Miesięczne archiwum: Grudzień 2017

W niedzielę znów staniemy przed dylematem. Czy fakt, że kolejny rok minął – w dodatku nie tylko szybko, ale i bezpowrotnie – to rzeczywiście dobry powód do hucznego świętowania? I pewnie jak zwykle dojdziemy do wniosku, że każda okazja jest dobra, więc tę też jakoś przełkniemy. O ile oczywiście wcześniej przebijemy się przez działaczy Polskiego Związku Kolarskiego, którzy będą blokować kasy w sklepach, realizując za służbowe karty słynną już „rewizyjną” listę prezesa Dariusza Banaszka, czyli Żołądkową Gorzką, Żytniówkę, Żytniówkę Gorzką i Białą Żubrówkę…

Zapewne niewielu z nas będzie miało to szczęście, by stojąc w kolejce za cudownymi dziećmi dwóch pedałów, spoglądać na taki zegarek, jaki pod choinkę dostał Marcin Gortat od jednego z kolegów. Nawiasem mówiąc, mimo wszystko to nieco dziwne, że facet kupił po rolexie dla wszystkich partnerów z zespołu. Albo wcześniej solidnie narozrabiał, a oni zapewnili mu alibi, albo chodzi w tym wszystkim o coś innego i to zapewne nie o pieniądze…

Bo przecież, wbrew obiegowej opinii, kasa nie jest najważniejsza, chociaż oczywiście zawsze lepiej być zdrowym i bogatym niż chorym i biednym. Liczy się też idea, na przykład ta najszlachetniejsza, olimpijska. Joanna Jędrzejczyk, specjalistka od bicia po twarzy innych kobiet (chociaż ostatnio trafiła kosa na kamień), też coś wie na ten temat, bo propozycję udziału w sztafecie niosącej płomień z Olimpii do Pjongczangu przyjęła, roniąc łzy wzruszenia. A przecież w tym środowisku podobną reakcję widzi się rzadko, by nie rzec od święta. I to wyłącznie takiego, które spędza się wokół oktagonu, w momencie, gdy pewien aktor zamiast opłatka przełamuje pewnego rapera. Rzecz jasna ku ogromnej uciesze odświętnie rozebranej publiki, nucącej pod nosem nieśmiertelne przeboje autorstwa artystycznego ulubieńca prezesa narodowej telewizji.

No cóż, świat jest dziwny i w 2018 chyba będzie jeszcze dziwniejszy. Z taką głęboką refleksją zostawię Państwa w oczekiwaniu na niedzielno-poniedziałkową północ, czyli porę, w której rozpocznie się tradycyjne nadwiślańskie obrzucanie sąsiadów racami.

Do Siego Roku!

Ruch Chorzów do 15 stycznia musi spłacić pół miliona złotych byłym piłkarzom i trenerom, a jeśli tego nie zrobi straci licencję na dalszą grę w Nice I lidze. Niebieskim znów więc zajrzał krach w oczy, ale powodów do paniki chyba tym razem nie ma, bo wspomnianą kwotę można przecież „pożyczyć” z 800.000 zł, jakie przewidziano (a więc zapewne także zabezpieczono) na premię za awans do Ekstraklasy. Co prawda złośliwcy twierdzili, że równie dobrze można było obiecać każdemu piłkarzowi po prywatnym odrzutowcu, ale trudno przecież podejrzewać szefa klubu z Cichej, że premie zostały ogłoszone tylko po to, aby zarobić odsłony w mediach społecznościowych. I że w rzeczywistości żadne pliki banknotów deklarowanych na wypadek zrealizowania misji niemożliwej tak naprawdę nie istnieją.

Pytanie jak wygląda prawda na pewno jest frapujące, jednak przyznam się, że w kontekście Ruchu znacznie ciekawsza wydaje mi się inna kwestia. A mianowicie taka, kto będzie dziś czekał z kwiatami pod aresztem, z którego ma wyjść na wolność były prezes Niebieskich, Dariusz S. Od dawna przecież wiadomo, że przyjaciół poznaje się w biedzie, a trzeba przyznać, że były członek rady nadzorczej Ekstraklasy wpadł w biedę nie lada. Biorąc pod uwagę wianuszek wielbicieli z różnych środowisk – także, co tu ukrywać, medialnych – którzy towarzyszyli mu w dawnych lepszych czasach i na ziemi rodzimej, i obcej, można się dziś spodziewać pokaźnego komitetu powitalnego. W przeciwnym wypadku moja opinia o ludziach, których mam w tym wątku na myśli, z pewnością ulegnie jakościowej zmianie…

Być może zadajecie sobie pytanie jak wstęp tego tekstu ma się do jego rozwinięcia, ale sądzę, że jest to nić bardzo logiczna. Przecież to właśnie kreatywne działania Dariusza S. wytyczyły szlak, jakim obecnie podąża Ruch. A samo niedawne ogłoszenie wysokości wspomnianej premii za awans to posunięcie, jakiego S. też by się nie powstydził.

Kurz już nieco opadł, więc warto spojrzeć na sprawę spokojniej i powiedzieć sobie jasno: wyrzucenie Rosjan z koreańskich igrzysk to decyzja drastyczna, ale słuszna. Niestety, mająca też pewną wadę. Pozostawia mianowicie szeroką furtkę dla spiskowej teorii dziejów. Bo niby dlaczego losu podmoskiewskiego państwowego kombinatu koksowniczego nie podzieliły podobne fabryki z innych części świata? MKOl zamiast rzeczywistej zmasowanej antydopingowej ofensywy, przeprowadził precyzyjnie wymierzony atak punktowy, co musi rodzić podejrzenie istnienia zakulisowych mechanizmów stricte politycznych. Warto zresztą pamiętać, że Komitet znaczną część tej nieczystej krwi (i innych płynów fizjologicznych) ma na własnych rękach, bo to on sam oddaje organizację igrzysk coraz mniej licznym szczęśliwcom, którzy nie muszą liczyć się z pieniędzmi i opinią swoich społeczeństw. A takie rozpasanie zazwyczaj łączy się z rozbratem z wartościami demokratycznymi i przymusem zamienienia rzeki pieniędzy na propagandowy sukces i to za wszelką, dosłownie i w przenośni, cenę.

Wracając do dopingowej plagi – jedynym rozsądnym i sprawiedliwym wyjściem byłoby wypalanie skażonych aren olimpijskich żywym ogniem, czyli dożywotnie zakazy startu w tej imprezie dla wszystkich złapanych na koksie chociażby raz. Warto też przemyśleć powołanie w ramach MKOl instytucji komornika, który miałby uprawnienia do działań związanych z realnym odzyskiwaniem od sportowych oszustów nienależnych im profitów oraz wymuszania na sponsorach powiązanych w jakikolwiek sposób z ruchem olimpijskim bezterminowego zerwania współpracy z przestępcami. W obecnym sportowym świecie nawet hańba nie boli przecież tak bardzo jak spustoszenie konta… Wprowadzenie takich rozwiązań doprowadziłoby oczywiście do serii procesów, w których podsądni przyjęliby linię obrony, zgodnie z którą koks wpychano w nich podstępnie pod postacią spreparowanych jabłek i marchewek. Zdecydowanie warto jednak podjąć takie ryzyko, ewentualnie ograniczyć jego skalę dzięki zastosowaniu mechanizmów rodem z FIFA, która samo założenie sprawy w sądzie powszechnym traktuje jako akt samowykreślenia delikwenta z futbolowej rodziny.

Podsumowując: utrzymanie obecnego stanu rzeczy, z jedną efektowną antyrosyjską salwą i z ignorowanym przez media oraz kibiców, opóźnionym o całe lata, wykreślaniem wyników i nazwisk z medalowych zestawień, oznaczać będzie jedynie rozwodnienie rosnącego problemu. I da kolejną pożywkę tym, którzy od dawna twierdzą, że władze ruchu olimpijskiego niczego nie robią bezinteresownie, a baron de Coubertin stał się już tylko przykurzonym synonimem naiwności.