Miesięczne archiwum: Styczeń 2018

Po II wojnie światowej na zimowych igrzyskach olimpijskich Polskę reprezentowało 702 sportowców, którzy przywieźli 20 medali. Matematycznie wychodzi na to, że krążek zdobywał jeden na trzydziestu pięciu olimpijczyków. Biorąc pod uwagę starty w najnowszej historii, od 1989 roku, średnia ta wzrasta raptem do dziewiętnastu. Na podium stanęło bowiem 16 z 303 reprezentantów w biało-czerwonych ocieplanych dresach. Miejsc w ósemce mieliśmy w tym okresie symboliczne czterdzieści i cztery…

Zanim ocenicie Państwo, czy to dużo, czy mało, warto ten obraz umieścić na tle finansowym. Kosztów przygotowań do Pjongczang nikt na razie oficjalnie nie zbilansował, więc spójrzmy wstecz – w przypadku Soczi 2014 pochłonęły 114 mln zł plus kolejne 4 na sprawy logistyczno-transportowe. Aby mieć świadomość, jak rozrasta się ta sportowa gąbka, warto zwrócić uwagę, że Vancouver 2010 wchłonęło około 40 mln.

Pretekstem do takich rozważań stała się awanturka o nominację olimpijską dla alpejczyka, dzięki której sporo osób dowiedziało się, że ta dyscyplina sportu w ogóle nad Wisłą istnieje. I trudno się temu dziwić, bo pod kątem profesjonalności i wyników ma tyle wspólnego ze swoim światowym wydaniem, co Beskid Niski właśnie z Alpami. Ale ad rem. Zadyma dotyczyła tego, kto będzie reprezentował Polskę w Pjong-czang, chociaż dla Polski to sprawa nieistotna, bo ani jeden, ani drugi adwersarz nie mają szans na realne zaznaczenie swojej obecności na stoku. Spór rozgorzał gwałtowny, a rywali obsadzono w klasycznych dla takich historii rolach: Michał Kłusak, którego sprawy z werwą broniła siostra Magdalena, to ten, który sam zbierał pieniądze na wymarzony start, natomiast w komfortowe przygotowania Michała Jasiczka grubo ponad milion złotych miał wpompować jego obrzydliwie bogaty ojciec. Na liście FIS dwa razy wyżej – co nie znaczy, że w ogóle wysoko, bo mowa o szóstej setce – jest ten pierwszy, wyniki lepsze osiąga ten drugi, ale punktów PŚ nie zdobył w tym sezonie żaden z nich. We wtorek PKOl umył ręce, odrzucając kartofel do PZN, co wróżyło prawdziwą wojnę. Tym bardziej że Jasiczkowie mają na takim polu sporo doświadczeń: kilka spraw sądowych już z PZN-em wygrali. A przecież wzorem pomysłów Papy Stamma można było przeciąć węzeł gordyjski w najprostszy możliwy sposób, czyli albo organizując bezpośredni pojedynek narciarski obu zainteresowanych, albo nie wysyłać do Azji żadnego z nich. Ale to ostatnie rozwiązanie byłoby zbyt proste i sprawiało przykrość nie tylko dwóm zawodnikom, bo przecież olimpijska nominacja to okazja do atrakcyjnego wyjazdu także dla osób towarzyszących, którzy co najmniej podwajają liczebność całej ekipy. Ostatecznie w systemie last minute okazało się, że wystartują obaj.

W tym roku na liście ogłoszonej przez PKOl widnieje więc – na razie – 60 nazwisk. Sugerując się statystyką ze wstępu, można spodziewać się trzech medali. Wychodzi na to, że do Korei wystarczyłoby wysłać tylko ekipę skoczków. Tych wystawimy pięciu (wystartuje czterech), ale wraz z nimi do Pjongczang wybiera się 9 (a wliczając prezesa Apoloniusza Tajnera,10) osób, m.in. dyr. sportowy Adam Małysz.

W ogóle lektura całej listy „Pjongczang 2018” jest niezwykle interesująca. Nagle okazuje się, jak wiele osób nad Wisłą pracuje na jakże liczne zimowe emocje, w jakże wielu dyscyplinach – jakże prężnie zawiadywanych przez dynamicznych i kreatywnych menedżerów – mamy ukrywane przez co najmniej cztery lata talenty, które w Korei wykorzystają nieobecność rosyjskich nakoksowa-nych gwiazd i poradzą sobie w starciu z astmatykami innych nacji…

Ba, także legendarnych postaci mamy tak wiele, że aby nie doprowadzić do kolejnego konfliktu, funkcją attache olimpijskiego uhonorowano Wojciecha Jasińskiego, prezesa PKN Orlen. Wszak jak podkreślał 4 lata temu prezes PKOl, Andrzej Kraśnicki, osoba sprawująca tę rolę „ma mobilizować zawodników i dzięki znajomości sportowego środowiska ułatwiać rozwiązywanie problemów”…

Tradycji stało się zadość. Coroczna pielgrzymka kibiców na Jasną Górę zakończyła się godną czwartej części Trylogii wycieczką za mury. Patrioci zdobyli kilka wrażych flag, poturbowali grupę zaprzańców, odśpiewali pobożne pieśni i na cześć legendarnego wyczynu Kmicica użyli prochu i saletry pod dobrotliwymi spojrzeniami spadkobierców duchowych przeora Kordeckiego. Nic więc dziwnego, że świadkom tych podniosłych wydarzeń wzruszenie pomieszane z gryzącym dymem wyciskało łzy z oczu.

Sportowy patriotyzm w kraju nad Wisłą ma się dobrze. Co prawda próby jego eksportu kończą się niezrozumiałymi prześladowaniami następującymi tuż po przekroczeniu granic Ojczyzny, tym niemniej generalnie powodów do narzekania nie ma. Za to powodów do dumy przybywa błyskawicznie – na przykład dzięki Robertowi Kubicy, który został właśnie testerem Williamsa. Trzeba przecież podkreślić, że krakowianin zachował honor, w przeciwieństwie do rosyjskiego konkurenta, który nie dość, że jest wspierany przez Putina, to jeszcze miejsce w głównym bolidzie po prostu kupił. Cały świat będzie więc patrzył na Sirotkina z politowaniem, tak jak na Freitaga, który przewrócił się na Czterech Skoczniach, chociaż akurat nikt w niego śnieżkami nie rzucał.

Oprócz patriotyzmu dużego jest jednak także patriotyzm – patrząc w kategoriach powierzchniowych – mały, czyli lokalny. Na przykład śląski. Chociaż on i tak często, a już na pewno w obszarze piłki nożnej, podlega dodatkowemu rozbiciu najpierw miejskiemu, a potem wręcz dzielnicowemu. O nim właśnie dumałem podczas debaty zorganizowanej przez szefa regionalnej piłki Henryka Kulę. Dyskusja toczyła się w zacnym gronie, jej temperatura była dość umiarkowana, a z większością tez zgadzali się wszyscy obecni, czemu zresztą trudno się dziwić, skoro były to tezy ze wszech miar słuszne i rozsądnie – choć mało optymistycznie – prowadzące do odpowiedzi na zasadnicze pytanie: Kiedy klub z naszego regionu znów zostanie mistrzem Polski?

W całej tej atmosferze wzajemnego zrozumienia nie sposób było jednak uciec od poczucia surrealizmu. Zasadniczo bowiem świetlana przyszłość piłki śląsko-zagłębiowskiej, a także beskidzkiej, według panelistów opierać się powinna na solidarności i wzajemnym wsparciu. W negocjacjach z samorządami, w rozmowach ze sponsorami, w systemach szkolenia młodzieży, w rozwiązaniach infrastrukturalnych, a czasem i finansowych. Brzmi to świetnie, ba, nawet logicznie, jednak znajduje się w tej wizji jedna zasadnicza drzazga, mianowicie kibicowska, podlana patriotyczno-tożsamościowym sosem – otoczka futbolu. O współpracy klubów mówiono wszak w ostatnich latach już wiele, próbowano też słowa przekuć w czyny. Na szczeblu Ekstraklasy organizowano wspólne wyprawy na zgrupowania, na szerszym polu zawiązywano sponsorskie porozumienia. Piękne, nieprawdaż?

Tyle tylko, że to ostatnie podpisano za bliską, bo bliską, ale jednak granicą. I w tym jest właśnie pies pogrzebany. Bo żaden realny futbolowy sojusz nie jest w regionie możliwy. Dowodów mamy aż nadto – największe awantury związane są z meczami derbowymi, największe problemy stwarza logistyka kibicowskich przejazdów nie ogólnopolskich, a właśnie tych najkrótszych, najpoważniejsze incydenty ostatnich miesięcy związane były z najazdami wrogich grup na stadiony położone najbliżej ich macierzy… Świeżo w pamięci pozostają też przypadki prezesów skłonnych pomóc sąsiadom w momentach, gdy ci nie mogli korzystać z własnych, przebudowywanych w danym momencie aren, czy piłkarzy zamierzających zmienić barwy bez zmiany miejsca zamieszkania. I dopóki ten system piłkarskiego ekosystemu się nie zmieni, dopóty każdy będzie drobił w miejscu, a ewentualne sukcesy wynikną tylko ze splotu przypadków. I o tym także powinni pomyśleć gospodarze takich wydarzeń jak jasnogórska pielgrzymka. Aby jednak skalę tej odpowiedzialności zrozumieć, trzeba czasem z klasztornej celi wybrać się na mecz. Najlepiej po cywilnemu i autobusem komunikacji publicznej. Na przykład z Katowic do Zabrza. Rzecz jasna, przez Chorzów.

Do worka z logo „#MeToo” można już wrzucić właściwie wszystko. Molestowania prawdziwe i rzekome, fizyczne i iluzoryczne, świeże i prehistoryczne. Skala akcji jest porażająca, ale wciąż pozostają regiony nieodkryte. Na przykład Bale Mistrzów Sportu, gdzie – z konieczności – zamiast laureatów na scenie pojawiają się ich żony bądź partnerki.

Żaden chyba wyczyn boiskowy nie budzi bowiem tylu emocji i wrażeń co kreacja, karnacja, fryzura, makijaż i odsłonięte powierzchnie ciała pań i panien, na co dzień obcujących – dosłownie i w przenośni – z Gwiazdami Masowej Wyobraźni. I na użytek tej ostatniej
w grę włącza się coraz większa część mediów, dla których podobne wydarzenia są niczym zastrzyk tlenu. A że większość „kibicowskich” komentarzy dotyczących wyglądu wybranek sportowych serc (ale również wyróżnianych sportsmenek, pracujących jednak przy takich okazjach dobrowolnie i na własny rachunek) ma charakter molestująco-upokarzający? No cóż, liczy się dobro najwyższe, czyli kliki, lajki i odsłony…

Typowy dla takich zdarzeń scenariusz obejrzeliśmy przy okazji organizowanego przez „Przegląd Sportowy” wyboru sportowca roku 2017. Werdykt stawiający wyżej loty Kamila Stocha niż kopnięcia piłki Roberta Lewandowskiego był być może dyskusyjny, ale najważniejszy okazał się „pojedynek” ich żon – Ewy z Anną, zwłaszcza że obie zaprezentowały różne style i różne preferencje modowe. Świetnym więc instynktem wykazał się zwycięzca Turnieju Czterech Skoczni, który z ekranu oświadczył, że żona jest jego najlepszą wizytówką, zdobywając dla niej wśród przedekranowego jury dodatkowe punkty.

Na tej wykreowanej rywalizacji zyskała też ta Trzecia, czyli Marcelina Hula. Uparcie pokazywana przez operatora Polsatu zamiast swojej przyjaciółki Ewy, zgarnęła część tortu, przy okazji niechcący wystawiając niefortunnego kamerzystę i realizatora na pośmiewisko oraz falę hejtu. Z takiej wpadki nie mogła przecież nie skorzystać grupa ekspertów od biografii i wizerunków celebrytów, czyli po prostu większość narodu z zapartym tchem przyglądająca się, czy na stoły podano już „ciepłe” i czy Apoloniusz Tajner po zgoleniu wąsa wygląda lepiej na tle dziewczyny, którą kiedyś brukowce uznały za pochodzącą z Pakistanu Pamelę, a naprawdę okazała się Izabelą Podolec z Jarosławia.

Bo właśnie hejt i chęć molestowania wydają się motorem napędowym wielu oglądaczy takich zdarzeń. I nawet jeśli ataki mają wymiar jedynie słowny, nadają się do akcji „MeToo” tak samo, jak mroczne historie odkrywane właśnie przez Hollywood. A co najgorsze – to zjawisko bazujące na tchórzliwej anonimowości wciąż rośnie. I jest coraz bardziej obrzydliwe.

Igrzyska w Pjongczang rozpoczną się za 34 dni. W skali czteroletniej olimpiady to już nawet nie ostatnia prosta, a najazd na próg. I co? I nic. Nie macie wrażenia, że oczekiwania i dreszcze emocji, związane ze zbliżającą się najważniejszą imprezą sportów zimowych, zniknęły w wirach bieżących wydarzeń? Nikt nie analizuje szans medalowych, nikt nie fascynuje się potencjalną liczebnością reprezentacji, nikt nie pokazuje aren od tak zwanej kuchni… Ewentualne ogniska emocji dotyczą wyłącznie kwestii politycznych – pozbawienia Rosjan prawa startu pod własną flagą i negocjacji odnośnie startu Koreańczyków z Północy.

Tak jak współczesnym dzieciom spowszedniały kreskówki Disneya, na które niegdyś oczekiwało się od święta do święta, tak samo spada atrakcyjność igrzysk. Największe gwiazdy sportu mamy na co dzień, mecze najlepszych hokeistów świata pokazuje nawet publiczna telewizja, skoki stały się cotygodniową przyprawą do rodzinnego obiadu, a prawdziwą skalę zainteresowania biegami pokazuje poziom oglądalności Tour de Ski bez udziału Justyny Kowalczyk. I nawet skok wykresu liczby planowanych podczas igrzysk urlopów wynika przede wszystkim z planów na ferie, a nie programu startów panczenistów.

Oczywiście nie można mieć wątpliwości, że gdy znicz już zapłonie – co wiele osób dostrzeże z zaskoczeniem – Pjongczang także nad Wisłą stanie się centrum sportowego świata. Przez dwa tygodnie będziemy bilansować sukcesy i rozczarowania, kpić z norweskiej astmy, szukać polskich pociotek w biografiach wielkich gwiazd, zastanawiać się, co na kasku namaluje Kamil Stoch i zżymać na komentatorów telewizyjnych. Nie sposób jednak uciec od wrażenia, że nie ma w tej zabawie dawnej autentyczności i towarzyszącego nam niegdyś głodu wielkich wrażeń, a ich miejsce zajęła gigantyczna machina służąca przede wszystkim spełnianiu oczekiwań sponsorów, dla których najważniejsze są słupki i wskaźniki. A to prosta droga do zarżnięcia kury znoszącej złote jajka. I nie jest to tylko specyfika sportów zimowych. Na takiej ścieżce od dłuższego czasu znajduje się siatkówka, w podobnym kierunku uparcie pcha się także piłkarska Liga Mistrzów, rozcieńczająca atrakcyjność w rozbudowanych do przesytu strukturach rozgrywek.

Problem igrzysk nabrzmiewa. MKOl robi dobrą minę do złej gry, ale zaczyna mieć coraz większe kłopoty nawet ze znalezieniem chętnych na ich organizację. Jest coraz drożej, coraz bardziej egzotycznie i coraz mniej demokratycznie. Czy można się więc dziwić, że obrazoburcze z pozoru pytanie o potrzebę organizowania igrzysk w obecnym kształcie staje się pytaniem fundamentalnym?