Miesięczne archiwum: Wrzesień 2018

Reportaż Szymona Jadczaka na temat Wisły Kraków był w tym tygodniu jednym z najgorętszych tematów. Jest jednak w całej tej sprawie coś zastanawiającego, a mianowicie wstrząsająca cisza wśród wszystkich, którzy niemal zostali w nim wskazani palcem.

Głos zabrała tylko sama Wisła. Na jej oświadczenie należy jednak spuścić zasłonę litości. Formę i treść pisma świetnie skontrował na Twitterze Michał Trela, dziennikarz „Przeglądu Sportowego”: „W czystym klubie osoba, która doprowadziła go do wykluczenia z europejskich pucharów, strat finansowych, wizerunkowych, sportowych, jest personą non grata, a nie honorowym gościem w lożach”. W punkt, jak mówi młodzież – „zaorane”…

Zostawmy jednak Wisłę na boku. I zapytajmy: czy ktoś z Państwa słyszał o poreportażo-wej kontroli w mających rozpracowywać kibolskie środowisko krakowskich jednostkach policji? A może o specjalnych wysłannikach ministra Zbigniewa Ziobry w prokuraturze i sądach? Ewentulnie o kompleksowym badaniu dziwnego zbiegu okoliczności, który „Miśkowi” pozwolił opuścić kraj na dwa dni przed planowanym zatrzymaniem? Wszystkie te negatywne odpowiedzi potwierdzają tezę Jadczaka o tym, że gdy kurz opadnie nic się nie zmieni.

Charakterystyczne jest także milczenie Polskiego Związku Piłki Nożnej, a przede wszystkim – patrząc na sportową działkę – Spółki Ekstraklasa. To kolejny potężny cios w jej wizerunek, który pozostaje bez reakcji. Czyżby dlatego, że pokazane przez TVN mechanizmy nie są w polskich klubach wyjątkiem i Spółka świetnie zdaje sobie z tego sprawę? Nikt nie jest przecież aż tak naiwnym, by sądzić, że Kraków stanowi na piłkarskiej mapie samotną czarną wyspę. Przecież nawet w tej nagłośnionej sprawie mocno wybrzmiewają brudne sprawki związane z kibolami Ruchu Chorzów. Być może państwo polskie powinno wreszcie dojrzeć do świadomości, że wokół piłki naprawdę funkcjonuje przestępczość zorganizowana, z którą trzeba walczyć również w sposób zorganizowany?

Przyjście Jacka Paszulewicza do Katowic odbywało się przy fanfarach. Dyrektor sportowy Tadeusz Bartnik -który poprzedniego trenera Piotra Mandrysza poinformował o nagłym zwolnieniu, gdy ten przyjechał na Bukową do pracy i otwierał właśnie laptopa – oświadczył, że na możliwość zatrudnienia Paszulewicza czekał od dawna. A ponieważ akurat pojawiła się okazja, należało natychmiast z niej skorzystać. Bez względu na koszty, z jakimi wiązało się przedwczesne rozstanie z Mandryszem.

Nowemu trenerowi zostało podporządkowane wszystko. W przerwie letniej w szatni – z błogosławieństwem zachwyconych kibiców – dokonano totalnej wymiany kadr, ściągając do Katowic piłkarzy, z których niewielu spełniało deklarowaną wcześniej wizję klubu opartego na zawodnikach młodych i pochodzących z regionu, za to zaliczających niesprecyzowany publicznie test obejmujący ponad dwadzieścia punktów. W transferowym amoku (warto w tym momencie zaznaczyć, że samo zatwierdzenie nowego piłkarza do gry to 1.500 zł plus drugie 1.500 za „wymeldowanie” go z dotychczasowego klubu, co zazwyczaj także bierze na siebie nowy pracodawca, a wolnego piłkarza 3.000) nie zważano na szepty sugerujące, że atmosfera w zespole jest daleka od dobrej. Psuło ją między innymi wrażenie chaosu przy wyborach podstawowych jedenastek na mecze i natychmiastowe wprowadzanie do gry świeżo sprowadzonych zawodników, nawet jeśli nie byli w pełni sił.

Teraz mleko się rozlało. Obecny sezon to Waterloo Paszulewicza i realizującego jego wizję personalną dyrektora Bartnika. Przede wszystkim jednak olbrzymi problem ma prezes klubu, Marcin Janicki. Autorska szatnia obecnego szkoleniowca to zestaw kloc-ków, które mogą okazać się za mało uniwersalne, by ułożyć z nich układankę pasującą ewentualnemu następcy.

Szef klubu stoi więc przed nie lada dylematem: czy pozwolić zjeść tę żabę Paszulewiczowi do końca, czy też z pieniędzy podatników dokonać kolejnej, tym razem szkoleniowej rewolucji.

Nie ma drugiej tak zabawnej dyscypliny sportu jak siatkówka. Sedno tego stwierdzenia nie leży bynajmniej we wzajemnym poklepywaniu się po pośladkach po zdobyciu pierwszego z 25 punktów potrzebnych do wygrania seta, ale o kabarecik gwarantowany przez organizatorów każdego z wielkich turniejów.

Wyobrażacie sobie na przykład, że gospodarze piłkarskiego mundialu tuż po losowaniu grup udają się na zaplecze, gdzie uznają, że przyjęte wcześniej zasady gry są niekorzystne dla ich reprezentacji, więc należy je zmienić? I po powrocie na salę oznajmiają wszystkim, że koszyki owszem są ważne, ale dalsza ścieżka rywalizacji wygląda już całkiem inaczej, niż planowano? W siatkówce takie działania są na porządku dziennym. Zapewne tylko kwestią czasu pozostaje jeszcze wzięcie przykładu z rządzącej w Polsce siły politycznej i przeprowadzenie reasumpcji całego losowania, by padły w nim rozstrzygnięcia zgodne z oczekiwaniami, a nie wynikające ze ślepego trafu.

Koniec końców i tak trzeba jednak kiedyś rozegrać jakieś mecze, bo bez nich – jak na złość – ani telewizja, ani kibice nie chcą dawać żadnych pieniędzy, stanowiących sens życia siatkarskich bossów. Ale przecież i w terminarzu można błysnąć inwencją. Na przykład zorganizować dwa mecze otwarcia, przeczekać na „sucho” kolejne dwa dni, a w trzecim zaplanować aż dziesięć spotkań. Taki właśnie plan wcielili w życie Włosi i Bułgarzy na swoich mistrzostwach świata…

Siatkówka, która przez ostatnie lata walczyła w Europie o miano sportu numer dwa (co w dużej mierze zawdzięczała Polsce, gdzie kibice byli skłonni pojawić się zawsze, wszędzie i za obojętnie jaką cenę, aby tylko pośpiewać o małym rycerzu), zaczyna raz za razem serwować w aut. Telewizyjny przesyt ligowy, zerowy prestiż deficytowych dla klubów europejskich pucharów i wspomniane wcześniej działania mające znamiona zwykłych machlojek sprawiają, że doprawdy trudno tę zabawę traktować całkiem serio.

Cieszę się, że reprezentacja nie uległa presji kibiców i starała się rozgrywać piłkę do ostatniej chwili- oświadczył Jerzy Brzęczek po meczu z Irlandią, za obejrzenie którego wspomniani przez niego kibice zapłacili z własnej kieszeni od 70 do 120 złotych. W zamian dostali kiepskiej jakości produkt, szansę na oklaskiwanie Jakuba Błaszczykowskiego otrzymującego zaległą paterę za 100 meczów kadrze oraz widok na ławkę rezerwowych, na której siedzieli m.in. Robert Lewandowski i Andrzej Woźniak, kojarzony we Wrocławiu z doprowadzenia do prokuratury prowadzącej śledztwo w aferze korupcyjnej.

„Presja”, wyrażana w formie gwizdów, nie na wiele się zdała, a ci, którzy tworzyli najmniejszą w historii wrocławskiego stadionu grupę widzów na meczu kadry, bynajmniej nie znajdowali się w tak świetnym nastroju jak szkoleniowiec kadry. Dla nich wtorkowe spotkanie stanowiło kontynuację mundialu, na którym reprezentacja straciła o wiele więcej niż kilka punktów i goli. Tym wyraźniej więc przytoczone na wstępie słowa Brzęczka wpisały się w wakacyjną narrację kadrowiczów- z kulminacją w postaci palca narzeczonej w wiadomym miejscu Grzegorza Krychowiaka – doprowadzających niedawnych jeszcze fanów do stanu wrzenia.

Odbudowywanie zaufania, o którym tak często mówiono w kontekście nominacji nowego szkoleniowca póki co przypomina plac budowy z serialu Alternatywy 4.

Krytycy Adama Nawałki często podkreślali, że jedną z jego słabszych stron stanowiło wyczucie momentu na dokonanie zmian. Zwlekał z nimi do ostatniej chwili, a znakomitą ilustracją tej pięty achillesowej był obrazek zamykający jego selek-cjonerską karierę, czyli śmieszno-straszne próby wprowadzenia Jakuba Błaszczykowskiego na boisko w meczu z Japonią.

W inaugurującym pracę Jerzego Brzęczka spotkaniu z Włochami temat zmian znów stał się kwestią numer jeden. Nie sposób przecież ukryć, że w dużej mierze właśnie przez nie straciliśmy szansę na historyczne pierwsze zwycięstwo nad Italią na jej terenie. O ile ściągnięcie z boiska Piotra Zielińskiego okazało się spełnieniem prośby samego zawodnika to utrzymanie na nim Błaszczy-kowskiego, mającego oczywisty problem z wyczuciem gry, było błędem z gatunku kardynalnych. W dodatku Brzęczek nie skorzystał z oczywistych zmienników pierwszego wyboru, czyli Arkadiusza Milika lub Krzysztofa Piątka, jedynych zawodników dających nadzieję na zadanie rozstrzygającego trafienia słabym tego dnia Włochom.

Nie do końca można zrozumieć także decyzje dotyczące bramkarzy. Rozpisanie z góry obsady bramki w kolejnych meczach raczej nie wpłynie pozytywnie na rywalizację na treningach i robi kolejną krzywdę Łukaszowi Fabiańskiemu…
Generalnie debiut Brzęczka trzeba uznać za udany, ale w tej grze zawsze chodzi o to, by plusy nie przesłoniły minusów…

Nic na to nie poradzę, ale podczas lektury raportu, który miał wyjaśnić przyczyny mundialowej klęski, stawał mi przed oczami fragment pewnego pamiętnego filmu. Dokładniej rzecz biorąc tego, na którym Adam Nawałka (jeszcze w Górniku Zabrze) powtarza do swojego asystenta Marcina Prasoła „Zapisz to, faken”. Nie mogę mieć oczywiście pewności, ale też nie zdziwiłbym się, gdyby ten najbardziej oczekiwany w ostatnich tygodniach dokument powstawał w podobny sposób, tyle, że w funkcję kronikarza wcielał się Tomasz Iwan.

O merytorycznej warstwie raportu powiedziano i napisano już niemal wszystko, ale również istotny był przecież język i styl, jakim mundialową operację opisano. Błędy rzeczowe (np. Arkadiusz Reca figuruje na liście piłkarzy objętych monitorin-giem dwukrotnie – pod numerami 30 i 52) i stylistyczne („we Rosji”) zostały przyćmione przez „opisy przyrody”. Niestety, także i one pozostawiły czytelników z niedosytem, bo zabrakło w nich szczegółów dotyczących umeblowania hotelowych apartamentów i rysunków miejsc zajmowanych w samolocie przez poszczególnych członków kadry.

Oczywiście wyzłośliwianie się jest nie tylko najprostsze, ale i – sądząc po mediach społecznościowych – zgodne z obowiązującymi trendami. Największe pretensje autorzy raportu i oburzeni takimi reakcjami szefowie PZPN powinni mieć jednak nie do dziennikarzy i kibiców, a do… Niemców. To przez nich przecież ten cały galimatias. Gdyby Joachim Loew nie wpadł na szatański plan publicznego wyprania brudów i gdyby nie zrobił tego, wspólnie z menedżerem Oliverem Bierhoffem, w dodatku w sposób ze wszech miar interesujący, Nawałkowy raport do teraz zapewne leżałby w szufladzie któregoś z biurek na Bitwy Warszawskiej (adres siedziby PZPN – przyp. autora). A tak presja przekroczyła stan krytyczny i jedynym wyjściem, by ją zdetonować, było pokazanie tych zapisków światu. Niemcy zresztą w podłożonej minie schowali jeszcze jedną pułapkę – podkreślili, że ich reprezentacja za bardzo oddaliła się od kibiców i zbyt wiele związanych z nią spraw działo się za zamkniętymi drzwiami. A to już wyglądało na bezczelną wręcz zaczepkę pod adresem Biało-Czerwonych, którzy chcąc nie chcąc też musieli pokazać (jak się okazało niestety), żeśmy nie gęsi i swój język mamy.

No cóż, jeden ze swoich komentarzy z Euro 2016 poświęciłem Loewowi, a tekst nosił tytuł „Obrzydliwiec ze Szwarcwaldu”. Nie przypuszczałem jednak wtedy, że jest zdolny do aż tak wyrafinowanej intrygi.

We wrześniu 2017 roku prezydent Katowic, Marcin Krupa, występując w roli właściciela GKS-u, oświadczył w katowickim „Sporcie”, że sezon można uznać za stracony. Słowa te wywołały burzę, zespół z Bukowej nagle wrócił do gry, ale koniec końców skończyło się jak zawsze, czyli na zmarnowanej szansie awansu.

Na spotkaniu po rozgrywkach najważniejszy z samorządowców sprawiał wrażenie zirytowanego tym faktem, ale koniec końców znów zaufał ludziom z klubu, którzy wykorzystując frustrację kibiców dokonali w szatni prawdziwej rewolucji, wymieniając w niej niemal całą ekipę. Dyrektor sportowy Tadeusz Bartnik i trener Jacek Paszulewicz podkreślali, że wszystkich nowych zawodników dobierali według bardzo precyzyjnych kryteriów zawartych w (jeśli dobrze zapamiętałem) 21 punktach, z których najważniejsze określały cechy charakteru, jakie muszą posiadać piłkarze, by być godnymi noszenia koszulek z godłem GieKSy.

Skala zmian, w połączeniu z krótkim okresem przygotowawczym oraz niewielką siłą przebicia katowickiego klubu na transferowym rynku (złożyły się na to czynniki nie tylko ekonomiczne, także fama o presji z trybun oraz opinie piłkarzy odchodzących z klubu) sprawiały jednak, że poziom ryzyka był olbrzymi. Po blisko ćwiartce sezonu widać, że ani Bartnik, ani Paszulewicz, nie oszacowali go właściwie. Słowa szkoleniowca o tym, że zespół znajduje się daleko od miejsca, jakie zakładano przed sezonem, to wyjątkowo delikatne określenie sytuacji na Bukowej, pogłębianej wrażeniem przypadkowości przy wyborach wyjściowych jedenastek na poszczególne mecze.

Prezydent miasta nie podzielił się jeszcze refleksjami na temat GKS-u, ale kolejne zmiany wiszą podobno w powietrzu. Jeśli do nich rzeczywiście dojdzie powinny być równie szerokie, jak te dokonane w ostatnich tygodniach w szatni. Bo ani nowi zawodnicy, ani ich szkoleniowiec, nie zmaterializowali się na Bukowej znienacka za pośrednictwem tajemniczego transportera ze Star Treka.