Polską piłką rządzą kibole. Jeśli ktoś miał w tej materii jakiekolwiek wątpliwości w minioną środę z pewnością się ich pozbył. Spółka Ekstraklasa załopotała wtedy białą flagą, a jej szefowie, bladzi ze strachu, schowali do schronów, by tam po kryjomu wręczyć medale najlepszym zespołom w firmowanych przez siebie rozgrywkach. Co więcej, w ramach bezwarunkowej kapitulacji poważnie rozważali złamanie zasad rywalizacji i przeniesienie meczu z Poznania do Warszawy.

Pożytek z kabaretu, który zorganizowany zostanie po niedzielnej ostatniej kolejce, jest niepodważalny. Można bowiem odtrąbić całkowity koniec mirażu, jaki próbowano wywoływać w ostatnich latach. Najpierw prawdziwą wartość ligi obnażały kolejne edycje europejskich pucharów, teraz zdarte z niej zostały ostatnie sreberka, którymi Ekstraklasa SA ozdabiała i ozdabia za pośrednictwem Canal+ swój kiepski produkt. Nikt nie uwierzy już w opowieści, że kibolstwo w polskiej piłce stanowi nic nie znaczący margines. Prawda wygląda inaczej – właśnie to środowisko przejęło de facto już nie tylko rolę zarządzającą w większości klubów, ale i funkcję Rady Nadzorczej całych rozgrywek. Ba, ma przełożenie również na kwestie sportowe. Przecież to właśnie kibole własnoręcznie rozstrzygnęli jak będzie wyglądał układ sił przed ostatnią kolejką zarówno w strefie spadkowej jak i mistrzowskiej, zabierając punkty Piastowi i oddając je Górnikowi.

W skórę ostatniego szeryfa w mieście bezprawia próbuje wejść PZPN. Stanowcze oświadczenie wydane po „ceremonialnych” decyzjach Ekstraklasy było celne. Tyle tylko, że po pierwsze miało znaczenie jedynie ozdobne, a po drugie zabrzmiało fałszywie w kontekście tego, co sam Związek spotkało – nie po raz pierwszy zresztą – przy okazji finału Pucharu Polski. To po nim prezes Zbigniew Boniek (zasiadający również w Ekstraklasie) sam przyznał, że nie ma pomysłu, jak nie dopuścić do sytuacji, w której, to cytat, „dziesięciu debili rozwala cały system”. Prezes PZPN pokonał długą drogę od optowania za legalizacją racowisk do całkowitej utraty zaufania wobec organizatorów tzw. opraw, jednak poczucie bezradności powinno wywoływać nie rezygnację, a mobilizację. Kto jak kto, ale Boniek mechanizmy lobbowania zna wyśmienicie, więc czas, by zaczął naciskać (np. poprzez reglamentowanie biletów na lożę VIP na mecze kadry) na władze państwa. Bez wprowadzenia szybkich regulacji prawnych stanowiących narzędzia do walki z patologią pozostanie ona tylko teoretyczna. Pierwszą koniecznością, wobec cotygodniowej kompromitacji agencji ochroniarskich, jest ponowne wejście na stadiony zawodowych funkcjonariuszy policji zamiast opancerzonych amatorów, przy czym optowałbym za zmianami w prawie pozwalającymi aby jej obecność była opłacana przez organizatorów spotkań, a nie przez ogół podatników. Kolejne punkty programu wszyscy zainteresowani są w stanie dopisać zapewne bez długich dyskusji, kończących się zazwyczaj jedynie biciem piany i mydleniem nią oczu.

Na pocieszenie medalistom sezonu 2017/18 pozostaje fakt, że w kraju nad Wisłą medalowa konspiracja nie jest bynajmniej nowością. Piętnaście lat temu sam byłem świadkiem, jak ówczesny prezes GKS-u Katowice, Piotr Dziurowicz, odbierał brązowe krążki na… dworcu. PZPN nadał je przesyłką konduktorską, chociaż formalnie zostały wywalczone – mniejsza o ujawnione po latach okoliczności – właśnie w Warszawie na Polonii. Także piłkarki Unii Racibórz zapisały się w tych niezwykłych annałach, gdy trofea za mistrzostwo kraju dotarły do siedziby klubu w paczce doręczonej przez listonosza.

A może warto wrócić do tamtych pomysłów i oficjalnie udawać, że nie chodzi w tym wszystkim o strach, ale o… tradycję? Bo przecież w dzisiejszych czasach tak zwany dobry PijaR jest na wagę złota. A medalu już na pewno.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*