Miesięczne archiwum: Listopad 2017

Won. To słowo w minioną niedzielę zrobiło furorę. Właśnie nim posługiwali się bezrozumni wielbiciele wędzenia siebie i innych w toksycznym dymie, „odpierając” argumenty osób normalnych, którzy dzielenie meczu Legii z Górnikiem na tercje uznawali za powód, by definitywnie go zakończyć. Wspomniane „won” generalnie kierowano do wszystkich niedoceniających piękna legijnego racowiska. Bo wszak – jak napisał jeden z trolli – to właśnie dla takich chwil przychodzi się na stadiony. No cóż, pomimo tak elokwentnej polemiki pozostanę przy własnym zdaniu. I nadal będę twierdził, że uznawanie cuchnących pseudospektakli jako nieodłącznych przejawów rzekomej kibicowskiej tożsamości to prostackie alibi dla zachowań godnych neandertalczyków traktujących gorące płomienie jako zjawisko magiczne.

Igranie z ogniem w polskiej piłce trwa od lat. I pokazuje bezradność wszystkich, którzy mogliby tę niebezpieczną, i przede wszystkim niezgodną z prawem, zabawę ukrócić. A więc samych klubów, pracujących dla nich agencji ochroniarskich oraz organizatorów rozgrywek. Brak systemowych rozwiązań w postaci przepisów, jakie wprowadzono na przykład wobec wtargnięcia intruzów na murawę, stanowi zaniechanie rażące i… dające do myślenia. Krótko mówiąc race omijane są szerokim łukiem ( bo trudno za skuteczne przeciwdziałanie uznać groszowe niemal grzywny) z powodów, o których oficjalnie możemy jedynie gdybać.

W tym samym ogródku leżą niestety także kamienie rzucane przez media, ze stacją Canal+ na czele. Zasada, by nie pokazywać łamania prawa (podobno, by ich autorom nie robić reklamy, a podskórnie zapewne z potrzeby nieustannego owijania w sreberko jednego z ostatnich znaczących produktów, jakie stacja ma jeszcze w swoim pakiecie) zamieniła się właśnie w farsę. Nawet w przypadku tak oczywistym jak na Legii komentatorzy do ostatnich chwil udawali, że nie widzą nadciągającej chmury dymu, a gdy ta już przesłoniła murawę, skupiano się na wydumanych bonusach z tej sytuacji, bredząc o okazji do podglądania meczowej kuchni, czyli narad zespołów odesłanych przez sędziów pod szatnie. Szanowna ekipo C+, to taki sam argument jak ten, że kibice przychodzą na trybuny po to, by podziwiać fajerwerki a nie wyczyny piłkarzy. Jeśli zamiast goli chcielibyśmy posłuchać kaszlącego Żurkowskiego to włączylibyśmy jeden z waszych reportaży, a nie meczową transmisję na żywo.

To telewizyjne przekonanie, że jeśli czegoś nie pokażemy to tego nie ma, w tym przypadku zdecydowanie się nie sprawdza, podobnie jak zachwyty nad poziomem co dokładniejszych zagrań futbolistów. Nie od dziś wiadomo bowiem, że najcenniejsze jest prawda. Nawet wtedy, gdy boli. A może zwłaszcza wtedy. Bo inaczej można się solidnie poparzyć. Także racą.

Fanatycy. Taki właśnie tytuł nosi książka wydana przez krakowskie wydawnictwo SQN. Okładka płonie jak raca, w środku na trzystu stronach opowieść kibola z krwi – tej przelewanej też – i kości o wchodzeniu na stadiony razem z ich bramami, leśnych ustawkach, „promocjach” na stacjach benzynowych, polowaniach na wrogie ekipy i torturach w komisariatach. Całość doprawiona niezrozumieniem takiego stylu życia ze strony reszty świata i lekką tęsknotą za latami 90. gdy policja była słaba, źle wyposażona i nieprzygotowana na zderzenie z brutalnością owiniętą w klubowe szaliki.

Generalnie lektura dość wartka, ale bardziej pewnie szokująca dla tych, którzy trzy dekady temu dopiero przychodzili na świat, niż pamiętających go ze wszystkim odcieniami polityczno-społecznymi. Ewentualne zaskoczenia nie dotyczą też osób wciąż bywających na stadionach i nie opierających się jedynie na transmisjach w stacji Canal+, omijającej kamerami wszystkie ekscesy na trybunach aż do momentu, gdy brak widoczności i przerwanie meczu wymusza reakcję ze strony komentatorów.

Na szczęście dla książki narrator (a podobno i autor) „Fanatyków” nie sili się na fałszywe zdobywanie sympatii dla czarnych charakterów, chociaż zbyt często wtrąca dygresje stanowiące szytą grubymi nićmi prowokację wobec czytelnika. Przy okazji jednak pojawia się kilka ciekawych wątków, jak chociażby ten o genezie środowiskowego porozumienia dotyczącego zakazu używania podczas bójek niebezpiecznych narzędzi.

W całej tej opowieści znalazło się jednak zdanie, które najbardziej utkwiło mi w pamięci. Jeden z policjantów – podczas prywatnej rozmowy – pytany, czy po Euro 2012 policja kibolom już odpuści, odpowiada wprost: – Zależy, kto będzie trzymał koryto.

I właśnie ta krótka wypowiedź wygląda na klucz do zrozumienia wielu zjawisk z obecnej ulicznej rzeczywistości.

Zapewne większość z nas, facetów, zna tę sytuację, gdy za pośrednictwem bezpośredniego ulicznego marketingu próbuje się nas zwabić do miejsc, w których największą atrakcją są pokazy tańca na rurze. Co jednak ciekawe – wśród wielu zachęt nie pada ta, która mogłaby być najskuteczniejsza, czyli bazująca na instynkcie kibicowskim. A tymczasem pole dance jest od niespełna miesiąca oficjalną dyscypliną sportu. Ba, ma aspiracje, by znaleźć się w programie igrzysk olimpijskich!

Federacja tańca na rurze zrzesza obecnie piętnaście krajowych federacji, w tym polską. Aby zachować status dyscypliny profesjonalnej musi w ciągu dwóch lat przyciągnąć jeszcze co najmniej dwadzieścia pięć narodowych organizacji. Szefowa International Pole Sports Federation, Katie Coates, nie ma żadnych wątpliwości, że ta misja się powiedzie. Szczerze mówiąc optymizm ten ma solidne podstawy chociażby ze względu na potencjał związany z transmisjami telewizyjnymi. Oglądalność zawodów powinna bez problemów pokonać pułapy wyznaczone przez wiele dyscyplin – nazwijmy je po imieniu – konserwatywnych.

Nie bez znaczenia jest także fakt, że nowy sport od razu zadbał o alibi na wypadek modnych we współczesnym świecie zarzutów o seksizm i dopuścił do startów również mężczyzn. Co więcej, ci którzy mieli okazję takie zawody zobaczyć twierdzą, że poziom najlepszych jest poziomem kosmicznym. Kwestią czasu wydaje się więc wprowadzenie konkurencji mikstów, a być może nawet duetów.

Biorąc to wszystko pod uwagę warto chyba następnym razem zastanowić się nad ulicznymi propozycjami. W końcu kto wie – może na przykład nadarzy się okazja zobaczenia debiutu przyszłej mis-trzyni olimpijskiej (lub mistrza, bo o gus-tach się wszak nie dyskutuje)…