O tym, że na meczu GKS-u Tychy z Ruchem będzie gorąco, wiedzieli wszyscy co najmniej od kilkunastu dni. Jak twierdzi policja, wojewoda śląski otrzymał stosowną informację, z sugestią zamknięcia stadionu przy ulicy Edukacji dla gości z Chorzowa, jednak podpisu nie złożył. Tłumaczono, że zablokowały go obowiązujące przepisy. Tak się bowiem złożyło, że kibole obu zespołów dawno nie zorganizowali w Tychach porządnej awantury. Fakt, że stało się tak głównie dlatego, że oba zespoły nie miały okazji ze sobą zagrać, nie miał nic do rzeczy, podobnie jak wiedza operacyjna policji o scenariuszu wydarzeń z paleniem flag w rolach głównych.

Interpretacja przepisów i efekty działań administracyjnych, które nie miały nawet cienia impetu, z jakim ten sam urzędnik zmienia nazwy ulic, rond i placów, mogli w sobotę ocenić wszyscy. Przykład urzędniczego błędu był tym jaskrawszy, że w Katowicach, gdzie tego samego dnia GKS grał z Zagłębiem Sosnowiec, sektor gości świecił pustkami, bo w tym przypadku wojewoda decyzję wydał.

Tyskie wydarzenia przypominały do złudzenia dramatyczne sceny z derbów ekstraklasowych pomiędzy Piastem a Górnikiem. Niewiele też brakowało, by zakończyły się w podobny sposób, zwłaszcza, że płot odgradzający sektor gości uginał się już pod naporem… jednego harcownika. Do dramatu na szczęście nie doszło, całkiem nieźle spisała się w tym przypadku ochrona, która jednak całkowicie zawiodła przy bramach wejściowych, przeprowadzając nieskuteczne kontrole przez które przeszła i pirotechnika, i flagi należące do rywali, wyraźnie odróżniające się barwami i herbami od macierzystych.

Po ostatnich tygodniach jedynym logicznym rozwiązaniem wydaje się administracyjny zakaz obecności kibiców gości na wszystkich spotkaniach derbowych w kraju.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*