Miesięczne archiwum: Maj 2018

Z agłębie Sosnowiec do rundy wiosennej startowało z ósmego miejsca z siedmiopunktowym dystansem od lokat premiowanych awansem. W pierwszych czterech meczach 2018 zdobyło siedem punktów, a porażka z GKS-em Katowice powszechnie została uznana właściwie za zakończenie sezonu. Tymczasem ekipa znad Brynicy poszła w ślady Górnika Zabrze i udowodniła, że liczy się tylko i wyłącznie koniec, który wieńczy dzieło. Dziś prezes Marcin Jaroszewski może wyciągać z sejfu premie dla zawodników, podczas gdy jego odpowiednik w Katowicach – jak co roku o tej porze – leczy kaca.

Sosnowiczanie kończą w ten sposób drogę pokutną. Dziesięć lat temu klub został napiętnowany korupcyjnym stygmatem i poleciał z hukiem do II ligi, gdzie spędził siedem chudych lat. Marzenie o Ekstraklasie wciąż jednak się tliło. W I lidze wiara ta została wystawiona na kolejną trudną próbę – dwa trzecie miejsca, najlepsze z najgorszych, hartowały charaktery. Za trzecim razem cud się już ziścił.

Warto jednak przypomnieć, że wydarzenia sprzed dekady nie były pierwszym koszmarem w historii świeżo upieczonego beniaminka Ekstraklasy. 15 lipca 1993 roku zadłużony po uszy klub przestał istnieć – sąd ogłosił jego upadłość i likwidację.Tę właśnie historię powinien dokładnie przeanalizować chorzowski Ruch. Niebiescy, których do przepaści spychały oparte na pożyczkach, kredytach i ekonomicznych sztuczkach wieloletnie rządy Dariusza Smagorowicza, właśnie zbankrutowali sportowo – po raz pierwszy w blisko stuletniej historii spadli na trzeci szczebel rozgrywek.

Ten koniec chorzowskiej legendy też może być początkiem nowej historii, podobnie jak miało to miejsce kiedyś w Sosnowcu. Problemem są jednak długi odziedziczone po wspomnianym właścicielu. Szansę na zrzucenie tego balastu zmarnowano, odrzucając propozycje ogłoszenia upadłości i zmartwychwstania na poziomie piłkarskiego dna, z którego skutecznie odbijało się w polskiej piłce już wiele klubów. Teraz dno znów jest na wyciągnięcie ręki, ale odbicie może być znacznie trudniejsze.

Trzynaście lat temu GKS Katowice zniknął z piłkarskiej mapy ekstraklasy. W niedzielę, bo trudno tu zakładać jakąś sportową katastrofę, klub z Bukowej będzie świętował wielki powrót. Nieco ponad trzy godziny po tym, jak swój przedostatni mecz skreślonego już na straty przez trenera Jacka Paszulewicza sezonu zakończą panowie, zabrzmi ostatni gwizdek sędzi stanowiący kropkę nad i w awansie do elity kobiet.

Sekcja, którą powołano do życia w 2015, pnie się po szczeblach rozgrywek rok po roku. Promocja do Ekstraligi była celem założonym od samego początku i została zrealizowana w najkrótszym możliwym terminie. W tym czasie panowie zaliczyli trzy sezony finalizowane tradycyjnymi wiosennymi rozczarowaniami, przy czym w ostatnich dwóch latach marnowali nawet „piłki meczowe”.

Jest coś bardzo symbolicznego w tym, że pieczęć na awansie (właściwie już przesądzonym, ale okraszonym „gwiazdką” związaną z możliwością odwołania się najgroźniejszych rywalek od decyzji PZPN dotyczącej meczu GKS – Tarnovia) zostanie przyłożona na murawie, po której na co dzień biegają panowie, podczas gdy ich koleżanki korzystają z gościnności stadionu Kolejarza.

Przyszło mi na myśl, że może przy tej okazji warto rozważyć taką zamianę na stałe? W końcu co ekstraklasa, to ekstraklasa, zawsze to wyżej niż pierwsza liga, nieprawdaż? A więc – panie przodem. Dziewczyny na Bukowej, chłopaki na przykład na Rozwoju. Biorąc pod uwagę frekwencję na meczach GieKSy, nie stanowiłoby to aż tak wielkiego wyzwania… Idźmy jednak dalej. To należący do krajowej elity zespół kobiet powinien mieć prawo pierwszeństwa przy korzystaniu z efektownego klubowego autokaru, szatni z wyremontowaną sauną i zapleczem odnowy biologicznej czy zakupie strojów, nie mówiąc już o dostępie do przekazywanej na klub puli miejskich pieniędzy. A tak na marginesie – skoro w budżecie GieKSy były przewidziane środki na sowite premie za awans mężczyzn, może, zgodnie z zasadą sprawiedliwości społecznej, podzielić je między Natalię Nosalik (to kapitan zespołu) i spółkę oraz pracujący z nimi sztab trenerski?

Wszystkie te rozwiązania na pewno przyniosłyby co najmniej dwie szybkie korzyści. GKS trafiłby na czołówki gazet i portali internetowych, miałby też zagwarantowane miejsce w serwisach telewizyjnych najważniejszych stacji, co oznaczałoby olbrzymi skok wartości marki. Natomiast w stosunku do zespołu mężczyzn mielibyśmy do czynienia z bezcennym efektem edukacyjnym. Zmiana miejsca w szeregu – znacznie bardziej wyrazista niż podczas trwającej już na dobre rywalizacji z siatkarzami i hokeistami – wyszłaby im zdecydowanie na dobre. Ba, kto wie, może właśnie wizja powrotu na Bukową mogłaby stanowić największą z dotychczasowych motywacji, by w końcu osiągnąć wyczekiwany sukces? Zaszkodzić nie zaszkodzi, a spróbować warto, w końcu przez minioną dekadę już nie tak szalone pomysły w Katowicach realizowano.

Po porażce z Tychami prezydent Marcin Krupa zapowiedział zasadnicze zmiany w filozofii miasta wobec klubu. Jeśli chciałby skorzystać z opisanego w tym tekście pomysłu, oświadczam, że nie będę oczekiwał za tę koncepcję honorarium. Dziennikarze, wbrew powszechnej opinii, też potrafią działać pro publico bono.

Za to na koniec chciałbym Państwu przytoczyć bardzo świeżą anegdotę z pewnego ważnego spotkania biznesowego w stolicy. Jeden z biznesmenów, pasjonat szachów, a więc dziedziny, w której nowa, nie do końca jeszcze zintegrowana sekcja GKS-u, czyli Wasko Hetman GKS Katowice, święci olbrzymie triumfy, usłyszał dyskusję o wyczynach piłkarzy i całkiem serio stwierdził: – Nie wiedziałem, że Wasko ma jakieś inne sekcje.

Teraz, dzięki sekcji kobiet, może nawet on będzie wiedział, że co GKS, to GKS…

Polską piłką rządzą kibole. Jeśli ktoś miał w tej materii jakiekolwiek wątpliwości w minioną środę z pewnością się ich pozbył. Spółka Ekstraklasa załopotała wtedy białą flagą, a jej szefowie, bladzi ze strachu, schowali do schronów, by tam po kryjomu wręczyć medale najlepszym zespołom w firmowanych przez siebie rozgrywkach. Co więcej, w ramach bezwarunkowej kapitulacji poważnie rozważali złamanie zasad rywalizacji i przeniesienie meczu z Poznania do Warszawy.

Pożytek z kabaretu, który zorganizowany zostanie po niedzielnej ostatniej kolejce, jest niepodważalny. Można bowiem odtrąbić całkowity koniec mirażu, jaki próbowano wywoływać w ostatnich latach. Najpierw prawdziwą wartość ligi obnażały kolejne edycje europejskich pucharów, teraz zdarte z niej zostały ostatnie sreberka, którymi Ekstraklasa SA ozdabiała i ozdabia za pośrednictwem Canal+ swój kiepski produkt. Nikt nie uwierzy już w opowieści, że kibolstwo w polskiej piłce stanowi nic nie znaczący margines. Prawda wygląda inaczej – właśnie to środowisko przejęło de facto już nie tylko rolę zarządzającą w większości klubów, ale i funkcję Rady Nadzorczej całych rozgrywek. Ba, ma przełożenie również na kwestie sportowe. Przecież to właśnie kibole własnoręcznie rozstrzygnęli jak będzie wyglądał układ sił przed ostatnią kolejką zarówno w strefie spadkowej jak i mistrzowskiej, zabierając punkty Piastowi i oddając je Górnikowi.

W skórę ostatniego szeryfa w mieście bezprawia próbuje wejść PZPN. Stanowcze oświadczenie wydane po „ceremonialnych” decyzjach Ekstraklasy było celne. Tyle tylko, że po pierwsze miało znaczenie jedynie ozdobne, a po drugie zabrzmiało fałszywie w kontekście tego, co sam Związek spotkało – nie po raz pierwszy zresztą – przy okazji finału Pucharu Polski. To po nim prezes Zbigniew Boniek (zasiadający również w Ekstraklasie) sam przyznał, że nie ma pomysłu, jak nie dopuścić do sytuacji, w której, to cytat, „dziesięciu debili rozwala cały system”. Prezes PZPN pokonał długą drogę od optowania za legalizacją racowisk do całkowitej utraty zaufania wobec organizatorów tzw. opraw, jednak poczucie bezradności powinno wywoływać nie rezygnację, a mobilizację. Kto jak kto, ale Boniek mechanizmy lobbowania zna wyśmienicie, więc czas, by zaczął naciskać (np. poprzez reglamentowanie biletów na lożę VIP na mecze kadry) na władze państwa. Bez wprowadzenia szybkich regulacji prawnych stanowiących narzędzia do walki z patologią pozostanie ona tylko teoretyczna. Pierwszą koniecznością, wobec cotygodniowej kompromitacji agencji ochroniarskich, jest ponowne wejście na stadiony zawodowych funkcjonariuszy policji zamiast opancerzonych amatorów, przy czym optowałbym za zmianami w prawie pozwalającymi aby jej obecność była opłacana przez organizatorów spotkań, a nie przez ogół podatników. Kolejne punkty programu wszyscy zainteresowani są w stanie dopisać zapewne bez długich dyskusji, kończących się zazwyczaj jedynie biciem piany i mydleniem nią oczu.

Na pocieszenie medalistom sezonu 2017/18 pozostaje fakt, że w kraju nad Wisłą medalowa konspiracja nie jest bynajmniej nowością. Piętnaście lat temu sam byłem świadkiem, jak ówczesny prezes GKS-u Katowice, Piotr Dziurowicz, odbierał brązowe krążki na… dworcu. PZPN nadał je przesyłką konduktorską, chociaż formalnie zostały wywalczone – mniejsza o ujawnione po latach okoliczności – właśnie w Warszawie na Polonii. Także piłkarki Unii Racibórz zapisały się w tych niezwykłych annałach, gdy trofea za mistrzostwo kraju dotarły do siedziby klubu w paczce doręczonej przez listonosza.

A może warto wrócić do tamtych pomysłów i oficjalnie udawać, że nie chodzi w tym wszystkim o strach, ale o… tradycję? Bo przecież w dzisiejszych czasach tak zwany dobry PijaR jest na wagę złota. A medalu już na pewno.

Mark Williams. Tak nazywa się sportowy bohater minionego tygodnia. Jeśli jakimś cudem nie widzieliście jego niesamowitych zagrań w finale mistrzostw świata w snookerze, to pewnie zwróciły waszą uwagę zdjęcia nagiego faceta na konferencji prasowej. To właśnie on. Walijczyk, który w wieku 43 lat znów został najlepszym snookerzystą świata i po triumfie dotrzymał słowa stając przed dziennikarzami w pełnej, hmmm, krasie, a przy okazji martwiąc się co na to powiedzą sponsorzy, których znaczków nie miał za bardzo gdzie umieścić.

W decydującym fascynującym spotkaniu Williams pokonał swojego rówieśnika, również byłego mistrza Johna Higginsa. Stawką były olbrzymie pieniądze, ale także miano czempiona, który na tron wrócił po najdłuższej przerwie w historii. Od kilkunastu dni wynosi ona 15 lat. Po raz ostatni triumfator z Sheffield wygrał taki turniej w 2003 roku, czyli – aby uzmysłowić sobie jak wiele czasu minęło od tamtej chwili – niedługo po tym, jak piłkarska reprezentacja Polska przełamała „klątwę Piechniczka”, wróciła na mundial, a z jej pierwszego po 16 latach startu zapamiętaliśmy wyjącą hymn Edytę Górniak, szczekających na dziennikarzy kadrowiczów i Tomasza Hajtę depczącego Pauletę.

Teraz Williams znów został obrzucony złotym konfetti i paczkami banknotów (tytuł oznaczał wypłatę 425 tysięcy funtów, w przeliczeniu dobrze ponad 2 mln zł), a upływ czasu widać było przede wszystkim – jak to zwykle bywa – po dzieciach. Rodzinne zdjęcie nad zwycięskim dla Walijczyka stołem było zresztą jednym z najsympatyczniejszych momentów w całej historii snookerowych zmagań, zwłaszcza, że oklaskiwała je entuzjastycznie między innymi rodzina Higginsów. Ot, taka kultura daleka od footballu.

W tym samym czasie inny Williams, Frank, zmagał się wraz z córką Claire z poważnym kryzysem. Funkcjonująca pod ich rządami stajnia – swoją drogą co to za sentymentalne określenie w kontekście koni mechanicznych – Formuły 1 coraz wyraźniej traci dystans do własnej legendy, która i tak gaśnie od 1997 roku, czyli od zdobycia ostatniego indywidualnego (Jacques Villeneuve) oraz zespołowego tytułu. Obecny sezon to katastrofa – w czterech wyścigach Williams Martini Racing przywiózł do mety raptem 4 punkty (co daje mu ostatnie miejsce w klasyfikacji konstruktorów) i mnóstwo awarii oraz… krytyki. Najwięcej hejtu spada na głowę Siergieja Sirotkina. Dla polskich kibiców jego kłopoty to miód na serca. Rosjanin jest bowiem odpowiednikiem – przy zachowaniu proporcji wynikających z popularności obu dziedzin – sędziego Howarda Webba, czyli wrogiem publicznym oskarżanym o całą listę grzechów głównych i dwa tomy przewinień pomniejszych.

Na czele czarnego spisu znajduje się oczywiście wsparcie ze strony Władimira Putina i powiązane z tym bonusy finansowe, dzięki którym rosyjski kierowca miał zdobyć fotel w bolidzie na sezon 2018 kosztem Roberta Kubicy. Na nic zdały się oczywiście tłumaczenia szefów teamu, że zadecydowały inny czynniki. Kibice znad Wisły, którzy nigdy nie znaleźli się nawet w pobliżu toru, wiedzieli swoje, a każde testowe okrążenie w wykonaniu krakowianina stanowi dla nich koronny dowód na potwierdzenie swojej tezy, podsycanej przez samego Kubicę porozumiewawczymi uśmieszkami i znaczącym milczeniem. Frank Williams konsekwentnie jednak podkreśla, że los wkrótce się odmieni, a jego inżynierowie już wiedzą, co trzeba usprawnić. I zaczyna w tym przypominać Marka, który na szczyt wrócił po serii porażek i bolesnych rozczarowań. Paradoksalnie ekipie F1 w przełamaniu impasu mogą pomóc właśnie pieniądze Sirotkina, a wtedy to on będzie się uśmiechał ostatni.

Williams i Williams. Dwa światy, dwie pasje. Ale dziś łączy ich jedno – jeden i drugi król jest nagi. Tyle, że pierwszy rozebrał się dobrowolnie, a drugi nowe szaty próbuje dopiero uszyć.

Zarządzanie. Słowo, które na sporych obszarach polskiego sportu istnieje tylko teoretycznie. Być może wynika to z faktu, że w całym kraju jest tylko jeden geniusz znający się na wszystkich dyscyplinach (świeżo zarezerwowany przez siatkówkę, zawsze czującą, jak ustawić żagle), ale pies leży pogrzebany głównie pod brakiem odpowiedzialności. Nieraz już zwracałem uwagę na system wręcz zachęcający do beztroskiej zabawy, zwłaszcza tam, gdzie w grę wchodzą publiczne pieniądze, jednak ostatnie przykłady zdecydowanie stanowią inspirację do ponownego odgrzania tematu.

Spójrzcie chociażby na katastrofę polskiego hokeja na lodzie. Budapesztańskie Waterloo polskiej reprezentacji to efekt nie tylko słabego wyszkolenia zawodników i kiepskiej infrastruktury. Gwóźdź do trumny wbijał przez lata przede wszystkim zarząd PZHL, którego prezes bywał zresztą już wcześniej bohaterem tej rubryki. Teraz, gdy zamiast reprezentacyjnego lodu zostały zgliszcza, głos zabierają kolejni eksperci wskazujący przyczyny klęski. Co ciekawe, nie ma wśród nich byłego szefa związku, który w niesławie odszedł w lutym, gdy pod ścianą postawił go minister sportu, wyciągając pistolet naładowany raportem finansowym na temat nierozliczonych państwowych dotacji. Niezwykle elokwentny w czasie swych rządów nagle zaniemówił (przyznaję, że nie mam pewności, czy w ogóle znalazł się ktoś chętny, by podjąć próbę pociągnięcia go za język) i chociaż powinien siedzieć na ławce kar, relaksuje się w wygodnym fotelu.

Szczerze mówiąc, wcale bym się nie zdziwił, gdyby któregoś dnia wyszło na jaw, że wszyscy nieudacznicy, którzy pozostawiali po sobie spaloną ziemię i tony zaległych faktur, spotykają się kilka razy do roku w jakimś nieformalnym klubie. Po to, by przy szklance wypełnionej nie tylko lodem, oraz z cygarem w drugiej ręce, snuć wspomnienia, rechocząc przy co barwniejszych anegdotach (byłoby to jedno z dwóch takich miejsc. Pierwsze to Rada Nadzorcza Górnika, gdzie z automatu, chociaż bywały wyjątki, trafiali dymisjonowani prezesi, biorący wcześniej udział w zadłużaniu zabrzan i w jego sportowym upadku). We wspomnianym klubie można byłoby spotkać zapewne m.in. człowieka przez wiele lat deklarującego miłość do Ruchu Chorzów, a który po wyjściu z aresztu (gdzie bynajmniej nie trafił w kontekście zarządzania Niebieskimi i wyciągania pieniędzy z kasy miasta), podobnie jak jego hokejowy odpowiednik, nagle zapadł się pod ziemię…

Kandydatów do członkostwa można wymieniać długo. Czy ktoś na przykład wie, gdzie podziali się magicy, którzy własnymi rękami znokautowali boks amatorski? A co słychać u Najważniejszego Kolarza, który zabrał ze sobą słynne hasło „A wy nie pijecie?”. No i gdzie zniknął pewien kołymski drwal (nawiasem mówiąc, dobry znajomy kolegi z Ruchu), który omal nie wyciął do końca historii GKS-u Katowice? Zapewne każdy z Państwa może do tej listy dopisać kolejne postaci.

Na pytanie, dlaczego polski sport na taką skalę zamienia się w bagno, odpowiedź jest prosta i oczywista. Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze i układy. Pozostawienie po sobie ruin nie wiąże się bowiem z żadnymi konsekwencjami. Ba, zgodnie ze słynnym cytatem z Barei, mąż będący z zawodu prezesem, zawsze gdzieś tym prezesem znowu zostanie. Przykład idzie z góry – czy w świecie polityki rozliczanie jest prowadzone rzetelnie? Czy ktoś poniósł konsekwencje za podpisywanie w ostatnim dniu urzędowania nagród, podwyżek i aneksów stanowiących kukułcze jajo dla następcy?

Tytułowe pytanie trzeba więc odczytywać z ironią. Ale można dodać kolejne: „Jak się czujesz człowieku, patrząc dziś w lustro?”. Znając – także z autopsji – tupet bohaterów tego tekstu, obawiam się jednak, że odpowiedź wywołałaby w nas depresję, bo wzywani do tablicy przeglądają się głównie w wyciągach z konta.