Miesięczne archiwum: Czerwiec 2018

Ja p… – powiedział Kamil Grosicki w pewnym momencie meczu z Japonią i chociaż nie było tego słychać, to odczyt z ruchu warg pomocnika reprezentacji Polski nie wymagał specjalistycznych umiejętności. Piłkarz Hull City stał się w ten sposób żywym podsumowaniem tego, co Biało-Czerwoni pokazali na mistrzostwach świata.

Prawdziwym symbolem rosyjskiego turnieju w wykonaniu naszej kadry powinien być jednak Rafał Kurzawa. Najlepszy „asystent” Ekstraklasy, który do kraju wróci już jako były zawodnik Górnika Zabrze, dostał swoją szansę dopiero w trzecim meczu grupowym. I stał się dla Adama Nawałki wyrzutem sumienia. Nawet biorąc pod uwagę cały kontekst konfrontacji z Japończykami, pokazał, wraz z Łukaszem Fabiańskim, jak poważne błędy popełnił selekcjoner podejmując decyzje kadrowe przed spotkaniami z Senegalem i Kolumbią.

25-latek z Wieruszowa wszedł w mecz bez kompleksów, rzucił do Roberta Lewandowskiego więcej piłek niż kapitan kadry dostał w poprzednich występach, udowodnił, że rzut rożny też można wykonać precyzyjnie, i bez problemów, chociaż ze stratą dla gry zespołu, dawał się przesuwać z lewej na prawą stronę, by zrobić miejsce Grosickiemu. No i przede wszystkim swój czwarty, a biorąc pod uwagę realny czas gry drugi występ w reprezentacji (w co trudno było uwierzyć patrząc na spokój z jakim wyprowadzał akcje), podkreślił kapitalnym podaniem przy golu Jana Bednarka.

Nawałce najwyraźniej na mundialu zabrakło tak zwanego nosa, a może po prostu odwagi, która wygrała z przywiązaniem do nazwisk. Zespół, a wraz z nim wszyscy kibice, zapłacił za to najwyższą możliwą cenę. Niewykluczone jednak, że najcenniejszą lekcję na przyszłość zafundował nam właśnie piłkarz, którego wykreował w Zabrzu Marcin Brosz. Tyle tylko, że patrząc, jak Nawałka dokonuje kompromitującej zmiany i zastępuje Kurzawę Sławomirem Peszką, trzeba przyjąć do wiadomości, że wnioski z tej lekcji wyciągnie dopiero następca obecnego selekcjonera.

Z drugiej strony może to i dobrze, że Rafał Kurzawa nie wziął udziału w kończącym polski mundial kabarecie. Mógłby przecież nie wytrzymać nerwowo i przerwać żenujący spektakl, by umożliwić wejście na murawę Jakubowi Błaszczykowskiemu. A tego upokarzająca byłego kapitana „elita” obecnej reprezentacji mogłaby mu nie wybaczyć…

Możliwości drużyny wykorzystaliśmy maksymalnie. To zdanie Adama Nawałki wstrząsnęło mną do głębi. Maksymalnie! Czyli nic więcej z tymi piłkarzami nie dało się zrobić. Przecież to najbardziej porażająca diagnoza stanu polskiej piłki, jaka została sformułowana w ostatnich latach przez ludzi z futbolowego mainstreamu.

Zastanówmy się, co deklaracja selekcjonera oznacza w praktyce. Ano ni mniej, ni więcej to, że totalny blamaż nie był wynikiem złych przygotowań, niewłaściwego doboru zawodników, przestrzelenia z taktyką, pomyłki przy wyborze mundia-lowej bazy, zwykłego pecha czy też nadmiernego zaangażowania w eventy pozasportowe, tudzież latania śmigłowcami na zgrupowanie. Nie, prawda jest znacznie prostsza i znacznie boleśniejsza. W opinii Nawałki, nie ma w Polsce lub z polskimi paszportami zawodników, którzy na mistrzostwach świata nie przynieśliby nam wstydu.

Czy taki stan rzeczy naprawdę powinien nas jednak dziwić? W końcu – jak sama nazwa wskazuje – to reprezentacja Polski, czyli zawodnicy, którzy co prawda w większości jedzą teraz (bezglutenowy) chleb z lepszych pieców, ale sięgają korzeniami do rodzimej Ekstraklasy. Tej samej, której przedstawiciele w europejskich pucharach rzadko wychodzą poza przedpokój i w której euforię komentatorów wywołuje każde podanie, jakie dociera do adresata.
W masie krytycznej żalu, frustracji, złości i poczucia wstydu za naszych, zmieszanego z zazdrością wobec innych, trudno znaleźć światełko nadziei. Ale ono jednak zawsze gdzieś się tli. I tym razem też tak jest. Użyłem wcześniej sformułowania „najważniejszy turniej życia”. Tymczasem Robert Lewandowski publicznie stanowczo zaprotestował, jakoby rosyjski turniej miał być dla niego właśnie takim wydarzeniem. A to oznacza, że turniej życia dopiero go czeka. Co prawda metryka kapitana reprezentacji próbuje ten optymizm kontrować, ale nie pozostaje nam nic innego, jak wierzyć, że kapitan kadry wie, co mówi. Być może po prostu cierpliwie czeka, aż w narodowym zespole znajdzie się grupa zdolna spełniać jego oczekiwania. Bo co sądzi o obecnych reprezentantach, powiedział dość wyraźnie, zastrzegając jednak sprytnie, że media i tak każde słowa interpretują po swojemu, a on niekoniecznie taką właśnie interpretację ma na myśli.

Tym bardziej szkoda, że ani Nawałka, ani Lewandowski, nie odważyli się powiedzieć niczego wprost. A tego, który tak zrobił, czyli Macieja Rybusa, mówiącego o tym, że kadra nie wiedziała, co ma grać, uznali za paranoika. Być może zresztą problemem tej grupy ludzi jest właśnie brak umiejętności jasnej komunikacji? Bo jeśli selekcjoner w szatni używa podobnego języka jak w kontaktach z mediami (słynne „zabrakło pozytywnego transferu”, zamiast „nie potrafiliśmy podać piłki do przodu”), zapewne nie tylko Maciej Rybus miewa kłopoty ze zrozumieniem tego, o co właściwie chodzi i jaki jest faktyczny plan na meczową batalię…

W kontekście oczywistego skupienia na wyczynach piłkarzy łatwo można było przeoczyć, że mundial 2018 przegraliśmy jednak nie tyle piłkarsko, co kompleksowo, na wszystkich odcinkach.

Poważną wtopę zaliczył przecież także sędzia Szymon Marciniak. Błąd z meczu Niemców ze Szwedami, wynikający z wiary we własną nieomylność i „uśmiechniętą charyzmę”, w gruncie rzeczy był więcej niż symboliczny. Przecież to właśnie my mieliśmy uczyć świat używania VAR-u, a tymczasem polegliśmy na jego nieużyciu. Być może arbiter z Płocka zdążył się już znudzić zaglądaniem w ekranik podczas meczów ligowych i dlatego unika go w Rosji jak ognia? W każdym razie wyszło słabo, a Szwedzi najchętniej zafundowaliby nam drugi potop.

I tu możemy przejść do kolejnego elementu – jedynymi adwokatami Marciniaka byli komentatorzy i eksperci TVP, czyli trzecie słabe ogniwo w mundialu po polsku. Poziom większości z nich (to określenie z gatunku alibi a la Lewandowski, pozwalające zrzucić wszystkie skojarzenia na karb interpretacji Czytelnika) był i jest adekwatny do poziomu gry Biało-Czerwonych. Zagłuszający, zanudzający, zastatystykujący – sam wymyśliłem to słowo na potrzeby seryjnego odczytywania tysiąca danych, z których nic nie wynika – albo po prostu niemiłosiernie mylący fakty, nazwiska i wydarzenia komentatorzy odbierają widzom dużą część przyjemności z obcowania z największym sportowym wydarzeniem świata.

Oni jednak, w przeciwieństwie do piłkarzy (a może i Marciniaka, który w chwili pisania tego tekstu oczekiwał na decyzję FIFA), wciąż mają szansę na poprawę. Tyle tylko, że przyzwyczajenie jest drugą naturą, o czym wie już całe pokolenie kibiców, wychowane na systemie mecz otwarcia – mecz o wszystko – mecz o honor.
A propos kibiców. Ich właściwie można by uznać za jedynych polskich wygranych mundialu, bo generalnie wstydu nam nie przynieśli. Ale i tu pozostaje w pamięci obrazek sprzątających po sobie fanów Senegalu. Czyli zawsze można lepiej. A już na pewno wtedy, gdy gorzej po prostu się nie da.

Sensacji nie było. Zgodnie z oczekiwaniami – sformułowanymi także dwa tygodnie temu w niniejszej rubryce – podczas mundialu nastąpił wysyp futbolowych ekspertów, ze szczególnym uwzględnieniem polityków. Zwłaszcza tych, którzy na co dzień ze sportem nie kojarzą się w sposób żaden albo nawet jeszcze mniej. W końcu – jak powiedział komentator TVP na widok premiera z rodziną na trybunach podczas jednego z meczów towarzyskich – reprezentacja Polski przyciąga wszystko, co najlepsze, więc nawet ci najgorsi uznali, że wystarczy zawiązać na szyi biało-czerwony szalik, by przeskoczyć do najwyższej kategorii.

To oczywiście zjawisko nienowe. Kibice mają już zresztą wprawę w odróżnianiu tych, którzy na widowni czują się jak ryba w wodzie i wiedzą, na czym polega spalony, od tych, dla których ważne jest tylko zaistnienie na ekranie. Lawiny gwizdów nie są więc wyjątkiem, ale rządzący mogą za to liczyć na publiczną telewizję, która na wszelki wypadek przestała na gorąco wypytywać ich o nazwiska zawodników, co bywało równoznaczne z wrzucaniem na wizerunkową minę.

Bywa jednak czasem i tak, że osoby publiczne, uaktywniając się na odcinku piłki nożnej, wzbudzają całkiem interesującą dyskusję. Nie chodzi mi nawet o Patryka Jakiego, który w swojej nierozpoczętej jeszcze kampanii postawił na Legię, wywołując oburzenie sympatyków Polonii. Bardziej mam na myśli Magdalenę Ogórek. Była prezydencka kandydatka Sojuszu Lewicy Demokratycznej, z którą to formacją bynajmniej się nie utożsamiała, a zdjęcia z Leszkiem Millerem robiono jej podstępnie, gdy akurat przechodził obok, poinformowała otóż na Twitterze, że Niemcy przegrały z Meksykiem z kretesem 0:1. I wywołała polemikę. Bo czy można z kretesem przegrać 0:1? Ogórek podpierała się definicją słownikową, czyli „całkowicie, bez możliwości odwrotu, doszczętnie”, jej adwersarze kontrowali i zrobiło się naprawdę zabawnie. Zwłaszcza gdy jeden z internautów podsumował dyskusję stwierdzeniem, że „Brazylia właśnie z kretesem zremisowała 1:1 ze Szwajcarią”. Przyznacie, że było to autentycznie śmieszne? A już na pewno śmieszniejsze niż eksperci, którzy nawet nie ukrywają, że nie mają zielonego pojęcia na temat, w którym są przepytywani. I zapewne nie przeszkadza im to w pobieraniu wynikającego z umowy honorarium, łączonego z pakietem socjalnym w postaci hotelowego noclegu i ciepłego posiłku w bufecie.

Traf chciał, że w zalewie banałów pomieszanych z głupotami, jakie można usłyszeć z ważnych ust w stacjach telewizyjnych i radiowych, tylko jedna ofiara została napiętnowana i ukrzyżowana. Okazała się nią Bogu ducha winna prezenterka TVN, która oświadczyła/przeczytała, że dwa z trzech goli Cristiano Ronaldo były hat trickami. Dziewczyna, dla której pojęcia te były zapewne tak samo abstrakcyjne jak dla polskich kibiców touchdowny w amerykańskim futbolu, zapłaciła podobno za błąd zawieszeniem w pracy. Doprawdy, współczując jej, nie sposób uciec od refleksji, jak wspaniały stałby się nasz świat, gdyby takie same konsekwencje dotyczyły polityków…

W najbliższą środę Górnik Zabrze oficjalnie wróci na europejskie boisko. Tego dnia odbędzie się bowiem losowanie pierwszej rundy kwalifikacji Ligi Europy, będącej nagrodą za zajęcie w Lotto Ekstraklasie czwartego miejsca.
Słowo nagroda jest w tym przypadku bardzo adekwatne. Dla zespołu z Roosevelta wejście do pucharowego przedpokoju oznacza gwarantowane 220 tysięcy euro. Każda kolejna runda eliminacyjna to następny plus minus milion złotych. Nic więc dziwnego, że w Zabrzu trzymają kciuki także za to, by Górnik wylosował rywala z jak najniższej półki, a jednocześnie wymagającego jak najkrótszej (najtańszej) podróży. Tak, żeby za każdym razem, po odliczeniu niezbędnych kosztów, w kasie zostawało jak najwięcej gotówki. Zwłaszcza że bez względu na klasę przeciwnika, można się spodziewać, że kibice znów wypełnią trybuny do ostatniego miejsca.

Osiągnięte w niedawno zakończonym sezonie wyniki zespołu Marcina Brosza generalnie dały klubowi całkiem pokaźny dochód. Ekstraklasa przesłała na Roosevelta solidny przelew na 9.721.171 zł i 25 groszy, kolejne pół miliona złotówek zapłaci Legia za powrót Mateusza Wieteski, a co najmniej 900.000 dotrze do Zabrza z FIFA za mundialowe powołanie Rafała Kurzawy. Do pełni szczęścia zabrakło tylko gotówkowego transferu tego zawodnika.W sumie i tak jest jednak całkiem nieźle.

Warto jednak przypomnieć, że awans do Ekstraklasy, powołanie dla Kurzawy i wszystkie inne obecne profity poprzedziły drastyczne akcje ratunkowe prowadzone przez miasto w poprzednich latach. Za 35 mln złotych, pozyskanych z obligacji wyemitowanych w 2015 roku, klub musi spłacić bankowi do 2028 roku w ratach aż 48.315.575 zł (gwarantem jest miasto, będące jednocześnie właścicielem Górnika, więc de facto pieniądze będą pochodziły z budżetu gminy). W 2018 to 4,567 mln zł. Bieżący rok jest za to jeszcze wolny od spłat za gwarantowany przez miasto wykup akcji z 2017 na kwotę 32 mln zł. W tym jednak przypadku spłata – w sumie 46.410.000 – rozpocznie się w 2019 roku i potrwa do 2031.

O tym wszystkim – i o wielu pomniejszych balastach – zdecydowanie należy pamiętać, licząc obecne wpływy czternastokrotnych mistrzów Polski. Do zamiany klubu w normalnie prosperujące przedsiębiorstwo – o czym tak często mówi prezydent Małgorzata Mańka-Szulik – droga jest bowiem wciąż bardzo daleka i dopiero gra w fazie grupowej LE (gwarantowane 2,92 mln euro) plus duży zagraniczny transfer mogłyby ją realnie zacząć skracać.

Przede wszystkim w Zabrzu rzuca się jednak w oczy brak strategicznego sponsora. To właśnie najbardziej zaskakujący element w kontekście olbrzymiego postępu sportowo-wizerunkowego, jaki zrobił w minionych miesiącach Górnik. I przy okazji powstaje zasadnicze pytanie – czy wynika to z prawdziwego kiepskiego potencjału ligowej piłki? A może z posuchy sponsorskiej na Śląsku? Jest też opcja „C” – z nieskuteczności działań osób zarządzających Górnikiem, niepotrafiących „sprzedać” ani sukcesów boiskowych, ani potencjału związanego z tłumami kibiców. Która odpowiedź Waszym zdaniem jest prawdziwa?

Żal mi Kamila Glika. Kto jak kto, ale akurat on nie zasłużył na to, by własnonożnie pozbawić się gry na mistrzostwach świata, podnieść ciśnienie Adamowi Nawałce, wprawić w stany lękowe kolegów z reprezentacji i wyrwać zbiorowy jęk z piersi kibiców.

Wypadek stopera okazał się jednak bezcenny w kontekście medialnym. Nagle na rzece lukru zalewającego cały kraj z Arłamowa, pojawiły się wyraźne fale. Zaczął się absurdalny wyścig na newsy i analizy, a stacje telewizyjne zaczęły ściągać na gwałt ekspertów, aby wyjaśnili ludności, czym jest więzozrost barkowo-obojczykowy, przy czym im więcej pomocy naukowych, ze szkieletami na czele, przytargali do studia, tym oczywiście lepiej. Do zdarcia nośników odtwarzano filmik, na którym Glik obrazowo pokazywał, co i gdzie mu wyskoczyło, przypominano dawne kontuzje, które skończyły się happy endem i rozkładano na czynniki pierwsze tembr głosu selekcjonera ogłaszającego kadrę, doszukując się w nim nut smutku, niepokoju i refleksji na temat przyszłości. Chyba tylko przez przeoczenie zabrakło animowanych scenek z nieszczęsną przewrotką, upadkiem, okrzykiem bólu i finałową podróżą kreskówkowego samolotu do Nicei po barwnym globusie (a przecież do wzięcia był gotowiec z Bielska-Białej z czołówki jednej z serii o „Bolku i Lolku”). W całej tej historii istotne były tymczasem tylko precyzyjne komunikaty sztabu medycznego oraz jedyny prawdziwy news, autorstwa bodaj TVN24, o tym, że profesor Pascal Boileau bynajmniej nie czeka na płycie lotniska we Francji, bo przebywa na urlopie, i polski stoper badania przejdzie nie we wtorek, jak pierwotnie informowano, a dopiero w czwartek. Cała reszta była tylko biciem piany.

I tak się to mieliło i młóciło, zamiast nowości echo grało, a nad wszystkim unosił się duch infantylizmu. Mundiale bowiem, podobnie jak Euro, cyklicznie potwierdzają powszechnie panującą opinię, że na piłce znają się wszyscy, i równie cyklicznie obnażają zakłamanie tego założenia. Na co dzień poważni publicyści i reporterzy, którzy radzą sobie w brudnych politycznych korytarzach, jeden po drugim wykładają się na zielonych boiskach. Bo o harataniu w gałę trzeba mieć jednak jakieś pojęcie nie tylko od święta, by po prostu nie wyjść na głupka. Zwłaszcza poza pasmem telewizji śniadaniowych, bo tam poprzeczka już nawet nie wisi, a leży poniżej poziomu morza i można zapewniać domowe gospodynie i domowych gospodarzy, że wywiad z Robertem Lewandowskim jest jedyną rozmową przed mundialem z tym zawodnikiem. Doprawdy, nie sposób się dziwić Polskiemu Związkowi Piłki Nożnej, że przed rozpoczęciem zgrupowania Biało-Czerwonych oficjalnie poinformował, że zbieranie autografów, robienie selfie i inne czynności zarezerwowane dla kibiców będą karane natychmiastowym odebraniem akredytacji. A i tak jeden delikwent podjął takie próby, za co został faktycznie wyrzucony za bramę. Takie mamy czasy, takich mamy dziennikarzy…

Z tym większymi więc obawami czekam na mundial. I to nie w kontekście tego, jak spisze się polska defensywa bez chłopaka z Jastrzębia, a tego, jak nam to media, zwłaszcza telewizyjne, opowiedzą i przeanalizują. Patrząc na zachłyśnięcie się samym faktem pokazywania mistrzostw i nachalne przypominanie tego faktu przy każdej, nawet najmniej fortunnej okazji, mam przeczucie, że telewizja może nam zafundować spektakl, w którym zapowiadane „4K” zamieni się w tysiące grzmiących „k” w domach kibiców. Bo przecież nie można wykluczyć, że któregoś dnia jednym z gości okaże się na przykład słynny specjalista od siatkarskich kontaktów międzynarodowych, a jednocześnie niedoszły prezes PZPN i PKOl.

No cóż, na taką okoliczność pozostaje tylko życzyć sobie i Państwu sprawnych potencjometrów w odbiornikach…

W sporcie nie ma sentymentów, a nieszczęścia jednych są pożywką dla innych. Nie inaczej rzecz się ma z degradacją Ruchu Chorzów. Porównanie jego piłkarzy do tenisistów przegrywających 0:6, 1:6, 0:6, czy stwierdzenie, że ulubionym środkiem lokomocji kibiców Niebieskich na mecze jest tramwaj numer sześć, należały w niedzielę do najłagodniejszych. Podobnie zresztą jak wywieszony na stadionie świętującego awans Zagłębia Sosnowiec transparent o treści „Ekstraklasa albo śmiech”, parafrazujący słynne hasło GKS-u Katowice .

Kluby znajdujące się na celowniku szyderców nie mają jednak czasu, by doceniać ich subtelności lub oprawy graficzne. Sytuacja jest bowiem podbramkowa, przy czym w przypadku Niebieskich – trzymając się tego porównania – między słupkami nie ma już bramkarza, o czym poinformowała Komisja Licencyjna. Na Cichej trwa więc kolejna odsłona dramatu sportowo-finansowego, podczas gdy na Bukowej coroczny spektakl frustracyjno-ambicjonalny.

Pomimo tych różnic pojawił się jeden wspólny mianownik. W obu przypadkach trenerzy zapowiedzieli głębokie zmiany w szatniach, nie spoglądając przy okazji w lustra. Dariusz Fornalak, firmujący największe porażki w historii klubu, które złożyły się na największą klęskę, nie wygląda na człowieka, który chciałby to wszystko rzucić w diabły, chociaż tak podpowiadałyby przecież i rozum, i serce, a może i honor. Niewykluczone, że to Janusz Paterman dodaje jakiś tajemny specyfik do kawy, bo przecież również sam Krzysztof Warzycha pozwala się przesadzać w klubie z krzesła na krzesło.
Ale i w Katowicach też jest dziwnie. Jacek Paszulewicz mówi, że kontrakty piłkarzy nie chronią przed wyrzuceniem ich z klubu, a ułamek sekundy później podkreśla, że jego umowa taką moc jednak posiada…

Jeśli nic z tego nie rozumiecie, możecie być pewni, że jesteście w większości. Warto więc przypomnieć, że ojciec upadku Ruchu, czyli Dariusz Smagorowicz, powiedział kiedyś, że do piłki nie można przykładać logicznych miar…

Jest w młodopolskim współczesnym języku niezwykle trafne sformułowanie, które brzmi „tego się nie da odzobaczyć”. Oznacza wydarzenie niedające się usunąć z pamięci, głównie dlatego, że jego przebieg był tak absurdalny, że aż nierealny.

Określenie to przyszło mi na myśl podczas Narodowej Gali Boksu, zorganizowanej na Narodowym Stadionie i transmitowanym przez Narodową Telewizję. Tego naprawdę nie dało się odzobaczyć. Edyta Górniak w indiańskim pióropuszu wesoło podskakująca boso na zbryzganym krwią ringu (niestety, nie dano jej zaśpiewać Mazurka Dąbrowskiego), zawodnik idący między liny w masce nurka i z płetwami przewieszonymi na piersiach, naoczni świadkowie tych wydarzeń śpiący na widowni, czemu sprzyjały zgaszone światła maskujące puste sektory, bokser maszerujący przy dźwiękach hymnu Termaliki Nieciecza, pięściarz rezygnujący z walki, bo rozbolała go głowa, odwołanie w ostatniej chwili „gwoździa programu”, osłupiały Michael Buffer w środku tego cyrku, o występie gospodarza imprezy Marcina Najmana już nie wspominając… Generalnie zagęszczenie skeczów znacząco przekroczyło standardy przeciętnego programu kabaretowego. Do pełni szczęścia zabrakło chyba tylko scenicznego finałowego występu tria Marcin Najman – Jacek Kurski – Zenek Martyniuk z wykonaniem pieśni „Boże, coś Polskę…”, której samozwańczy spadkobiercy Żołnierzy Wyklętych wysłuchaliby na kolanach.

Pewnie w tym momencie część z Czytelników skrzywiła się, uważając ten pomysł za obrazoburczy. Pomijając prawo autora do korzystania z wyobraźni, warto religijno-patriotyczne zdegustowanie skontrować prostym pytaniem: – A nie drażniło Was użycie w nazwie tego żałosnego przedsięwzięcia przymiotnika Narodowy? Czy przykrycie nim takiej prywatnej hucpy nie jest dla tegoż Narodu bardziej obraźliwe niż „durny kołtuński kraj”, za który satyryk i felietonista „Angory”, Antoni Szpak, został wezwany przed sąd za znieważenie Polaków? Jestem zdziwiony, że już sam fakt wywyższenia do takiej pozycji imprezy polegającej na okładaniu się po twarzach, nie obudził czujnej gwardii pilnującej wartości i nie skłonił jej do różańcowej blokady wejść na warszawską arenę.

Ponieważ jednak Polak zwykle bywa mądry po szkodzie, a nie przed nią, może jednak warto dmuchnąć na zimne i to dumne Narodowe miano czym prędzej zastrzec prawnie dla wydarzeń i miejsc absolutnie wyjątkowych? Oczywiście rodzi się w tym momencie pytanie, kto miałby kandydatury oceniać i kwalifikować, bo większość wykreowanych przez media etycznych i moralnych autorytetów okazuje się mieć nie tyle ciemną stronę mocy, co gigantyczną Piętę Achillesa (sam nie wiem, dlaczego napisało mi się z dużej litery)… To już jednak problem techniczny i nawet gdyby osób godnych znalezienia się w Wysokiej Komisji było niewiele i w dodatku rozrzuconych na dużej powierzchni kraju, to wierzę, że dla tak zbożnego celu znalazłby się jakiś bezdomny, który zasponsorowałby flotyllę samochodów, by wszyscy dotarli na miejsce narady.

Póki co Najman już zapowiedział, że NGB powinna być imprezą coroczną. Nie można wykluczyć, że – o czym najlepiej wie prezes TVP – ciemny lud (czytaj Naród) rzeczywiście to kupi i jeszcze zapłaci za tę masochistyczną przyjemność i napełnianie cudzych kieszeni własnymi pieniędzmi, w większości jak zwykle nie zdając sobie z tego sprawy. Nie zdziwiłbym się zresztą, gdyby Najman swoim zepsutym barkiem (chodzi o kontuzjowaną podczas występu część ciała, inne skojarzenia są nieuprawnione) wyważył drzwi innym Narodowym przedsięwzięciom, którym senator Anna Maria Anders chętnie popatronuje, przylatując na każde z nich oddzielnie biznesklasą z USA.