Miesięczne archiwum: Luty 2018

Igrzyska już się kończą, sportowa klęska made in Poland została dopełniona, ale przynajmniej dzięki Weronice Nowakowskiej wszyscy dowiedzieliśmy się, gdzie byliśmy i co widzieliśmy. Generalnie Biało-Czerwoni przez Pjongczang przemknęli niczym pewien panczenista, który leżał na lodzie zanim zdążył wystartować (szczerze mówiąc żal mi go bardzo, ale niechcący stał się symbolem całej koreańskiej misji znad Wisły) albo saneczkarz jadący na ślepo, bo zapomniał maski. Oczywiście mamy jeszcze skoczków z których możemy być dumni, jednak którzy – czas to powiedzieć głośno i wyraźnie – też wracają z deficytem w stosunku do przedolimpijskich analiz i nadziei. Generalnie zaliczyliśmy klapę, a nawet w większości przypadków przelecieliśmy przez nią uderzając w dno.

Sami reprezentanci zdają sobie z tego sprawę, więc z bagaży wyciągnęli ściągi z usprawiedliwieniami, ale jedna rzecz w tym scenariuszu musi irytować. Dlaczego wszystkie te argumenty z gatunku „zrobiliśmy wszystko co się dało, ale cudów nie należało oczekiwać bo… ” nie zostały wyartykułowane przed wyruszeniem do Azji? Przecież Maciej Starę-ga już wcześniej wiedział, że bałagan w polskich biegach jest gigantyczny, Sylwia Jaśkowiec od początku była zależna od nart Justyny Kowalczyk, nieszczęsne panczenistki zdawały sobie sprawę ze skutków rozbicia drużyny, a alpejczycy nie przez przypadek tyle energii poświęcili walce o nominację olimpijską, bo wiedzieli, że na szusy już jej i tak nie starczy. Tę wyliczankę można ciągnąć niestety znacznie dłużej, ale jaki koń jest każdy widzi, więc przykładów chyba Państwu wystarczy.

Co ciekawe w obronę niedoszłych bohaterów masowej wyobraźni włączyli się niektórzy obecni w Korei dziennikarze. Zabawny był zwłaszcza felietonowy argument, z którego wynikało, że zgodnie z popularną w niektórych kręgach ideą symetryzmu, kibice z kanapy (tak zwani Janusze) niby mogą od swoich reprezentantów wymagać zaangażowania i przyzwoitych wyników, ale i ci mogą powiedzieć do wspomnianego Janusza: wstań i pokaż co potrafisz, co ty zrobiłbyś na moim miejscu?

Taki argument jest jednak kompletnie absurdalny. Janusz na sportowych arenach wyglądałby groteskowo, ale tak samo byłoby – jeśli chcecie symetrii to macie – w drugą stronę. Spróbujcie sobie zresztą wyobrazić większość olimpijczyków na własnych stanowiskach pracy. Poza tym to szeroko rozumiane społeczeństwo utrzymuje świat sportu, więc ma pełne i niezbywalne prawo formułowania wymagań i wyrażania emocji, przy czym oczywiście nie należy mylić tej definicji z hejtowaniem.

Ale ad rem – konsekwencje igrzysk dopiero przed nami. Interesująco będzie wyglądało zwłaszcza rozliczenie najważniejszego ze związków, czyli Narciarskiego. Dwie zdobycze skoczków to przecież tylko jedna strona nomen omen medalu, bo do PZN należą także biegi (w tym męskie), snowboard, freestyle i kombinacja norweska…

Generalnie dawno już chyba nie było tak sprzyjającej atmosfery, by dokonać prawdziwej rewolucji w systemie funkcjonowania związków sportowych, sprecyzowania odpowiedzialności za wyniki czy zasad przyznawania stypendiów, które w sprzyjających okolicznościach można sobie zapewnić nawet zajmując ostatnie miejsce w odpowiednio nielicznej stawce. Może warto rozważyć także totalną zmianę przygotowań olimpijskich i związanej z nimi strategii? Czy wiecie na przykład, że w mistrzostwach Polski bobsleistów wystartowało w październiku 2017 roku pięć osad, przeprowadzono je po raz pierwszy od 49 lat, toczyły się w jednej konkurencji (dwójek), a zorganizowano je na Łotwie? Biorąc to wszystko pod uwagę czy naprawdę musimy na igrzyska wysyłać swoich reprezentantów czy jest to jedynie pretekst, by w ekipie znalazły się osoby towarzyszące? Podobne analizy powinny dotyczyć nie tylko zresztą bobsleistów, a dokonując ich trzeba mieć świadomość, że jeśli skończy się jak zawsze, czyli tylko na słowach, za cztery lata będzie jeszcze gorzej, bo polskie skocznie coraz ściślej otacza sportowa pustynia.

Słuchajcie, po co ci nasi zimowi olimpijczycy w ogóle pakują się w sport, skoro wciąż narzekają, że w kraju nie ma warunków treningowych i muszą spędzać 300 dni w roku na obczyźnie? No i potem twierdzą, że w takiej sytuacji lokaty niemieszczące się nawet w depeszach agencyjnych trzeba traktować jako sukces…

Ta kwestia, postawiona w całkiem miłych okolicznościach przyrody, to znaczy z mrozem i zimnem na zewnątrz, za to kominkiem wewnątrz, wzbudziła znienacka ożywioną dyskusję. Traf chciał, że na jej podkładzie migotał obraz z Pjongczangu z głosem komentatora, wyraźnie podnieconego wyczynem kombinatora norweskiego (chociaż rodem z Polski) finiszującego na miejscu dwudziestym którymś. A przecież trzeba mieć jeszcze świadomość, że na igrzyskach – z racji wielu ograniczeń, także czystki dopingowej – startuje znacznie mniej zawodników niż w Pucharze Świata, więc pozycje na końcu olimpijskiej stawki oznaczają, że Biało-Czerwoni de facto grają w innej lidze niż większość globu.

Ostatecznie udało nam się dojść do – modne teraz słowo – consensusu. Uznaliśmy mianowicie, że sam wybór takiej, a nie innej drogi życiowej to jedno (stypendia, podróże, wyżywienie, medale mistrzostw Polski to w końcu nie w kij dmuchał, zwłaszcza gdy jest się pięknym, młodym i singlem/singielką), ale wysyłanie takich pasjonatów na igrzyska to jednak już coś całkiem innego. Zwłaszcza jeśli przyjmiemy do wiadomości, że pomimo romantycznej legendy, impreza ta przesiąknięta jest do cna profesjonalizmem. A na takim tle widać jeszcze wyraźniej, że większość ekipy z dużego i dumnego kraju w środku Europy stanowi, niestety, grupę amatorskich hobbystów.

Wracając do meritum. Czy Polska naprawdę musi wysyłać na igrzyska kilkudziesięciu sportowców niemających żadnych szans na sukces? I wraz z nimi prezesów związków, którzy na czas imprezy wstydliwie znikają sprzed kamer, by po powrocie do kraju bić coczteroletnią pianę o planowanym stworzeniu infrastruktury i zmianach systemu szkolenia, z czego nikt nigdy ich nie rozlicza?

Aby wstać z kolan, trzeba stawiać takie właśnie najważniejsze i proste pytania. I kolejne – dlaczego przed igrzyskami PKOl (swoją drogą sens istnienia tej instytucji to temat na osobny felieton) zamiast snuć wizję cudów, nie zaprezentuje publicznie realnego planu minimum dla każdego z olimpijczyków? I dlaczego Ministerstwo Sportu nie przedstawia dokładnego raportu z kosztów przygotowań kadrowiczów? Tak, aby wykazać czarno na białym, ile kosztowało nas wysłanie do Azji saneczkarza, który zapomniał maski (dobrze, że sanki zabrał) albo biathlonistów przyzwyczajonych do schodzenia z trasy po zdublowaniu przez konkurentów.

Oczywiście – powie ktoś, że wszyscy wyjeżdżający wypełnili określone wcześniej minima. No cóż… Po pierwsze, sprawa nie jest taka oczywista, bo na przykład w zarządzanym przez Apoloniusza Tajnera związku narciarskim nie bardzo wiadomo co – poza obawą przed potencjalnymi przegranymi procesami – zadecydowało o tym, że do Azji wysłano dwóch siebie wartych alpejczyków. A po drugie, może określenie minima traktowane jest zbyt dosłownie i normy należy jednak wyśrubować do poziomu gwarantującego uniknięcie zarzutu o organizowanie turystyczno-towarzyskich olimpijskich wycieczek?

Czas na pobudkę i zastąpienie fantazji racjonalnością. Spójrzmy na przykład na Norwegów. Ole Einar Bjoerndalen, prawdziwa legenda Norwegii, igrzysk i światowego sportu w ogóle, ogląda Pjongczang w telewizji. Nie znalazł się w reprezentacji i nie odbyła się ogólnonarodowa debata, że to niesprawiedliwe, bo mu się taki wyjazd po prostu należy za zasługi. Uznano, że zasady są jasne i klarowne: nie spełnił wymogów, nie rokował już szans na sukces, nie poleciał. Koniec i kropka. Ba, nikt nawet nie wpadł na to, by na pocieszenie zrobić go na przykład jakimś attaché lub dyrektorem sportowym…

0,02. Taki procent Polaków zasiadał na trybunach podczas meczu Lotto Ekstraklasy w sezonie 2016/17. Ten wskaźnik z raportu Europejskiego Stowarzyszenia Piłkarskich Lig Zawodowych nie jest przesadnie eksponowany w opracowaniach tego dokumentu i trudno się dziwić, bo nijak nie da się go przedstawić w kategoriach sukcesu. A jednak to właśnie on daje sporo do myślenia – biorąc pod uwagę fakt, że nie sposób już narzekać na infrastrukturę, oznacza bowiem, że największym problemem polskiej ligi jest jej poziom sportowy, który nie skłania do wydawania pieniędzy na bilet.

Taki absolutnie logiczny i uprawniony wniosek, podparty cotygodniowymi dowodami empirycznymi, stanowi z kolei nie lada zagwozdkę dla uzasadnienia coraz bardziej nieuchronnej reformy rozgrywek, której głównym owocem ma być powiększenie ekstraklasy do 18 drużyn. O bezsensie rozwadniania i tak mocno przeciętnego produktu pisałem w tej rubryce już nie raz i zdania nie zmieniłem. Teraz jednak w projekcie pojawił się jeszcze jeden punkt, którego absurdalność skłoniła mnie do ponownego wzięcia tematu na klawiaturę.

Chodzi mianowicie o opcję, zgodnie z którą, w systemie baraży, do elity mógłby awansować nawet zespół zajmujący w I lidze miejsce szóste. Czy ktoś, kto na co dzień śledzi wydarzenia na tym szczeblu, zwanym trafnie zapleczem (czyli czymś, co niekoniecznie pokazuje się światu), mógłby wpaść na taki pomysł? W rozgrywkach gdzie trudno znaleźć dwa kluby, których awans nie obniżyłby wartości ekstraklasy, miałoby być takich potencjalnych kandydatów aż sześciu?! A gdzie niby stoją ich nowoczesne stadiony? Gdzie księgowi pławiący się w solidnych podstawach finansowych? I wreszcie gdzie- nie licząc kilku rozsianych po całej tabeli rodzynków – piłkarze, których naprawdę chcielibyśmy oglądać w wyższej lidze?

Wszystko na kilometr pachnie przysługą dla tych, którzy mają wielkie ambicje, ale małe możliwości ich spełnienia na obecnej wąskiej ścieżce awansu sportowego. A to oznacza, że jest tak śmiesznie, że aż strasznie.

Jeden z moich przyjaciół tuż przed rozpoczęciem igrzysk w Pjongczangu stwierdził, że polskich medali się nie spodziewa, zamierza natomiast kolekcjonować tłumaczenia naszych olimpijczyków po kolejnych klęskach i rozczarowaniach. Jak się okazuje trafił w dziesiątkę, bo wypowiedzi niedoszłych czempionów są znacznie efektowniejsze od ich występów. Co więcej, kronika złotych myśli Biało-Czerwonych rośnie z dnia na dzień, w przeciwieństwie do dorobku chociażby tylko punktowego.

Biathlonowe nogi z betonu, zbyt szybkie narty alpejczyka, złośliwe jury skoczków – gdyby nie ta kumulacja zdarzeń bylibyśmy potęgą. A gdyby saneczkarz ubierając w poniedziałek płaszcz nie zgubił maski – co uświadomił sobie w momencie, gdy zapalono mu zielone światło w lodowej rynnie – poświęcilibyśmy mu dziś wszystkie czołówki.

Kibice pewnie szczęśliwi nie są, ale za to naszym reprezentantom dopisują humory i nie opuszcza ich nadzieja na lepsze jutro (no, może pojutrze). Jak jeden mąż i jedna niewiasta, powtarzają, że najważniejsze starty dopiero przed nimi, bo w tych, które są już historią, tak naprawdę sukcesu nie należało od nich oczekiwać. Zresztą trzeba pamiętać, że w igrzyskach najważniejszy jest sam udział, a laury to sprawa wtórna. Zwłaszcza, że jest ich niewiele, a rywali – jak na złość – tłumy.

Na pocieszenie pozostaje świadomość, która przez wiele lat towarzyszyła kibicom piłkarskiej reprezentacji: że Polska i tak zawsze będzie mistrzem Polski.

Olimpiada to według dawnych encyklopedii czas pomiędzy igrzyskami. Teraz pojęcia te w powszechnej świadomości, a także w wykładni Rady Języka Polskiego, stopiły się w jedno. Trudno się zresztą dziwić, bo równie kanoniczna tradycja pokoju zawieranego na czas sportowych zmagań także rozwiała się w zadymie codzienności. Ba, została w okrutny sposób sponiewierana poprzez zamachy, bojkoty i przestępstwa dopingowe, dokonywane w czasie szlachetnej z założenia rywalizacji herosów.

Polacy jednak nie byliby sobą, gdyby również w tej kategorii nie zdobyli się na – bezkrwawą na szczęście – oryginalność. U podłoża najświeższej intrygi z olimpijskimi kółkami w tle tkwi nadwiślańska brutalna i prostacka polityka. Jej ofiarą padł prezes Orlenu (od razu, uprzedzając hejterów, zaznaczam, że ani mi on brat, ani swat, a benzynę tankuję zazwyczaj na innych stacjach).

Wojciech Jasiński, bo o nim mowa, tuż przed świętami Bożego Narodzenia został, przy dźwiękach kolęd zespołu „Ondraszki” ze Szczyrku i chrzęście łamanych opłatków, powołany na funkcję attaché polskiej reprezentacji w Pjongczangu. Krótko mówiąc, PKOl postawił na totalny koniunkturalizm i dopieścił człowieka, który trzymał w kieszeni klucz do skarbca z kasą, pozwalającą na sportowo-działa-czowskie rozpasanie.

Od tamtego dnia minęły niespełna dwa miesiące. W Pjongczangu znicz – w zależności od tego, kiedy czytacie Państwo te słowa – zapłonie za chwilę albo płonie już, Biało-Czerwoni poznają zakamarki wioski, ich prezesi zaułki koreańskiej mieściny, a tymczasem pozostawione w kraju myszy harcują. I podgryzają fotele. W efekcie niemal w momencie wciągania flagi na maszt, doszło w Orlenie do zmiany szefostwa. Jasińskiego pozbawiono gabinetu, do którego wprowadza się właśnie Daniel Obajtek. W zaistniałej sytuacji attaché z pewnością wszystkie swoje siły i myśli poświęca powierzonej mu misji… W środę w Pjongczangu nikt nie był w stanie odpowiedzieć na pytanie, czy wybity na zawodowy aut attaché w ogóle w Korei się pojawi.

Wygląda na to, że nad funkcją tą ciąży fatum podobne do tego, jakie dopada chorążych. Przed Soczi też przecież nastąpiło potężne zawirowanie – z attachowania zrezygnował Adam Małysz, gdy okazało się, że musiałby wycofać się z udziału w reklamach (nomen omen m.in. Orlenu)…

To jednak niejedyna refleksja, jaka towarzyszy mi w momencie rozpoczęcia igrzysk. Druga dotyczy już sportu, a w zasadzie jego kondycji. Wszystkie emocje w Pjongczangu dopiero przed nami, ale po lekturze wypowiedzi osób, które za nasze zimowe kibicowskie rozrywki odpowiadają, można odnieść wrażenie, że sto procent polskich nadziei związanych jest ze skokami narciarskimi.

Trzymając kciuki za Orłów, spróbujmy wybiec nieco w przyszłość. Nie trzeba być chyba Krzysztofem Jackowskim, by stwierdzić, że spodziewane krążki ze skoczni zostaną wykorzystane propagandowo do zasłonięcia pustych rąk kombinatorów norweskich, alpejczyków i biegaczy, a prezes Apoloniusz Tajner wypnie pierś do orderów. Tymczasem zawiadywana przez niego instytucja nie jest Polskim Związkiem Skoków Narciarskich i odpowiada nie tylko za szaleństwa pod Malinką i Wielką Krokwią, ale i za infrastrukturalną – w kontekście profesjonalnych przygotowań sportowców – pustynię biegowo- zjazdową. A przecież o zmianę tego stanu rzeczy apelowała już Justyna Kowalczyk i to w najlepszych latach swojej kariery, gdy udowadniała, że raz na sto lat wielki talent może się urodzić nawet na kamieniu, ale regułą w takim otoczeniu są i będą klęski.

W tym nieco nostalgicznym nastroju życzę Państwu, by jednak okazało się, że zimowa Polska nie tylko skokami stoi, zwłaszcza że ich kibicow-ska otoczka – o czym miał odwagę powiedzieć Piotr Marusarz w wywiadzie dla Artura Gaca z Interii – nie przypomina tej telewizyjnej, bo z bliska ma dźwięk trąbki i zapach przetrawionego alkoholu.