54 miliony euro. Za taką kwotę sprzedano koszulki Juventusu Turyn z nazwiskiem Cristiano Ronaldo na plecach w pierwszych 24 godzinach po transferze. Najtańsza z nich kosztowała 104 euro, a nabywców znalazło ponad pół miliona trykotów!
Ten nieprawdopodobny wręcz wynik znakomicie ilustruje kierunek, w którym podąża piłka i w dużej mierze tłumaczy sens dokonywania rekordowych transferów. Sukces sportowy nierozerwalnie związany jest z sukcesem ekonomicznym, a – jak mówi kolokwialne powiedzenie – żeby wyjąć, trzeba najpierw włożyć.

Niestety, także ten mechanizm pokazuje siermiężność polskiej futbolowej rzeczywistości, opartej na kreatywnej księgowości i wyciąganiu pieniędzy z kieszeni mieszkańców mających to szczęście (lub nieszczęście, zależnie od punktu widzenia) życia w „miejscowości będącej siedzibą właściwą klubu”. W efekcie, poza małymi wyjątkami, nawet sukcesy nie mają sensownego przełożenia na dochody. Najlepszym przykładem z naszego podwórka był przypadek Piasta Gliwice, który walcząc o mistrzostwo kraju, świecił pustkami na trybunach, a o liczbie sprzedanych koszulek z nazwiskami Jakuba Szmatuły, Martina Nespora, Gerarda Badii czy Bartosza Szeligi nie ma nawet co wspominać, bo zmieściła się w granicach błędu statystycznego.

Kluby generalnie tymi danymi nie dzielą się ze światem zbyt chętnie. Czasami jednak pewne dane zostają upublicznione, a wtedy przepaść wobec rozwiniętej piłkarsko części Europy ukazuje się w pełnej krasie. Na przykład Legia przez cały sezon 2016/17 sprzedała 22.000 koszulek, kolejna w zestawieniu Cracovia 7.714, a cała liga w sumie 59.402…

Wracając jednak do turyńskiego casusu Ronaldo. Mając świeżo w pamięci wspomniane na wstępie statystyki, z tym większym zainteresowaniem przeczytałem na Twitterze zestawienie cen koszulek klubów ekstraklasowych. Lista rozpoczynała się od 240 złotych (Legia), a kończyła na 139 (Miedź i Wisła Płock). Wychodzi więc na to, że gwiazdy z Łazienkowskiej warte są połowy wartości najtańszego Ronaldo. Jasne, że statystycznie wszystko można udowodnić, ale jednak brzmi to, przyznacie, dość zabawnie i pokazuje przeszacowanie wartości krajowych rozgrywek .

Abstrahując już od liczb trzeba przyznać, że kilka z rodzimych trykotów wyróżnia się na plus przynajmniej pod względem estetycznym. Zrozumiałą zazdrość konkurentów wzbudziła na przykład pucharowa premiera czarno-złotych strojów Górnika Zabrze. Jednak już prezentacja ubiorów Zagłębia Sosnowiec rozbudziła przede wszystkim dyskusje. Wszystko za sprawą sylwetki husarza, widniejącej na piersiach zawodników. Element rodem z modnych ostatnio patriotycznych kolekcji na piłkarskiej koszulce wygląda… powiedzmy delikatnie, zadziwiająco. Być może jest jednak w tym wszystkim ukryty sens, w końcu sosnowiczanie w ekstraklasie będą grali na stadionie, którego nowoczesność przypadła na czasy bardzo, bardzo odległe, a w rozpoczynającym się dziś sezonie stanowić będzie odpowiednik stanowiska archeologicznego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*