Miesięczne archiwum: Styczeń 2018

Do worka z logo „#MeToo” można już wrzucić właściwie wszystko. Molestowania prawdziwe i rzekome, fizyczne i iluzoryczne, świeże i prehistoryczne. Skala akcji jest porażająca, ale wciąż pozostają regiony nieodkryte. Na przykład Bale Mistrzów Sportu, gdzie – z konieczności – zamiast laureatów na scenie pojawiają się ich żony bądź partnerki.

Żaden chyba wyczyn boiskowy nie budzi bowiem tylu emocji i wrażeń co kreacja, karnacja, fryzura, makijaż i odsłonięte powierzchnie ciała pań i panien, na co dzień obcujących – dosłownie i w przenośni – z Gwiazdami Masowej Wyobraźni. I na użytek tej ostatniej
w grę włącza się coraz większa część mediów, dla których podobne wydarzenia są niczym zastrzyk tlenu. A że większość „kibicowskich” komentarzy dotyczących wyglądu wybranek sportowych serc (ale również wyróżnianych sportsmenek, pracujących jednak przy takich okazjach dobrowolnie i na własny rachunek) ma charakter molestująco-upokarzający? No cóż, liczy się dobro najwyższe, czyli kliki, lajki i odsłony…

Typowy dla takich zdarzeń scenariusz obejrzeliśmy przy okazji organizowanego przez „Przegląd Sportowy” wyboru sportowca roku 2017. Werdykt stawiający wyżej loty Kamila Stocha niż kopnięcia piłki Roberta Lewandowskiego był być może dyskusyjny, ale najważniejszy okazał się „pojedynek” ich żon – Ewy z Anną, zwłaszcza że obie zaprezentowały różne style i różne preferencje modowe. Świetnym więc instynktem wykazał się zwycięzca Turnieju Czterech Skoczni, który z ekranu oświadczył, że żona jest jego najlepszą wizytówką, zdobywając dla niej wśród przedekranowego jury dodatkowe punkty.

Na tej wykreowanej rywalizacji zyskała też ta Trzecia, czyli Marcelina Hula. Uparcie pokazywana przez operatora Polsatu zamiast swojej przyjaciółki Ewy, zgarnęła część tortu, przy okazji niechcący wystawiając niefortunnego kamerzystę i realizatora na pośmiewisko oraz falę hejtu. Z takiej wpadki nie mogła przecież nie skorzystać grupa ekspertów od biografii i wizerunków celebrytów, czyli po prostu większość narodu z zapartym tchem przyglądająca się, czy na stoły podano już „ciepłe” i czy Apoloniusz Tajner po zgoleniu wąsa wygląda lepiej na tle dziewczyny, którą kiedyś brukowce uznały za pochodzącą z Pakistanu Pamelę, a naprawdę okazała się Izabelą Podolec z Jarosławia.

Bo właśnie hejt i chęć molestowania wydają się motorem napędowym wielu oglądaczy takich zdarzeń. I nawet jeśli ataki mają wymiar jedynie słowny, nadają się do akcji „MeToo” tak samo, jak mroczne historie odkrywane właśnie przez Hollywood. A co najgorsze – to zjawisko bazujące na tchórzliwej anonimowości wciąż rośnie. I jest coraz bardziej obrzydliwe.

Igrzyska w Pjongczang rozpoczną się za 34 dni. W skali czteroletniej olimpiady to już nawet nie ostatnia prosta, a najazd na próg. I co? I nic. Nie macie wrażenia, że oczekiwania i dreszcze emocji, związane ze zbliżającą się najważniejszą imprezą sportów zimowych, zniknęły w wirach bieżących wydarzeń? Nikt nie analizuje szans medalowych, nikt nie fascynuje się potencjalną liczebnością reprezentacji, nikt nie pokazuje aren od tak zwanej kuchni… Ewentualne ogniska emocji dotyczą wyłącznie kwestii politycznych – pozbawienia Rosjan prawa startu pod własną flagą i negocjacji odnośnie startu Koreańczyków z Północy.

Tak jak współczesnym dzieciom spowszedniały kreskówki Disneya, na które niegdyś oczekiwało się od święta do święta, tak samo spada atrakcyjność igrzysk. Największe gwiazdy sportu mamy na co dzień, mecze najlepszych hokeistów świata pokazuje nawet publiczna telewizja, skoki stały się cotygodniową przyprawą do rodzinnego obiadu, a prawdziwą skalę zainteresowania biegami pokazuje poziom oglądalności Tour de Ski bez udziału Justyny Kowalczyk. I nawet skok wykresu liczby planowanych podczas igrzysk urlopów wynika przede wszystkim z planów na ferie, a nie programu startów panczenistów.

Oczywiście nie można mieć wątpliwości, że gdy znicz już zapłonie – co wiele osób dostrzeże z zaskoczeniem – Pjongczang także nad Wisłą stanie się centrum sportowego świata. Przez dwa tygodnie będziemy bilansować sukcesy i rozczarowania, kpić z norweskiej astmy, szukać polskich pociotek w biografiach wielkich gwiazd, zastanawiać się, co na kasku namaluje Kamil Stoch i zżymać na komentatorów telewizyjnych. Nie sposób jednak uciec od wrażenia, że nie ma w tej zabawie dawnej autentyczności i towarzyszącego nam niegdyś głodu wielkich wrażeń, a ich miejsce zajęła gigantyczna machina służąca przede wszystkim spełnianiu oczekiwań sponsorów, dla których najważniejsze są słupki i wskaźniki. A to prosta droga do zarżnięcia kury znoszącej złote jajka. I nie jest to tylko specyfika sportów zimowych. Na takiej ścieżce od dłuższego czasu znajduje się siatkówka, w podobnym kierunku uparcie pcha się także piłkarska Liga Mistrzów, rozcieńczająca atrakcyjność w rozbudowanych do przesytu strukturach rozgrywek.

Problem igrzysk nabrzmiewa. MKOl robi dobrą minę do złej gry, ale zaczyna mieć coraz większe kłopoty nawet ze znalezieniem chętnych na ich organizację. Jest coraz drożej, coraz bardziej egzotycznie i coraz mniej demokratycznie. Czy można się więc dziwić, że obrazoburcze z pozoru pytanie o potrzebę organizowania igrzysk w obecnym kształcie staje się pytaniem fundamentalnym?