Miesięczne archiwum: Kwiecień 2018

Jakoś dziwnie bez echa przechodzi w Polsce największa w dziejach afera biathlonowa. Okazało się otóż, że prezes światowej federacji tej dyscypliny, Anders Besseberg, był w znacznie ciekawszych miejscach i widział znacznie więcej niż polscy kibice według olimpijki Weroniki Nowakowskiej. 72-letni Norweg miał uprawiać własną odmianę biathlonu – biegał po pieniądze i strzelał na luksusowych polowaniach. A ponieważ w przeciwieństwie do wielu swoich rodaków i rodaczek on akurat nie cierpiał na astmę, obie te rzeczy robił ponoć często i systematycznie, dbając też o odnowę biologiczną w fachowych ramionach prostytutek.

Źródło tych wszystkich rozkoszy biło w Rosji. Taki zarzut potwierdził Grigorij Rodczenkow, najsłynniejszy obecnie uciekinier z tego kraju, który do wyjazdu w 2015 roku zarządzał rosyjską agencją antydopingową i był tam uznawany za magika potrafiącego zatuszować każdy przypadek złapania na koksie (zamieniając ten proceder w bardzo zresztą dochodową sztukę). Jak sam twierdzi, uciekł do USA, bo zaczął obawiać się o życie, a w zamian za bezpieczeństwo został najsłynniejszym sportowym świadkiem koronnym. Ujawnił wiele ciemnych spraw, przyznał się do zniszczenia kilku tysięcy pozytywnych próbek rosyjskich gwiazd i zdradził największą z tajemnic – że dopingowy przemysł wspierany był przez państwo, a pojemniki z moczem podczas igrzysk w Soczi otwierali i ponownie napełniali agenci służb bezpieczeństwa.

Po tych rewelacjach na Rosję spadł grad twardych konsekwencji, z wyrzuceniem z igrzysk włącznie. Jak przystało na wyrachowanego gracza, Radczenkow wciąż chowa w rękawie kolejne asy. Jednego właśnie rzucił i zbił nim króla biathlonu, rządzącego tą dyscypliną od 1992 roku. Sednem systemu miały być manipulacje paszportami biologicznymi, które dziwnym trafem na polecenie IBU (federacji zarządzanej przez Norwega) znikały z laboratorium rosyjskich antydopingowiczów.

Besseberg był częstym gościem kolegów z Moskwy i okolic. Uczestniczył tam w łowach na grubego i drobnego zwierza, a potem w rozmowach przy myśliwskich ogniskach, tudzież hotelowych kominkach, gdzie gospodarze zwierzali mu się z problemów, a on starał się im pomóc. Traf chciał, że chodziło głównie o utajnienie wyników badań rosyjskich gwiazd (w sumie podobno o 65 takich przypadków), co pozwalało im nadal startować i święcić triumfy. Wisienką na torcie było przyznanie Tjumeni organizacji mistrzostw świata 2021. Gdy rosyjski przemysł dopingowy ujrzał wreszcie światło dzienne, a na IBU zaczęła naciskać WADA (agencja antydopingowa), Besseberg znalazł się pod ścianą i decyzja została zmieniona. Polowania, wycieczki, luksusowe hotele, panie do towarzystwa i drogie gadżety – Norweg niczego sobie nie żałował i to właśnie zwróciło uwagę reporterów śledczych. Wreszcie więc brudna bomba wybuchła i biathlonowy boss złożył dymisję, nie przyznając się jednak do zarzutów.

Afera, jak to zwykle bywa, ma charakter rozwojowy i niewątpliwie pojawi się w niej więcej szczegółów, ale już widać, że biathlon stanie w jednym rzędzie hańby z lekką atletyką, kolarstwem czy – niedościgłym na razie – podnoszeniem ciężarów. Generalnie sprawa ta stanowi kolejny dowód na patologie, jakimi przesiąknął skomercjalizowany do bólu sport, w którym dopingowa zabawa w policjantów i złodziei trwa bez końca, a każda próbka ma swoją wagę i cenę. Chociażby mieszczącą się w jednym neseserze. Na pewnym nagraniu powiązanym z biathlonową aferą szef misji olimpijskiej w Soczi, Aleksander Krawcow, twierdził bowiem, że do takiej walizeczki zmieściłoby się 400.000 dolarów, a wiceszef IBU, Aleksander Tichonow, kontrował, że co najwyżej 300.000. Być może ten spór rozwiąże sam Besseberg. O ile oczywiście stanie przed sądem i powie prawdę, całą prawdę i tylko prawdę.

Najlepsze, przynajmniej w kontekście miejsc zajmowanych w tabeli, zespoły Lotto Ekstraklasy rozpoczęcie rundy finałowej potraktowały dość frywolnie. Czołowa trójka solidarnie straciła punkty, nabijając kieszenie bukmacherom, bo trudno przypuszczać, by znalazł się w kraju gracz, który obstawiłby taką kombinację rozstrzygnięć. No, chyba, że skreślał typy metodą kojarzoną jednoznacznie ze sponsorem tytularnym ligi, czyli na chybił – trafił…

Moi koledzy po fachu, pisząc o walce o tytuł, po raz kolejny automatycznie sięgają po wytarte już od zbyt częstego używania skojarzenia z wyścigiem ślimaków. Tymczasem te sympatyczne skądinąd stworzenia z ligowcami nie mają nic wspólnego. One akurat podążają, co prawda dość powolnie, ale w określonym kierunku, w przeciwieństwie do klubów Ekstraklasy, które kręcą się w kółko, gubiąc w tym chocholim tańcu pliki banknotów i porywając do korowodu przypadkowych gapiów.

Prym w tej zabawie wiedzie oczywiście – jak na mistrzów ceremonii przystało – Legia. To wprost nie do wiary, ale od ostatniego jej meczu w Lidze Mistrzów minęło raptem szesnaście miesięcy. To wystarczyło, by z mrzonek o wieloletnim panowaniu zbudowanym na gigantycznych wpływach związanych z wejściem do piłkarskiego raju, pozostał dym oraz gromki śmiech grupy cwaniaków, którzy przepompowali sporą część tej rzeki do własnych portfeli wykorzystując naiwność ludzi zarządzających legijnym interesem.

No cóż, nie nasze małpy, nie nasz cyrk, ale w moim przekonaniu to, co się dzieje, będzie miało wpływ na negocjacje dotyczące praw telewizyjnych. Nieoczekiwanie bowiem Ekstraklasa może stać się konkurencją dla emitowanych na żywo programów kabaretowych i wprowadzić tam własny cykl. Na przykład pod tytułem. „Sam jesteś fatalny”.

Najpierw krótki test. Spróbujcie wyobrazić sobie Roberta Lewandowskiego, który siedzi na lotnisku w Bydgoszczy, je makaron z kartonika i od siedmiu godzin czeka na samolot tanich linii lotniczych, by polecieć na czekający go za niespełna 24 godziny mecz eliminacji MŚ.

Albo Adama Nawałkę tuż przed spotkaniem, które może mieć kluczowe znaczenie w walce o udział w mundialu, gdy dowiaduje się, że z kadry wypadło mu sześciu zawodników. Nie z powodu kontuzji, a dlatego, że pracownik PZPN-u zapomniał ich zgłosić.

Takie przypadki miały miejsce naprawdę. Tyle że dotyczyły reprezentacji kobiet i spadły na Biało-Czerwone w ciągu kilkudziesięciu godzin przed meczami z Albanią i Szkocją. Zawiodło wszystko. I ludzie, i maszyny. Zawiodła też komunikacja.

PZPN na ujawnienie – przez wyżej podpisanego – kompromitacji swojego człowieka, najpierw zareagował milczeniem, potem alergicznie, by w końcu po kilku godzinach wydać oświadczenie z przyznaniem się do błędu. Nie tylko mocno spóźnione, ale i jedno z najbardziej niezwykłych w historii, adresowane bowiem tylko do… jednej osoby! Mojej skromnej (jak to mawiają politycy) zresztą.

Nie lepiej było w poniedziałek, gdy kadra czekała na samolot Ryanaira. Zamiast jasnego postawienia sprawy, na Twitterze rozpoczęła się walka związkowych działaczy, z prezesem Zbigniewem Bońkiem na czele, z grupką dziennikarzy. Walka mało merytoryczna, za to do granic brutalna. PZPN faulował ironią, uderzał żenującymi skojarzeniami z nazwiskami polemistów, a nad wszystkim unosił się duch poczucia wyższości, by nie rzec zwykłej bufonady. Dopiero dzień później rzecznik związku przyznał, że w czasie tych starć szukano rozwiązania alternatywnego, z wynajęciem czarteru włącznie. W najważniejszym momencie tej informacji znów jednak zabrakło. Zarządzanie kryzysowe w PZPN-ie okazało się odpowiednikiem działań strażaka-podpalacza.

W całej aferze nie zabrakło też zjawisk dziwnych. Między innymi z mojej branży, bo zastanawiać musiała zmowa milczenia podczas polsatowskiej transmisji z meczu, a także ze strony dziennikarzy obecnych na konferencji prasowej po nim. Nikt nie zauważył kadrowiczek na trybunach ani szczątkowej ławki rezerwowych? Przypadek? Nie sądzę. Raczej test lojalności zaprzeczający temu, czym ta praca być powinna.

Ale przecież milczeli nie tylko dziennikarze. Taką samą pokorną postawę – a to graniczy ze zdradą własnej kadry – przyjął selekcjoner reprezentacji, Miłosz Stępiński. Jak można w takiej sytuacji nie grzmieć?! Podobnie zresztą trener zachował się w czasie bydgoskiego koczowania. Czy prawdą jest, jak sugerował Zbigniew Boniek, że to szkoleniowiec optował za rejsowym przelotem do Szkocji i to zaledwie dzień przed meczem? A może po prostu robi, co mu każą, bo to niejedyne jego zajęcie zlecane przez PZPN? Takich pytań, które wciąż czekają na odpowiedzi, pozostało sporo. Warto jednak przypomnieć, że to nie pierwsze wpadki związane z tą drużyną. W 2011 w meczu z Rosją wystawiono zawodniczkę, która miała pauzować za żółte kartki (wynik 0:2 zweryfikowano jako walkower), a w 2016 było blisko powtórki, gdy selekcjoner Stępiński na swój debiut powołał kadrowiczkę z podobnym nadbagażem…

Przypuszczam, że spora grupa Czytelników potraktuje tę historię w kategoriach folklorystycznych. Warto więc dodać, że po pierwsze, reprezentacja kraju to zawsze reprezentacja; po drugie, w składzie ma kilka sporych gwiazd i gwiazdek z Katarzyną Kiedrzynek, bramkarką PSG i finalistką Ligi Mistrzyń na czele, a po trzecie – kobiece Euro 2017 oglądało w TV 165 milionów osób (finał ostatniego mundialu w USA pobił oglądalnością szósty mecz finału NBA). Potencjał kobiecej kopanej jest więc olbrzymi. I warto zdawać sobie z tego sprawę, zanim powtórzy się pamiętne zdanie Zbigniewa Boń-ka, że podczas rozmów o piłce baby nie są mu potrzebne…

Czy wy jesteście niepoważni? – rzucił Artur Jędrzejczyk do dziennikarzy, którzy próbowali namówić go na krótką rozmowę tuż po zejściu z murawy w Zabrzu. Poważny Pan Piłkarz, Reprezentant Polski i Gracz Warszawskiej Legii wchodził właśnie do szatni, w której powinien znaleźć się dużo wcześniej, i to dyscyplinarnie. Przy faulu taktycznym sędzia Daniel Stefański zamknął jednak oczy, zapewne dlatego (uwaga: ironia), że winowajca miał już żółtą kartkę za wywołanie boiskowej awantury.

Co prawda stołeczni żurnaliści przyjęli później rolę adwokatów diabła, twierdząc, że na piłkarskich salonach (w tłumaczeniu: na Łazienkowskiej) zawodnicy wielkich klubów rozmawiają dopiero po wzięciu prysznica i przebraniu w wyjściowe dresy, zapomnieli jednak o dwóch zastrzeżeniach. Po pierwsze, stacje telewizyjne nie mają problemów z zatrzymaniem piłkarzy tuż za linią boczną, a po drugie – ważna jest nie tylko treść, ale i forma, a ta w wydaniu Jędrzejczyka była kiepska tak w mowie, jak i na murawie. Bo jeśli legionista faktycznie zamierzał najpierw spędzić czas pod natryskiem, by zyskać minuty na zamienienie myśli nieuczesanych w medialne bon moty, wystarczyło o tym grzecznie poinformować… A tak wyszło fatalnie. Zwłaszcza gdy miało się świeżo w pamięci znakomity występ tegoż Jędrzejczyka przed kamerą Canal+ po przegranym spotkaniu z Arką. Pomocnik Legii pokazał wtedy łatwość wyrażania tego, co pomyśli głowa, a co zawarło się w romantycznie rozpaczliwym wyznaniu „Wszyscy jesteśmy wk…”, oczywiście bez kropek.

A propos „wyszło fatalnie”. Niewiele innych słów tak jednoznacznie kojarzy się z Legią. Rozsławił je Michał Kucharczyk, gdy w 2015 roku nie zdzierżył krytyki i odparował reporterowi pamiętną refleksją „fatalny to ty jesteś”. Później jednak piłkarz wyciągnął wnioski i zdaniem klubu poszarżował w drugą stronę, bo rzekomo to właśnie za nadmierną przyjaźń z mediami został przeniesiony do rezerw. Tamten wywiad nie był zresztą jedynym fajerwerkiem „Kuchego”. Zaimponował kibicom również krytyką systemu rozgrywek. – Gramy sześćdziesiąt meczów w sezonie. Składając wszystkie nasze wolne dni w ciągu roku, skleimy może miesiąc. Inni ludzie nie pracują w weekendy, święta… – żalił się legionista po remisie z Tiraspolem.

Kucharczyk z rezerw już wrócił, a my wróćmy do głównego tematu. Nie da się uciec od konkluzji, że Legia do krasomówczych talentów swoich piłkarzy ma wyjątkowe szczęście, znacznie większe niż przy transferach, ze szczególnym uwzględnieniem trenerskich. Wiele osób – zapewne nie tylko pod samym Klimczokiem – pamięta oratorski popis Jakuba Rzeźniczaka, który słabą grę ekipy spod znaku eLki (nie mylić z najdłuższą nizinną kolejką krzesełkową w Europie, która funkcjonuje w Parku Śląskim) tłumaczył… zapachem kiełbasek i widokiem bloków otaczających stary stadion Podbeskidzia.

W Zabrzu na podobne gorące zwierzenia, które z biegiem czasu stają się anegdotami, nie mogliśmy liczyć, bo rozmowy poprysznicowe odbywały się wtedy, gdy większość z nas realizowała już inne służbowe zadania. Za to na pomeczowej konferencji, z udziałem trenera Romeo Jozaka, pytanie na temat medialnej pasywności legionistów zadał Jerzy Góra z Radia Katowice i wprawił Chorwata w nie lada ambaras.

Gwoli dopełnienia obrazu trzeba dodać, że podobnych problemów nie było z piłkarzami Górnika, poza jednym wyjątkiem. Można by nawet rzec, że wyjątkiem tradycyjnym, czyli Rafałem Kurzawą. Piłkarzem niezwykle efektywnym na boisku, za to nieefektownym poza nim. Ba, nawet po meczu z Koreą Południową na Stadionie Śląskim, już jako kadrowicz, odmówił podzielenia się reprezentacyjnymi przemyśleniami. Zabrzanina czekają jednak chyba trudne chwile, bo w klubie widać już wyraźną presję, by zmusić go do mówienia. Wszyscy bowiem zaczynają sobie zdawać sprawę, że mowa nie zawsze jest srebrem, czasem ma wartość wręcz diamentową…

O tym, że na meczu GKS-u Tychy z Ruchem będzie gorąco, wiedzieli wszyscy co najmniej od kilkunastu dni. Jak twierdzi policja, wojewoda śląski otrzymał stosowną informację, z sugestią zamknięcia stadionu przy ulicy Edukacji dla gości z Chorzowa, jednak podpisu nie złożył. Tłumaczono, że zablokowały go obowiązujące przepisy. Tak się bowiem złożyło, że kibole obu zespołów dawno nie zorganizowali w Tychach porządnej awantury. Fakt, że stało się tak głównie dlatego, że oba zespoły nie miały okazji ze sobą zagrać, nie miał nic do rzeczy, podobnie jak wiedza operacyjna policji o scenariuszu wydarzeń z paleniem flag w rolach głównych.

Interpretacja przepisów i efekty działań administracyjnych, które nie miały nawet cienia impetu, z jakim ten sam urzędnik zmienia nazwy ulic, rond i placów, mogli w sobotę ocenić wszyscy. Przykład urzędniczego błędu był tym jaskrawszy, że w Katowicach, gdzie tego samego dnia GKS grał z Zagłębiem Sosnowiec, sektor gości świecił pustkami, bo w tym przypadku wojewoda decyzję wydał.

Tyskie wydarzenia przypominały do złudzenia dramatyczne sceny z derbów ekstraklasowych pomiędzy Piastem a Górnikiem. Niewiele też brakowało, by zakończyły się w podobny sposób, zwłaszcza, że płot odgradzający sektor gości uginał się już pod naporem… jednego harcownika. Do dramatu na szczęście nie doszło, całkiem nieźle spisała się w tym przypadku ochrona, która jednak całkowicie zawiodła przy bramach wejściowych, przeprowadzając nieskuteczne kontrole przez które przeszła i pirotechnika, i flagi należące do rywali, wyraźnie odróżniające się barwami i herbami od macierzystych.

Po ostatnich tygodniach jedynym logicznym rozwiązaniem wydaje się administracyjny zakaz obecności kibiców gości na wszystkich spotkaniach derbowych w kraju.