Miesięczne archiwum: Lipiec 2018

54 miliony euro. Za taką kwotę sprzedano koszulki Juventusu Turyn z nazwiskiem Cristiano Ronaldo na plecach w pierwszych 24 godzinach po transferze. Najtańsza z nich kosztowała 104 euro, a nabywców znalazło ponad pół miliona trykotów!
Ten nieprawdopodobny wręcz wynik znakomicie ilustruje kierunek, w którym podąża piłka i w dużej mierze tłumaczy sens dokonywania rekordowych transferów. Sukces sportowy nierozerwalnie związany jest z sukcesem ekonomicznym, a – jak mówi kolokwialne powiedzenie – żeby wyjąć, trzeba najpierw włożyć.

Niestety, także ten mechanizm pokazuje siermiężność polskiej futbolowej rzeczywistości, opartej na kreatywnej księgowości i wyciąganiu pieniędzy z kieszeni mieszkańców mających to szczęście (lub nieszczęście, zależnie od punktu widzenia) życia w „miejscowości będącej siedzibą właściwą klubu”. W efekcie, poza małymi wyjątkami, nawet sukcesy nie mają sensownego przełożenia na dochody. Najlepszym przykładem z naszego podwórka był przypadek Piasta Gliwice, który walcząc o mistrzostwo kraju, świecił pustkami na trybunach, a o liczbie sprzedanych koszulek z nazwiskami Jakuba Szmatuły, Martina Nespora, Gerarda Badii czy Bartosza Szeligi nie ma nawet co wspominać, bo zmieściła się w granicach błędu statystycznego.

Kluby generalnie tymi danymi nie dzielą się ze światem zbyt chętnie. Czasami jednak pewne dane zostają upublicznione, a wtedy przepaść wobec rozwiniętej piłkarsko części Europy ukazuje się w pełnej krasie. Na przykład Legia przez cały sezon 2016/17 sprzedała 22.000 koszulek, kolejna w zestawieniu Cracovia 7.714, a cała liga w sumie 59.402…

Wracając jednak do turyńskiego casusu Ronaldo. Mając świeżo w pamięci wspomniane na wstępie statystyki, z tym większym zainteresowaniem przeczytałem na Twitterze zestawienie cen koszulek klubów ekstraklasowych. Lista rozpoczynała się od 240 złotych (Legia), a kończyła na 139 (Miedź i Wisła Płock). Wychodzi więc na to, że gwiazdy z Łazienkowskiej warte są połowy wartości najtańszego Ronaldo. Jasne, że statystycznie wszystko można udowodnić, ale jednak brzmi to, przyznacie, dość zabawnie i pokazuje przeszacowanie wartości krajowych rozgrywek .

Abstrahując już od liczb trzeba przyznać, że kilka z rodzimych trykotów wyróżnia się na plus przynajmniej pod względem estetycznym. Zrozumiałą zazdrość konkurentów wzbudziła na przykład pucharowa premiera czarno-złotych strojów Górnika Zabrze. Jednak już prezentacja ubiorów Zagłębia Sosnowiec rozbudziła przede wszystkim dyskusje. Wszystko za sprawą sylwetki husarza, widniejącej na piersiach zawodników. Element rodem z modnych ostatnio patriotycznych kolekcji na piłkarskiej koszulce wygląda… powiedzmy delikatnie, zadziwiająco. Być może jest jednak w tym wszystkim ukryty sens, w końcu sosnowiczanie w ekstraklasie będą grali na stadionie, którego nowoczesność przypadła na czasy bardzo, bardzo odległe, a w rozpoczynającym się dziś sezonie stanowić będzie odpowiednik stanowiska archeologicznego.

Czasy, gdy letnie tygodnie w mediach uznawane były za sezon ogórkowy, minęły już bezpowrotnie. Rolę potwora z Loch Ness, kosmitów wydeptujących kręgi w zbożu i wieloryba płynącego Wisłą zastąpiły równie nieprawdopodobne, a jednak prawdziwe historie.

Na przykład o tym, jak wiele lat rzucania młotem na dobre zakręciło Anitą Włodarczyk, która niczym dziecko w piaskownicy zabrała swoje zabawki i śmiertelnie obrażona zamknęła się w pokoju. Powodem wewnętrznej i zewnętrznej emigracji lekkoatletki był fakt, że jeden z kolegów (po fachu, a nie dosłownie) zasłonił mistrzynię widniejącą na plakacie. Ta w rewanżu chciała go całkiem wygumować i to w tak zwanym realu, na co organizatorzy imprezy zareagowali wzruszeniem ramion, wprawiając Włodarczyk w niekłamane zdumienie. Nieumywające się jednak do tego, które czuli śledzący ten żałosny spektakl kibice…

Zdziwienie dominuje również w jednym z krakowskich klubów, w Wiśle mianowicie. Otóż jej zarząd zaskoczony został przez władze królewskiego grodu wypowiedzeniem umowy, na mocy której „Biała Gwiazda” korzystała ze stadionu przy ulicy Reymonta. – Jak tak można? – oburzyli się wiślacy, którzy wielomilionowy dług za bieganie po murawie położonej przez miasto i między trybunami zbudowanymi przez miasto, uznawali za nic nieznaczący szczegół.

Podobnie frustrująca sytuacja spotkała fanów Piasta Gliwice. Bracia i siostry po tamtejszym szalu nie mogą pojąć, dlaczego prezes nie chce ich słuchać w pozycji na baczność, a normalni kibice ultrasowski bojkot meczów przy Okrzei przyjęli z niekłamanym zadowoleniem. Ultrasi się dziwią, bo przecież demolowanie własnego stadionu, odebranie własnej drużynie bezcennych punktów i odstręczanie ludzi od przychodzenia na mecze powinno budzić szacunek, a nie lekceważenie.

Na brak szacunku cierpią też piłkarze reprezentacji Polski. Najpierw naród nie docenił ich zwycięstwa nad Japonią – z którą w ostatnich minutach bawili się w kotka i myszkę, a której kolejny występ pokazał, jak wielką było to sztuką – a potem nie potrafił podzielić radości z zasłużonych wakacji. Już palec w zakrytym na szczęście markowymi kąpielówkami (niech nieletni Czytelnicy zamkną oczy) tyłku Grzegorza Krychowiaka zamiast życzliwych uśmiechów wywołał lawinę złośliwych komentarzy. Wkrótce potem na celowniku znalazł się Kamil Grosicki. Niewinne zdjęcie ze spotkania z przyjaciółmi sprowokowało hejterskie uwagi. Skrzydłowy kadry dostosował się do poziomu i na pytanie, po co pojechał do Rosji, odparł, że po g…, a na koniec oświadczył, że najagresywniejszego z internautów chciałby spotkać na żywo. Można się domyślać, że nie chodziło o wymianę koszulek…

Polskie piekiełko zgasło jednak przy słońcu, które przygrzało w Turynie. Juventus zdecydował się zapłacić za Cristiano Ronaldo 120 milionów euro plus 30 milionów dla samego zawodnika w każdym z 4 lat, jakie ma spędzić w Mieście Fiata. Dzięki temu Portugalczyk znalazł się na trzecim miejscu w rankingu najdroższych transferów wszech czasów, a w polskiej wyszukiwarce wyprzedził nawet Kaję Paschalską bez stanika.

I pomyśleć, że minęły raptem trzy tygodnie wakacji…

Ledwo została ogłoszona decyzja o końcu pracy Adama Nawałki w roli selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski, a już odbył się nad nim Sąd Ostateczny. Publicznie zważono uczynki dobre i złe, wyliczono grzechy i zaniedbania, a na koniec rozpoczęto poszukiwania spadkobiercy.

W całej tej zawierusze zabrakło jednak chwili autentycznej refleksji i próby wyjaśnienia genezy dramatu (a częściowo i komedii, ale te dwa elementy w dobrym teatrze bywają nierozłączne), jaki na naszych oczach rozegrał się na trzech rosyjskich trawnikach. Oczywiście w materii złożonej z tak wielu elementów i mechanizmów trudno sformułować odpowiedź prostą i krótką, jednak już samo podjęcie takich starań jest po prostu koniecznością. Spróbujmy więc znaleźć najważniejszy z czynników, które mundial zamieniły w Waterloo.

W moim osobistym odczuciu, na szczycie listy powinien znaleźć się syndrom tłustych kotów. Mam bowiem wrażenie, że zarówno kadrowiczom, jak i samemu selekcjonerowi – do czego żaden z nich zapewne się nie przyzna – zaszkodziły przesyt i zagłaskanie. Po mistrzostwach Europy we Francji kadra w świadomości kibiców przekształciła się w grupę Orłów. A przecież, nie ujmując nic radości i wrażeniom, jakich nam wówczas dostarczyła, a które były także moim bezpośrednim udziałem, Biało-Czerwoni dotarli aż, ale i tylko, do ćwierćfinału. Wobec wcześniejszej mizerii i głodu jakiegokolwiek sukcesu wyczyn sprzed dwóch lat urósł do miana historycznego, jednak powiedzmy sobie prawdę – obiektywna skala tego osiągnięcia nie odzwierciedla miary emocjonalnej.

Później przyszła kolej na eliminacje do mistrzostw świata. I krzywa wciąż szła w górę. Efektowna gra, gole Roberta Lewandowskiego, awans niemal w cuglach. Naprawdę świetna sprawa. Tyle tylko, że nad Wisłą znów zgubiono proporcje. Przedpokój prowadzący na salony pomylono z salą balową. Sprzyjał temu pewien kontrast: obraz triumfujących Orłów przeplatano z płaczem Włochów i Holendrów, którzy takiego progu nie pokonali. Gdyby nie ich absencja, w Rosji zameldowaliby się wszyscy naprawdę chętni i eliminacje zostałyby sprowadzone do formalności…

Euforia z otrzymania mundialowych wiz przełożyła się na pieniądze. Piłkarze podzielili między siebie – to wieści oczywiście nieoficjalne, ale nikt im nie zaprzeczył – ponad 10 milionów złotych, z czego rekordziści zgarnęli po kilkaset tysięcy, sam szkoleniowiec otrzymał – również podobno – 4 miliony. Nikt nie pomyślał o tym, by część tych kwot na przykład zamrozić i wypłacić dopiero po wyjściu z grupy mistrzowskiej. Oczywiście takie sumy na samych zainteresowanych nie robią aż takiego wrażenia jak na przeciętnych zjadaczach chleba glutenowego, jednak wrażenie spełnienia było wręcz dojmujące, a obraz kadrowiczów przybywających na obóz helikopterami znakomicie je dopełniał. Żeby była jasność – nie chodzi o to, że Lewandowski i spółka powinni do Arłamowa przychodzić piechotą z plecakiem na grzbiecie i z kanapkami w kieszeniach, tylko o obraz, który zyskiwał na jaskrawości z każdym przeczłapanym przez nich meczem na mistrzostwach świata. Krótko mówiąc, o rosnącą pewność, że dla reprezentantów to, co najważniejsze, wydarzyło się wcześniej, a występ na mundialu stał się tylko koniecznością.

Tezę tę zdaje się potwierdzać przykład Rafała Kurzawy i kilku innych, jeszcze nieprzesiąkniętych kadrową atmosferą zawodników. Ich występ w meczu z Japonią pokazał, że głód gry w koszulce z Orłem, osiągnięcia jakiegokolwiek sukcesu, a pewnie, nie ma co ukrywać, otwarcia i dla siebie dostępu do wielkich pieniędzy, w piłce wciąż stanowi istotny czynnik, z którego trzeba korzystać dla dobra całej grupy. I tego właśnie Nawałce chyba przede wszystkim zabrakło. Zamiast na tygrysy postawił na wspomniane na wstępie tłuste koty…