Trzy tysiące euro. Taką kwotę dostał pewien Węgier za to, że przyjechał do Wieliczki i wszedł tam do ringu. Boksować nie umiał – nomen omen – za grosz, ale oberwać też specjalnie nie oberwał, bo zdążył szybko się przewrócić, by w stanie nienaruszonym ruszyć później na bankiet. Ciekawym wątkiem tej historii jest fakt, że w jego tak zwanym rekordzie widniały wcześniej… cztery zwycięstwa. Być może jednak wszystkie nazwiska pokonanych były oznaczeniami sklepowych manekinów. To zresztą tłumaczyłoby, dlaczego „triumfy” są na punkty, w końcu znokautować takiego stwora to nie bułka z masłem.

Sądząc po furorze, jakie zrobiły filmiki z wyczynami Madziara, pseudosportowy kabaret złamał kolejną barierę braku przyzwoitości w naciąganiu kibiców. A przecież o taki wyczyn wcale nie jest łatwo, bo promotorzy zwożący na swoje gale skupowanych hurtowo i na kilogramy kelnerów, poprzeczkę zawiesili tuż nad poziomem gruntu. Być może zresztą dlatego wielicką galę zorganizowano od razu 125 metrów pod ziemią, żeby było łatwiej osiągnąć dno.

Polski boks, właśnie za sprawą takich wpadek, od dłuższego czasu przypomina zamroczonego pięściarza, którego jedno uderzenie dzieli od wypadnięcia za liny. Dzika polityka rabunkowa, polegająca na przedwczesnym porywaniu na zawodowstwo nieprzygotowanych jeszcze na taki skok amatorów, całkowicie wydrenowała rynek i tak coraz mniej licznych krajowych talentów. Tenże boks amatorski od lat zarządzany jest zresztą w sposób adekwatny do swojej nazwy i w starciu z cwaniakami z różnych „stajni” nie miał szans przetrwania. Ci jednak z kolei nie przewidzieli, że nadejdzie czas, w którym trafi kosa na kamień i sami obrywają teraz od szastających kasą macherów z różnorakich MMA, którzy zabierają im coraz większe kawałki telewizyjnego tortu, jedynego utrzymującego przy życiu bokserskie niedobitki nad Wisłą.

Tym bardziej zadziwiać powinno, że wypasieni na bylejakości promotorzy nie tylko nie podjęli rękawicy w walce o przyszłość, ale w dodatku inspirują medialne bitki z Mateuszem Borkiem. Znany dziennikarz ma na koncie jedną galę, ale taką, która wniosła nową jakość zarówno sportową, jak i marketingowo-reklamową. Jak widać reszta środowiska woli jednak wespół w zespół utonąć w bagnie niż spróbować podpiąć się pod jedyną dającą nadzieję nową falę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*