Miesięczne archiwum: Sierpień 2018

Najpierw Jerzy Brzęczek strzelił sobie w kolano wciągając do reprezentacji Polski skazanego za znaczący udział w aferze korupcyjnej Andrzeja Woźniaka. Wchodząc na własną prośbę na medialne pole minowe szkoleniowiec musiał zdawać sobie sprawę, że tradycyjny kredyt zaufania nowego selekcjonera został poważnie nadszarpnięty. Patrząc na reakcje po pierwszym wyborze kadrowiczów wygląda na to, że zniknął już całkiem…

Nie chodzi oczywiście o krytykę ze strony Jana Tomaszewskiego, bo akurat były znakomity bramkarz i kiepski poseł na sejm RP po prostu z wygłaszania takich tez żyje, ale o powszechne wrażenie związane ze sprzecznościami wyboru. Postawienie na Jakuba Błaszczykowskiego stoi przecież w kontrze do pominięcia Kamila Grosickiego, skoro obaj jadą ostatnio na takim samym futbolowym wózku, a właściwie obaj obok niego maszerują. Brzęczek na własne życzenie znów wyszedł wprost pod lufy krytyków, wiedząc, że zdania o rodzinnych powiązaniach tym razem zabrzmią jak prokuratorskie zarzuty.

Dodając do tego zrozumiałą, ale cichszą już dyskusję nad wpłynięciem do kadry nowej fali z Wisły Płock nie mam wątpliwości, że mecze Ligi Narodów nie będą, przynajmniej dla kibiców i dziennikarzy, zwykłymi testami przed eliminacjami mistrzostw Europy, a poważną weryfikacją nowego opiekuna Biało-Czerwonych.

A propos wspomnianego na marginesie Adama Nawałki. Cisza wokół rozliczenia mundialu ukoronowanego hańbiącą końcówką spotkania z Japonią wciąż nie została przerwana. Tymczasem w minioną środę w Niemczech Joachim Loew przez blisko dwie godziny publicznie tłumaczył rosyjską klęskę Niemców. Przyczyn porażki szukał i w szczegółach (od przyjęcia piłki do jej oddania mijało średnio 1,6 sekundy, wobec 1,2 sekundy w 2014), i w ogółach, takich jak uznanie fazy grupowej za formalność). Polscy kibice widać na taką analizę nie zasługują. Dlatego też przy okazji Ligi Narodów rodzi się pytanie czy Stadion Śląski nie zamieni się w miejsce frekwencyjnego rozliczenia kadry za rosyjski blamaż…

O tym, że mecz dwóch GKS-ów, z Katowic i Jastrzębia, wiązał się z ryzykiem awantur wiedzieli niemal wszyscy. Na trybunach rzeczywiście było gorąco – dosłownie i w przenośni, bo na sektorze gości szaliki płonęły otwartym ogniem, a kibole z obu stron przeprowadzali systematyczne testy wytrzymałości płotów i bram dzielących ich od adwersarzy. Według informacji z policji katowiczanie dokonali też próby manewru okrążającego, co zakończyło się starciem z funkcjonariuszami na boisku treningowym za „Blaszokiem”. Sam mecz na kilkadziesiąt sekund został z kolei przerwany po tym, jak ochroniarzy obrzucono kijami od flag.

Wszystkie te wydarzenia nie stanowiły wielkiego zaskoczenia, ale zamieniły się w istotne pytanie – dlaczego wojewoda śląski, który dość często i to „last minute”, zamykał stadiony przed kibicami gości w meczach, których potencjał niebezpieczeństw był dużo mniejszy, tym razem nie zastosował takiej procedury? Odpowiedź może być oczywiście banalna – zarządca województwa rozleniwił się ostatnimi upalnymi dniami wakacji, ewentualnie zawiodła komunikacja ze strony odpowiednich służb, w których – jak wieść gminna głosi – pojawili się ludzie, dopiero uczący się regionalnej specyfiki związanej z zagęszczeniem antagonizmów kibolskich.

Jest jednak także inna opcja, granicząca niebezpiecznie z teorią spiskową. Mianowicie taka, że wojewoda postanowił dać szalikowcom szansę, by udowodnili, że jego dotychczasowe postępowanie było słuszne. Tyle, że podobna zabawa, chociaż zakończona wynikiem zgodnym z oczekiwaniami, oznaczałaby grę wyjątkowo niebezpieczną dla osób postronnych. A w taki cynizm urzędnika państwowego nie chcielibyśmy uwierzyć…

Tak czy inaczej derby obu klubów powinny być kolejnym przyczynkiem do dyskusji na temat administracyjnego odgórnego zakazu uczestnictwa kibiców gości we wszystkich ligowych meczach. Dotychczasowej loterii, zarówno decyzyjnej, jak i organizacyjnej, chyba wszyscy mają już serdecznie dosyć.

Mike Tyson z biało-czerwoną opaską, opowiadający o Powstaniu Warszawskim… Oglądałem, słuchałem i nie mogłem uciec od obrazu byłego mistrza świata wagi ciężkiej z książki „Mike Tyson. Moja prawda” (wydawnictwo SQN). Pełnej ćpania, alkoholu, problemów z prawem, przypadkowego seksu, awantur z najbliższymi, bijatyk i klimatów ulicznych gangów…

Wybór Bestii do takiego spotu był nieoczywisty, poza pewnością, że za odpowiednie honorarium Tyson powie wszystko, sfotografuje się z każdym i pojedzie wszędzie. Problem polega na tym, że w efekcie jego wiarygodność jest na poziomie ringowej maty, a wypowiadane słowa traktowane jak – nie przymierzając – futbolowe tyrady Jana Tomaszewskiego. W tym całym procederze można mieć tylko nadzieję, że sam Tyson chociażby szczątkowo zapamiętał to, co przyszło mu odczytać, a zasadniczy cel jego występu był inny niż w „Kac Vegas” („Wystąpiłem w tym filmie tylko po to, żeby mieć pieniądze na narkotyki. Cały czas byłem wtedy na dużym haju…”).

Efektem ubocznym aktorskiego popisu naćpanego pięściarza, którego kulminacją było odśpiewanie „In The Air Tonight” Phila Collinsa, okazało się przekonanie Malika Abdula Aziza (tak nazwał się Tyson po przejściu na islam) o własnym wrodzonym aktorskim talencie, który właśnie doprowadził go do powstańczej gawędy.

Fundator tego spotu, obserwując skalę reakcji na swoje dzieło, może oczywiście uznać, że cel został osiągnięty. Pytanie jednak brzmi: czy burza nie ma czasem zasięgu jedynie lokalnego? Bo na razie wszystkie jej echa słychać jedynie nad Wisłą. A tu akurat o Powstaniu Warszawskim nikomu przypominać nie trzeba. W przeciwieństwie na przykład do powstań śląskich.

Swoją drogą, wyobrażacie sobie Tysona opowiadającego o masakrze dokonanej przez Grenzschutz w kopalni Mysłowice? I to po śląsku? Pewnie kosztowałoby to słono, ale w tym przypadku byłoby bezcenne z punktu widzenia edukowania nie świata, a Polski.