Jeden z moich przyjaciół tuż przed rozpoczęciem igrzysk w Pjongczangu stwierdził, że polskich medali się nie spodziewa, zamierza natomiast kolekcjonować tłumaczenia naszych olimpijczyków po kolejnych klęskach i rozczarowaniach. Jak się okazuje trafił w dziesiątkę, bo wypowiedzi niedoszłych czempionów są znacznie efektowniejsze od ich występów. Co więcej, kronika złotych myśli Biało-Czerwonych rośnie z dnia na dzień, w przeciwieństwie do dorobku chociażby tylko punktowego.

Biathlonowe nogi z betonu, zbyt szybkie narty alpejczyka, złośliwe jury skoczków – gdyby nie ta kumulacja zdarzeń bylibyśmy potęgą. A gdyby saneczkarz ubierając w poniedziałek płaszcz nie zgubił maski – co uświadomił sobie w momencie, gdy zapalono mu zielone światło w lodowej rynnie – poświęcilibyśmy mu dziś wszystkie czołówki.

Kibice pewnie szczęśliwi nie są, ale za to naszym reprezentantom dopisują humory i nie opuszcza ich nadzieja na lepsze jutro (no, może pojutrze). Jak jeden mąż i jedna niewiasta, powtarzają, że najważniejsze starty dopiero przed nimi, bo w tych, które są już historią, tak naprawdę sukcesu nie należało od nich oczekiwać. Zresztą trzeba pamiętać, że w igrzyskach najważniejszy jest sam udział, a laury to sprawa wtórna. Zwłaszcza, że jest ich niewiele, a rywali – jak na złość – tłumy.

Na pocieszenie pozostaje świadomość, która przez wiele lat towarzyszyła kibicom piłkarskiej reprezentacji: że Polska i tak zawsze będzie mistrzem Polski.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*