Miesięczne archiwum: Marzec 2018

To niewątpliwie medialny fenomen. Mecze Lotto Ekstraklasy w zdecydowanej większości przypadków stoją na poziomie co najwyżej przeciętnym, a bywa że wręcz kabaretowym. Pomimo tej powszechnej świadomości, na rynku telewizyjnym są towarem gorącym. I wszystko wskazuje na to, że staną się linią frontu pomiędzy największymi władcami plazmowych ekranów.

Termin przetargu na lata 2019-2023 zostanie ogłoszony prawdopodobnie w lipcu, ale konkurenci już weszli w bloki startowe. Na razie skupiają się na strojeniu groźnych min i deprymowaniu rywali, jednak już wkrótce będą musieli schować się w szatni, by przeliczyć banknoty w portfelach i przeanalizować, ile z nich warto wydać na to, by pokazać nie tylko mecze Górnik Zabrze – Legia Warszawa, ale także cały serial z cyklu Sandecja Nowy Sącz – Termalica Nieciecza (oczywiście za kilkanaście miesięcy te nieprzypadkowo wybrane nazwy mogą zastąpić ich ówczesne synonimy).

I właśnie w tych analizach jest pies pogrzebany, bo wycena w gruncie rzeczy oparta jest tylko na spekulacjach. Wyniki oglądalności rozgrywek nie powalają. W ubiegłym roku średnia widzów w Canal+ wyniosła niespełna 103 tysiące, a niemal powszechnie dostępnego Eurosportu 1 minimalnie ponad 155 tysięcy. Biorąc pod uwagę fakt, że za każdy z sezonów stacje wyłożyły ok. 145 milionów złotych, przelicznik nie wygląda oszałamiająco. Rodzi się jednak pytanie o rzeczywisty potencjał – Canal+ jest zakodowany, Eurosport pokazywał mecze dalekiego wyboru, w kiepskich porach, zwłaszcza w poniedziałkowe późne popołudnia, natomiast TVP, która w minionym sezonie tradycyjnie transmitowała najciekawszy mecz 37. kolejki, na starciu Legia – Lechia przyciągnęła aż 1,14 mln osób. Prawda leży zapewne gdzieś pośrodku, a taka stawka, mnożąc przez liczbę spotkań, oznacza już kąsek nie do pogardzenia.

Czy jednak realne jest osiągnięcie pułapu 250 milionów złotych za sezon? Wywindowaniu wyniku sprzyja koniunktura. Nie na piłkę jako taką, a wynikająca z medialnych puzzli, które dynamicznie zmieniły konfigurację. Dla NC+ po serii klęsk, w wyniku których stacja straciła ze swojego tortu sporo wisienek, utrata Ekstraklasy byłaby równoznaczna ze sportowym unicestwieniem. Polsat jest w ofensywie, a dorzucenie polskiej ligi do Champions League mocno złagodziłoby kaca po odjeździe reprezentacji. Eleven z pieniędzmi specjalnie się nie liczy, ale posiadając wachlarz naprawdę atrakcyjnych rozgrywek europejskich, może spokojnie szacować koszty i ryzyko związane z pokazaniem zmagań znad Wisły. Oliwy do ognia dolewa jednak TVP, po raz pierwszy w historii realnie zainteresowana zwycięstwem w przetargu, choćby po to, by dać rozrywkę i poczucie radości kibicowskiej części elektoratu partii rządzącej. Do tego wszystkiego można dodać zapytania o oferty ze strony mniej lub bardziej tajemniczych podmiotów, być może liczących na wypracowanie zysku ze sprzedaży sublicencji, i powstanie krajobraz wyraźnie sprzyjający wydaniu całkiem pokaźnej kwoty. Co nie czyniłoby z nas przecież Zielonej Wyspy, bo telewizyjne rozpasanie panuje na całym Starym Kontynencie i poprzez wypychanie zdrowego rozsądku na rzecz szaleństwa psuje i piłkę, i piłkarzy. W Polsce przebicie sufitu długo nam jeszcze zapewne nie zagrozi, ale i tak już warto przede wszystkim przemodelować system podziału milionów, tak, by dowartościowywać najlepszych kosztem najsłabszych i nie przejmować się wreszcie rzekomym łamaniem sprawiedliwości.

Ile więc naprawdę warte jest pokazywanie polskiej ligi? Takiej refleksji mogą się Państwo poddać przy wielkanocnych stołach, zawsze to wszak zdrowsze od rodzinnych debat politycznych… A więc Wesołych Świąt, zabawnego prima aprilisu i ciepłego, mokrego dyngusa!

Przed tygodniem w tym samym miejscu pisałem o podróży w czasie polskiego sportu. Życie jak to życie – lubi dopisywać do takich historii kolejne rozdziały. Tak właśnie stało się przy okazji meczu Polska – Korea Południowa na Stadionie Śląskim: w najbliższy wtorek w Katowicach i w Chorzowie przeniesiemy się do lat 60. Wszystko za sprawą odrodzenia gigantycznego stadionu, przy którym wciąż nie uwzględniono infrastruktury spełniającej współczesne realia.

Mowa przede wszystkim o podziemnych (lub chociażby naziemnych, jednak biorąc pod uwagę otoczenie obiektu to opcja mniej praktyczna) parkingach. Za to niedopatrzenie zapłacą teraz wszyscy mieszkańcy centrum aglomeracji, w dodatku zafundowano im to za ich własne pieniądze, których przez lata wydano na inwestycję tyle, że powinno wystarczyć nawet na metro Katowice – Chorzów ze stacją pod Stadionem. Ten grzech zaniedbania zamienił się zresztą w pasztet już podczas uroczystego otwarcia nowego Śląskiego. Ci, którzy byli, widzieli to na własne oczy, reszta zapewne na zdjęciach. Kierowcy w desperacji poszukujący kawałka wolnego trawnika w Parku Śląskim ominęli chyba jedynie ZOO, i to pewnie tylko dlatego, że świerklaniecka brama pozostała zamknięta. Rozjeżdżona zieleń, spacerowicze przeciskający się między stojącymi na alejkach pojazdami, biegacze i rowerzyści wdychający spaliny oraz wszechogarniający chaos stały się tłem wydarzenia, które miało być początkiem nowej wspaniałej historii.

Teraz – jak wynika z lektury tekstu mojej redakcyjnej koleżanki Justyny Przybytek, a który możecie znaleźć w zasobach DZ, wpisując w wyszukiwarce „Stadion Śląski, utrudnienia w ruchu”) – będzie lepiej, bo cały problem przerzucono do… centrum Katowic. Z ulgą odetchną więc osoby korzystające z uroków Parku i mieszkańcy Tysiąclecia, za to krew zaleje wszystkich wyjeżdżających z Katowic w kierunku Bytomia, a także samych kibiców, którzy swoje samochody będą musieli zostawić dziewięć (ulica Murckowska) lub siedem (parking Strefy Kultury) kilometrów od Stadionu i przemieścić się do celu – często razem z dziećmi – środkami komunikacji publicznej. Taką samą trasę trzeba też będzie oczywiście pokonać również po meczu, który zakończy się około godziny 23. Taka nocna turystyka zapewne przypadnie do gustu zwłaszcza kibicom z innych regionów kraju. A to ich opinie, pozbawione romantyzmu, jakim na Śląsku otoczony jest Kocioł Czarownic, będą najbardziej miarodajne dla oceny całego przedsięwzięcia.

W tej kunsztownej operacji dorównującej rozmachem lądowaniu w Normandii kluczową rolę ma do odegrania tabor KZK GOP. Na prośbę marszałka musi rzucić na front wszystkie dostępne pojazdy, ryzykując, że to one zakorkują centrum miasta. A spróbujcie do tego wyobrazić sobie drobną stłuczkę w tunelu – wtedy na Rondzie wrażenie przeniesienia w czasie będzie już niemal doskonałe, no może tylko modele samochodów będą się różniły od tych na zdjęciach Zygmunta Wieczorka czy Władysława Morawskiego.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że innego rozwiązania – ze względu na wspomniane na wstępie zaniechanie projektantów – nie ma. I zapewne długo nie będzie. Ba, te, które są podobno brane pod uwagę, na przykład parkingi na krańcach Parku od strony Siemianowic, oznaczają dodatkową komplikację. Jak niby zorganizować stamtąd transport do Stadionu? Przez Park? No chyba, że marszałek zatrudni tysiące rikszarzy, co zapewne stanowiłoby znakomity chwyt marketin-gowo-medialny i rozsławiło Śląski na całym świecie.

Wtorkowy mecz z Koreą oznaczać ma prawdziwy powrót Stadionu na piłkarską mapę. Na razie wygląda na to, że będzie to mapa drogowa obejmująca całkiem spory kawałek województwa…

GKS nie zgadza się na rozgrywanie meczu z Ruchem Chorzów w Wielki Piątek – ogłosił wszem i wobec klub z Tychów. Można podejrzewać że za tym stanowiskiem stoi przede wszystkim trener Ryszard Tarasiewicz, który nie raz już protestował przeciwko wychodzeniu na boisko w tym właśnie dniu, zwłaszcza, gdy przyjeżdżał z Miedzią do Katowic.

Sytuacja z pewnością jest delikatna, bo w dzisiejszych czasach wyjątkowo łatwo można podpaść pod paragraf znieważenia uczuć religijnych (absurdalny z natury i obowiązujący bodajże tylko w siedmiu krajach w Europie, za to powszechny w państwach muzułmańskich – przyp. autora). Tym niemniej jednak tak stanowcze postawienie sprawy na ostrzu noża, jak ma to miejsce w przypadku Tychów, musi budzić poważne wątpliwości. Bo – wszelkie ewentualne skojarzenia są przypadkowe – piłkarz jest od grania, natomiast od ustalania terminarza ktoś zupełnie inny. Na szczęście zresztą, bo pamiętając słynną wypowiedź Michała Kucharczyka, w innym przypadku spotkania rozgrywane byłyby sporadycznie, najczęściej w środku tygodnia i to niezbyt późno, by zawodnikom nie torpedować barwnych wieczornych planów.

Warto też pamiętać, że Wielki Piątek nie jest dniem ustawowo wolnym od pracy i swoje obowiązki będą wykonywać wtedy nie tylko piłkarze. W dodatku w ich przypadku bonusem takiego rozwiązania jest komfort spędzenia z rodziną dni świątecznych, a przecież ekstraklasowi koledzy po fachu będą kopać piłkę i w sobotę, i w poniedziałek, czyli dni również uznawane w teologii katolickiej za Wielkie.

Może więc GKS, zamiast iść na czołowe zderzenie, powinien po prostu kompromisowo wystąpić o to rozegranie meczu w piątek jak najwcześniej, tak, aby trener Tarasiewicz zdążył na wieczorną procesję?

Kamil Stoch został samodzielnym liderem zestawienia skoczków pod względem liczby punktów zdobytych po 30. urodzinach. Magdalena Gwizdoń zapisała się w historii biathlonu jako najstarsza zawodniczka, która zmieściła się w trzydziestce zawodów Pucharu Świata. 42-letni Adrian Parzyszek strzela gole dla Naprzodu Janów w hokejowej ekstraklasie. O rok młodszy Tomasz Adamek szykuje się do wyjścia na ring w Częstochowie. Emerytowane gwiazdy i gwiazdki stoją w kolejkach, by dać sobie po twarzy w klatkach MMA. Wygląda na to, że polski sport przeżywa drugą młodość…

Ta jednak, jak wszyscy wiedzą, bywa głupia. I nie inaczej jest w tym przypadku. Bo oprócz nazwisk sportowców, które dają nam wrażenie podróży w czasie, koło zatacza też atmosfera towarzysząca ich występom. W tym przypadku o nostalgicznej zadumie nie ma jednak mowy, na ulice wracają bowiem klimaty z lat 90., czyli złotej ery polskiego kibolstwa. Obrazki ze śląskich derbów w Gliwicach wszyscy znają już pewnie na pamięć, ale to jedynie ilustracja w coraz grubszej kronice, w której wpisów przybywa z zatrważającą szybkością. Od drobnych począwszy – jak chociażby rozbicie, a właściwie wykopanie pleksi na meczu hokejowym w Katowicach, po zapisy naprawdę dramatyczne, jak te z drugoligowego spotkania koszykarskiego w Sosnowcu, gdzie zamaskowani bandyci wpadli między rodziny z dziećmi.

Informacje o gęstniejącej atmosferze dostajemy na bieżąco. Wśród nich są także zaskakujące. Tak było chociażby po wspomnianych nieszczęsnych śląskich derbach, gdy kibice z centralnych sektorów podkreślali, że przemoc rodzi się nie na miejscach ultrasów, a wśród osób z pozoru statecznych. – Wobec nas, wiekowo zaawansowanych i dalekich od szowinizmu, ze strony gliwickich rówieśników padały otwarte groźby. Siedzieliśmy obok siebie, a dzieliło nas wszystko. To chyba było nawet bardziej wstrząsające niż to, co się działo na murawie – opowiadali mi kilka godzin po bulwersujących wydarzeniach kibice z Zabrza.
Ta historia stanowiła zresztą świetne uzupełnienie tego, co zobaczyłem, a właściwie usłyszałem w punkcie odbioru akredytacji, gdzie wysłannik jednej z kibicowskich stron nie przejmował się brakiem swojego nazwiska na liście, oświadczając wszem i wobec, że „szef ochrony jest moim kolegą, jakoś sobie z wejściem poradzę”. Czy były to tylko właściwe młodzieży puste przechwałki, czy też kolejny objaw gangreny toczącej ligowy futbol? O to trzeba pewnie zapytać tegoż szefa, o ile oczywiście nadal pełni swoją rolę po kompromitacji, jaką były wówczas działania jego formacji.

Diabeł, jak to ma w zwyczaju, rodzi się w takich drobiazgach. We flagach, których znaczenie rozpoznają nieliczni, a wtajemniczeni przymykają oczy. Na murach, jak w Krakowie, gdzie olbrzymie graffitti poświęcone wojnie szalikowców widzieli wszyscy, poza działaczami klubu leżącego za ozdobioną nim ścianą. W transparentach kwalifikujących się do kategorii karalnych, a pomijanych milczeniem. I przede wszystkim w poczuciu bezkarności wymieszanej z bezczelnością.

Jeszcze niedawno wydawało się, że jest to problem tylko Europy Wschodniej plus Bałkanów. Teraz ogniska zapalne pojawiły się jednak w miejscach uznawanych za wyleczone, a tam, gdzie tlą się od zawsze, przybrały nowy wymiar. Chociażby w Grecji, gdzie rosyjski szeryf wbiegając z pistoletem na murawę sterroryzował nie tylko sędziego meczu, ale i całe rozgrywki. Niewykluczone więc, że to co najgorsze dopiero przed nami i lata 90. staną się współczesnością. To już ostatni dzwonek by inicjatywę w tej wojnie przejęło państwo i przestało udawać, że białe jest czarne, a czarne jest białe, bo nie ma już wątpliwości, że dominującym kolorem staje się brunatny.

Media społecznościowe nie mają litości, za to mają nieprzebrane archiwa, w których nic nie ginie. I stanowią świetną pożywkę dla wszelakich interpretacji, także tych spiskowych. Nic więc dziwnego, że skandaliczna decyzja Komisji Ligi, która na jednym ogniu, pardon, posiedzeniu, zgrillowała dwa śląskie kluby, stała się odpowiednikiem benzyny wlanej do ogniska. A przy okazji wybuchu ujawniły się sprawy ze wszechmiar interesujące. Na przykład wpisy przewodniczącego KL, Zbigniewa Mrowca, który w czasie pamiętnej kartkowej kompromitacji Legii z Celtikiem domagał się od UEFA, by wygrał futbol. Albo biogram jego zastępcy Roberta Błaszczaka, będącego na co dzień członkiem Rady Nadzorczej koszykarskiej… Legii. Czy w tej sytuacji można się dziwić opiniom, że panowie komisarze strzelili Górnikowi gola, a nawet trzy, właśnie w imieniu klubu z Łazienkowskiej?

Cała ta sprawa faktycznie cuchnie na co najmniej tyle kilometrów, ile dzieli Śląsk od stolicy. W dodatku wszystkie argumenty KL upadały jak domek z kart (znaczonych) niemal z godziny na godzinę. Począwszy od tezy o sprowokowaniu zajść spaleniem flagi – jak się okazało linia czasu wyglądała zgoła odmiennie – po bezlitosne statystyki. Na przykład te dotyczące właśnie zamieniania flag rywali w pochodnie. Od kwietnia 2017 w Ekstraklasie było siedem takich przypadków i żaden nie miał konsekwencji w postaci odbierania punktów. Na myśl przychodzi za to miłosierne potraktowanie Legii po tym, jak jej kibole w meczu na szczycie z Górnikiem dwukrotnie zorganizowali racowiska, które doprowadziły do wielominutowego przerwania spotkania. Nawiasem mówiąc, już na zawsze nierozstrzygniętym dylematem pozostanie kwestia, co stałoby się w przypadku, gdyby któryś z zabrzan okazał się uczulony na toksyczny dym i nie był w stanie kontynuować gry… Ale do rzeczy – zasądzone wtedy 70 tysięcy grzywny, nałożonej na mistrzów Polski, szef Komisji ze śmiertelnie poważną miną odtrąbił jako najsroższą karę w historii tego gremium, ale o walkowerze nawet się nie zająknął.

Analizując wokółderbowe wydarzenia, warto jednak spojrzeć także bliżej niż za „gierkówkę”. Chociażby do samych Gliwic, gdzie zawiedli wszyscy. Począwszy od ochrony przepuszczającej flagę Piasta wnoszoną na sektor gości, przez system identyfikacji kibiców, który nie wychwycił nazwisk osób poszukiwanych przez policję, po ludzi montujących ogrodzenie w taki sposób, że wystarczyło je rozkołysać, by padło jak długie. Co prawda być może dzięki temu nie doszło do większej tragedii, bo fakt ten rzeczywiście zadziwił szturmujących do tego stopnia, że tylko trzech z nich weszło w rolę harcowników, a reszta bandy stanęła niczym wmurowana (czyli zrobiła to, czego nie zrobił płot).

Swoje dwanaście groszy dorzucił też oczywiście Górnik. Pod tym względem Komisja Ligi miała pełne prawo, by ukarać klub zakazem zorganizowanych wyjazdów, bo prowokacja w postaci wywieszonej odwrotnie flagi skradzionej onegdaj z siedziby Piasta nie ulega wątpliwości, aczkolwiek nie kwalifikuje się do odbierania punktów w tabeli. No i Górnik wciąż nie rozwiązał sprawy Grzegorza Kasprzika – z pozoru nie ma to wiele wspólnego z sobotnimi wydarzeniami, ale charakteryzuje fatalną politykę wewnętrzną klubu i budzi domysły w zakresie wpływu środowisk kibicowskich na decyzje zarządu z Roosevelta.

Na koniec tej podróży trzeba się przenieść w kierunku placu Sejmu Śląskiego w Katowicach, gdzie urzęduje wojewoda. Czy nikt nie zastanowił się nad tym, dlaczego urzędnik, który z takim zapałem zamykał przed kibicami gości pierwszoligowe stadiony, przespał okazję, by zadziałać prewencyjnie w przypadku, w którym wskaźnik ryzyka rzeczywiście usadowił się głęboko na czerwonym polu? Czy wojewodę aż tak pochłonęła batalia o zastąpienie Wilhelma Szewczyka Marią i Lechem Kaczyńskimi, czy też policji zabrakło papieru na złożenie stosownego wniosku? To już muszą między sobą rozstrzygnąć sami zainteresowani. W każdym razie przez sumę tych wszystkich zaniedbań śląskie kluby dostały słony rachunek, a Śląsk jako taki zebrał wizerunkowy łomot w ogólnopolskich mediach.

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że w globalnym rozrachunku sobotnia hańba stanie się lekcją, z której region wyciągnie wnioski, udowadniając, że stereotypy o tutejszym rozsądku nie są już tylko pustym frazesem.

Globalna wioska staje się globalną wiochą. Piotr Żyła i jego żona nie potrafią ułożyć sobie życia prywatnego bez pośrednictwa mediów społecznościowych, a alpiniści – siedząc w namiotach na wysokości kilku tysięcy metrów – awanturują się przy milionach świadków i zamiast na złość odmrażać sobie uszy, odcinają adwersarzom dostęp do internetu.

Efektem ubocznym tego zgniecenia świata do wielkości ekranu w tablecie czy telefonie okazało się obalanie mitów i zdzieranie masek. Dotychczas łatwiej było kreować i budować własny wizerunek, a później go tylko pielęgnować. Najlepszym tego przykładem jest właśnie wspomniany skoczek z Wisły, zwany przez kibiców „Wewiórem”. Nadworny błazen, którego ortografia – w dużej mierze zgodna z wytycznymi posłanki Pawłowicz – była równie barwna, jak sprzedawane przez niego czapki, a rzucane na poczekaniu bon moty okraszane firmowym „hehe” zaraz po wyartykułowaniu zaczynały żyć własnym życiem, okazał się zwykłym śmiertelnikiem. Z problemami małżeńskimi, trudnym charakterem, być może niedojrzałością emocjonalną, o czym świadczyć może właśnie wylewanie wszystkich brudów w przestrzeń publiczną.

Nie on pierwszy, nie ostatni. Szlak w tym błocie wydeptali ci, którzy zdrowego rozsądku powinni mieć teoretycznie więcej niż wariaci niebojący się zjeżdżać w dół skoczni, mimo świadomości, że ten zjazd kończy się przepaścią. Politycy, artyści, dziennikarze, mężowie i żony, dzieci i wnuki – szambo wybijało i wybijać będzie, bo w końcu nieważne, jak się o nas mówi, byle mówiło się w ogóle, prawda?

I tak się to plecie. Denis Urubko, polski bohater niezwykłej misji ratunkowej na Nanga Parbat, po kilkunastu dniach został rosyjskim zdrajcą na K2. Wymiana medialnych ciosów niczego właściwie nie wyjaśnia, skupia się na grze stereotypami i przekonywaniu już przekonanych, ale też nikt żadnego wyjaśnienia nie potrzebuje. Ważne, że znów jesteśmy MY i znów są ONI. Nad-wiślańskie piekiełko zawlekliśmy nawet w Himalaje…

O tym, że ciemny lud wszystko kupi, mówił swego czasu Jacek Kurski, o czym tenże ciemny lud zdążył już zapomnieć. Tyle tylko, że dziś sprzedać też trzeba umieć. Nikt przecież nie uwierzy – mimo olbrzymich starań kilku propagandystów, którym za to płacą – że w Pjongczangu odnieśliśmy sukces na miarę możliwości, a żaden z olimpijczyków wstydu nam nie przyniósł. Tak samo jak nie sposób przyjąć do wiadomości, że rozgrywanie meczów w temperaturze minus czternastu stopni ma jakikolwiek sens, albo że minister sprawiedliwości ledwo wiąże koniec z końcem i odlicza dni od wypłaty do wypłaty. Te i podobne kwestie wymagają jednak odrobiny namysłu i przeprowadzenia logicznych dowodów, w przeciwieństwie do przyobiednich dywagacji, czy Piotr Żyła – którego nigdy nie widziało się na żywo bez kasku i nart – jest dobrym ojcem, i czy właściwie powinniśmy się dziwić, że wymienia towarzyszkę życia na nowszy model. I czy zainspirował go do tego prezes PZN Apoloniusz Tajner, który na podobne posunięcie zdecydował się już kilka lat temu, gdy media szybko znudziły się aferką, bo okazało się, że Wybranka Serca II bynajmniej nie jest egzotyczną Pamelą, jak przedstawiał ją początkowo jeden z brukowców…

No cóż, nie trzeba mieć specjalnie bujnej wyobraźni, by dojść do wniosku, że jeśli yeti istnieje, to siedzi teraz obok polskiego obozu na K2 i podglądając awanturę dotyczącą kwestii, czy zima jeszcze jest, czy już jej nie ma, kręci z niedowierzaniem głową, turlając się jednocześnie ze śmiechu, bo takich cudaków jeszcze nie widział. Na swoje szczęście nie zagląda przecież do internetu…

PS. Dla równowagi trzeba dodać, że równie groteskowa bywa postawa odwrotna. Preferuje ją zarząd Górnika Zabrze, który jako jedyny nie wie, co robił jego czwarty bramkarz na dworcu we Wrocławiu, chociaż także internetowe media opisały sprawę ze szczegółami. I to nawet dokładniej niż niedawne motoryzacyjne przypadki szefa klubu.