Słuchajcie, po co ci nasi zimowi olimpijczycy w ogóle pakują się w sport, skoro wciąż narzekają, że w kraju nie ma warunków treningowych i muszą spędzać 300 dni w roku na obczyźnie? No i potem twierdzą, że w takiej sytuacji lokaty niemieszczące się nawet w depeszach agencyjnych trzeba traktować jako sukces…

Ta kwestia, postawiona w całkiem miłych okolicznościach przyrody, to znaczy z mrozem i zimnem na zewnątrz, za to kominkiem wewnątrz, wzbudziła znienacka ożywioną dyskusję. Traf chciał, że na jej podkładzie migotał obraz z Pjongczangu z głosem komentatora, wyraźnie podnieconego wyczynem kombinatora norweskiego (chociaż rodem z Polski) finiszującego na miejscu dwudziestym którymś. A przecież trzeba mieć jeszcze świadomość, że na igrzyskach – z racji wielu ograniczeń, także czystki dopingowej – startuje znacznie mniej zawodników niż w Pucharze Świata, więc pozycje na końcu olimpijskiej stawki oznaczają, że Biało-Czerwoni de facto grają w innej lidze niż większość globu.

Ostatecznie udało nam się dojść do – modne teraz słowo – consensusu. Uznaliśmy mianowicie, że sam wybór takiej, a nie innej drogi życiowej to jedno (stypendia, podróże, wyżywienie, medale mistrzostw Polski to w końcu nie w kij dmuchał, zwłaszcza gdy jest się pięknym, młodym i singlem/singielką), ale wysyłanie takich pasjonatów na igrzyska to jednak już coś całkiem innego. Zwłaszcza jeśli przyjmiemy do wiadomości, że pomimo romantycznej legendy, impreza ta przesiąknięta jest do cna profesjonalizmem. A na takim tle widać jeszcze wyraźniej, że większość ekipy z dużego i dumnego kraju w środku Europy stanowi, niestety, grupę amatorskich hobbystów.

Wracając do meritum. Czy Polska naprawdę musi wysyłać na igrzyska kilkudziesięciu sportowców niemających żadnych szans na sukces? I wraz z nimi prezesów związków, którzy na czas imprezy wstydliwie znikają sprzed kamer, by po powrocie do kraju bić coczteroletnią pianę o planowanym stworzeniu infrastruktury i zmianach systemu szkolenia, z czego nikt nigdy ich nie rozlicza?

Aby wstać z kolan, trzeba stawiać takie właśnie najważniejsze i proste pytania. I kolejne – dlaczego przed igrzyskami PKOl (swoją drogą sens istnienia tej instytucji to temat na osobny felieton) zamiast snuć wizję cudów, nie zaprezentuje publicznie realnego planu minimum dla każdego z olimpijczyków? I dlaczego Ministerstwo Sportu nie przedstawia dokładnego raportu z kosztów przygotowań kadrowiczów? Tak, aby wykazać czarno na białym, ile kosztowało nas wysłanie do Azji saneczkarza, który zapomniał maski (dobrze, że sanki zabrał) albo biathlonistów przyzwyczajonych do schodzenia z trasy po zdublowaniu przez konkurentów.

Oczywiście – powie ktoś, że wszyscy wyjeżdżający wypełnili określone wcześniej minima. No cóż… Po pierwsze, sprawa nie jest taka oczywista, bo na przykład w zarządzanym przez Apoloniusza Tajnera związku narciarskim nie bardzo wiadomo co – poza obawą przed potencjalnymi przegranymi procesami – zadecydowało o tym, że do Azji wysłano dwóch siebie wartych alpejczyków. A po drugie, może określenie minima traktowane jest zbyt dosłownie i normy należy jednak wyśrubować do poziomu gwarantującego uniknięcie zarzutu o organizowanie turystyczno-towarzyskich olimpijskich wycieczek?

Czas na pobudkę i zastąpienie fantazji racjonalnością. Spójrzmy na przykład na Norwegów. Ole Einar Bjoerndalen, prawdziwa legenda Norwegii, igrzysk i światowego sportu w ogóle, ogląda Pjongczang w telewizji. Nie znalazł się w reprezentacji i nie odbyła się ogólnonarodowa debata, że to niesprawiedliwe, bo mu się taki wyjazd po prostu należy za zasługi. Uznano, że zasady są jasne i klarowne: nie spełnił wymogów, nie rokował już szans na sukces, nie poleciał. Koniec i kropka. Ba, nikt nawet nie wpadł na to, by na pocieszenie zrobić go na przykład jakimś attaché lub dyrektorem sportowym…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*