiące euro. Taką kwotę dostał pewien Węgier za to, że przyjechał do Wieliczki i wszedł tam do ringu. Boksować nie umiał – nomen omen – za grosz, ale oberwać też specjalnie nie oberwał, bo zdążył szybko się przewrócić, by w stanie nienaruszonym ruszyć później na bankiet. Ciekawym wątkiem tej historii jest fakt, że w jego tak zwanym rekordzie widniały wcześniej… cztery zwycięstwa. Być może jednak wszystkie nazwiska pokonanych były oznaczeniami sklepowych manekinów. To zresztą tłumaczyłoby, dlaczego „triumfy” są na punkty, w końcu znokautować takiego stwora to nie bułka z masłem.

Sądząc po furorze, jakie zrobiły filmiki z wyczynami Madziara, pseudosportowy kabaret złamał kolejną barierę braku przyzwoitości w naciąganiu kibiców. A przecież o taki wyczyn wcale nie jest łatwo, bo promotorzy zwożący na swoje gale skupowanych hurtowo i na kilogramy kelnerów, poprzeczkę zawiesili tuż nad poziomem gruntu. Być może zresztą dlatego wielicką galę zorganizowano od razu 125 metrów pod ziemią, żeby było łatwiej osiągnąć dno.

Polski boks, właśnie za sprawą takich wpadek, od dłuższego czasu przypomina zamroczonego pięściarza, którego jedno uderzenie dzieli od wypadnięcia za liny. Dzika polityka rabunkowa, polegająca na przedwczesnym porywaniu na zawodowstwo nieprzygotowanych jeszcze na taki skok amatorów, całkowicie wydrenowała rynek i tak coraz mniej licznych krajowych talentów. Tenże boks amatorski od lat zarządzany jest zresztą w sposób adekwatny do swojej nazwy i w starciu z cwaniakami z różnych „stajni” nie miał szans przetrwania. Ci jednak z kolei nie przewidzieli, że nadejdzie czas, w którym trafi kosa na kamień i sami obrywają teraz od szastających kasą macherów z różnorakich MMA, którzy zabierają im coraz większe kawałki telewizyjnego tortu, jedynego utrzymującego przy życiu bokserskie niedobitki nad Wisłą.

Tym bardziej zadziwiać powinno, że wypasieni na bylejakości promotorzy nie tylko nie podjęli rękawicy w walce o przyszłość, ale w dodatku inspirują medialne bitki z Mateuszem Borkiem. Znany dziennikarz ma na koncie jedną galę, ale taką, która wniosła nową jakość zarówno sportową, jak i marketingowo-reklamową. Jak widać reszta środowiska woli jednak wespół w zespół utonąć w bagnie niż spróbować podpiąć się pod jedyną dającą nadzieję nową falę.

Wbrew powszechnej opinii, sztuka epistolografii (wyjaśnienie dla gimbazy: chodzi o pisanie listów) ma się dobrze, a na Śląsku wręcz kwitnie. Znaczący wkład w jej reaktywację wnosi właśnie światek futbolowy.

Górnik Zabrze pisze do Piasta Gliwice, MORiS Chorzów do Ruchu, Ruch do Rakowa Częstochowa, policja do organizatorów rozgrywek, wojewoda do zarządców stadionów, zarządcy do firm remontowych. A wszystko to z okazji radosnej twórczości kolorowo ubranej młodzieży, prowadzącej weekendowe badania nad lotnością krzesełek, pojemnością przenośnych toalet i najnowszymi trendami w zakresie malarstwa ściennego…

Niestety, ten ironiczny wstęp prowadzi do poważnej puenty: za wszystkie te zabawy płacą nie winowajcy, a podatnicy. Wzajemne wystawianie sobie rachunków nie sięga bowiem do źródeł problemu. Czy ktoś z Państwa słyszał w ostatnich latach, by kluby pozwały o odszkodowania samych kibiców? Albo agencje ochrony, które nie są w stanie skutecznie działać ani na bramkach wejściowych, ani na trybunach, jeśli mają do czynienia z kimś innym niż dziennikarze lub fotoreporterzy? Czy ktoś kiedyś wyjaśnił, jakim cudem na trybuny trafiają sektorówki z zakazanymi treściami? Przecież tych płacht już na pewno nie da się przemycić w kieszeniach czy kanapkach… I czy kibice płacą za pomieszczenia lub magazyny zajmowane przez nich na miejskich stadionach?

Symbolicznym uosobieniem tej bezradności może zostać spiker Piasta Gliwice. Jego apele o kulturalny doping podczas niedawnego meczu z Sandecją, który toczył się w wyjątkowo – nawet jak na polskie ligowe standardy – ohydnej fali bluzgów płynących z tak zwanego „gniazda”, odnosiły skutek odwrotny do zamierzonego, ba, wręcz potęgowały inwencję zapiewajłów. Informacja o liczbie kibiców, którzy na stadion przy Okrzei przyszli po raz pierwszy, brzmiała w tym kontekście żałośnie, bo przecież było oczywiste (co potwierdza malejąca frekwencja), że jeszcze więcej osób przyszło po raz ostatni. Także w tym przypadku można mieć pewność, że nikt za takie straty (niesprzedane bilety, fatalna reklama) nie poniesie konsekwencji, o zakazie wnoszenia sprzętu nagłaśniającego nie wspominając…

Czas powiedzieć sobie jasno: VAR w obecnym wydaniu okazał się totalnym niewypałem. O wadach wideoweryfikacji napisałem już kilka tekstów (między innymi o łamaniu zasady równości poprzez niestosowanie go na wszystkich meczach), ale teraz – podobnie jak trener Waldemar Fornalik – jednoznacznie „staję do niego okoniem”.

Już nie tyle nie podoba mi się, co wręcz irytuje, niejasność stosowania tego systemu przez sędziów. W sobotnim spotkaniu z Piastem konia z rzędem można było podarować temu, kto zrozumiał dlaczego Jarosław Przybył skwapliwie skorzystał z podpowiedzi przy – słusznym – uznaniu gola strzelonego przez gości, natomiast nie sięgnął po technologiczne wsparcie, gdy Aleksandar Sedlar był faulowany w polu karnym Sandecji, chociaż gliwiczanie gorąco o to apelowali. Nawiasem mówiąc to wypisz wymaluj identyczna sytuacja, jak w spotkaniu Górnika ze Śląskiem – wtedy Tomasz Kwiatkowski z opóźnieniem podyktował jedenastkę dla wrocławian, natomiast odmówił sprawdzenia zapisu sytuacji po której powinien gwizdnąć karnego w drugą stronę.

Cała procedura korzystania z VAR-u w założeniu miała pomóc w sprawiedliwym ocenianiu spornych sytuacji mających wpływ na wynik meczu, tymczasem nie tylko dodatkowo je zagmatwała, ale również zaczęła psuć widowiska. Długie oczekiwanie na analizę i wydanie werdyktu, dokonywane dopiero po naturalnym przerwaniu akcji, co oznacza kilkadziesiąt sekund zwłoki, wprowadza chaos i zaognia atmosferę i na boisku, i na trybunach. Ani piłkarze, ani trenerzy, ani widzowie, często nie wiedzą, co w ogóle sędzia sprawdza…

Jak ten błąd wyeliminować? Oddanie VAR-owej inicjatywy w ręce szkoleniowców nie wydaje się dobrym pomysłem, istnieje wszak obawa wykorzystywania jej do przerywania groźnych akcji rywali. Najlepszym wyjściem byłoby – o ile nie ma opcji rezygnacji z systemu – natychmiastowe sygnalizowanie przez arbitra potrzeby weryfikacji i błyskawiczne, np. w ciągu pięciu sekund, przekazanie decyzji przez arbitra sprzed ekranu wprost do ucha sędziego głównego.

Atak warszawskich kiboli na piłkarzy Legii wystawił świadectwo całej Ekstraklasie. Zdarzenie to stanowi bowiem idealną ilustrację patologicznych układów panujących w większości klubów. Ich esencja znalazła się zresztą w oświadczeniu mistrzów Polski, w którym przeczytaliśmy między innymi: „Pierwsze ustalania wskazują, że grupa osób weszła na teren stadionu zgodnie z przyjętą praktyką po meczach wyjazdowych, co nie dawało ochronie obiektu podstaw do niepokoju”. No cóż, o „przyjętych praktykach” trudno dyskutować, ale jedno pytanie nasuwa się samo – gdzie podziała się wspomniana ochrona, gdy czujący się jak u siebie na należącym do Legii terenie bandyci powody do niepokoju już dali? O sile wspomnianego układu – być może opartego głównie na strachu – łączącego kiboli z władzami klubu, świadczy też brak reakcji, na przykład w postaci wydania oczywistego wydawałoby się po takich zajściach zakazu wstępu na legijne tereny dla osób niebędących jej pracownikami.

Trudno zresztą oprzeć się wrażeniu, że Legia zebrała właśnie owoce swojej wieloletniej konsekwentnej pracy. Zlekceważone przed laty uderzenie Jakuba Rzeźniczaka przez „Starucha” oraz pokorne tolerowanie zachowań na trybunach, których efektem były dotkliwe kary finansowe i wstyd na całą Europę, stanowiły kolejne kroki w kierunku przepaści. Czy można się dziwić, że to właśnie „Staruch” zaprosił piłkarzy do wyjścia na klubowy parking?

System wiążący kiboli z władzami klubów to jednak zaledwie koniec przewodu pokarmowego, którym spływa całe to szambo. Wszystko zaczyna się bowiem od bezradności krajowych organów – począwszy od prokuratorów, a na kontrolerach biletów w środkach komunikacji publicznej, którymi podróżują kibice, skończywszy. Czy jest to zresztą tylko bezradność? Nie da się przecież ukryć, że w powszechnym odczuciu część polityków wspiera bandyckie środowiska, utożsamiając je – pewnie na podstawie nadruków na koszulkach – z ruchami patriotycznymi. Swoje trzy cegiełki dokłada też do tej struktury Kościół (bo jak inaczej zinterpretować jasnogórską uświęconą pielgrzymkę spod znaku płonących na wałach rac?) i właśnie w efekcie takiej kombinacji mamy to, co mamy, czyli sumę wszystkich wokółligowych strachów.