Miesięczne archiwum: Październik 2018

Raków Częstochowa to klub prywatny, należący do Michała Świerczewskiego, twórcy i właściciela firmy X-com. GKS Katowice tkwi w portfelu miasta, mającego w nim blisko 82 procent akcji. Dwa modele funkcjonowania i finansowania, dwa bieguny pierwszej ligi.

Wspólnym mianownikiem jest Wojciech Cygan, obecny szef lidera Fortuny 1. Ligi, a były prezes jej dzisiejszej czerwonej latarni.Na Bukowej nie raz przeżywał trudne chwile, a rozczarowania były chlebem powszednim. W Częstochowie oczekiwania (nazywane w Katowicach górnolotnie presją) są zdecydowanie mniejsze, co z pewnością sprzyja realizowaniu równie dużych ambicji.

Mam na przykład pewność, że w Rakowie, gdzie wydawane są prywatne złotówki, nie przeszłyby ostatnie katowickie pomysły opłacone publicznymi pieniędzmi. Nieuzasadniona zmiana szkoleniowca w momencie, gdy zespół liczył się w walce o awans, plus przeprowadzona dla populistycznego zaspokojenia kibiców czystka w szatni zakończyły się powstaniem zespołu złożonego z nieprzygotowanych do gry i niepasujących do siebie piłkarzy oraz deficytem budżetowym. Wielopłaszczyznowy kataklizm firmowany przez dział sportowy i podkreślony przez absurdalną akcję wypisywania przez pracowników klubu karteczek ze wsparciem dla zawodników, tworzy obraz upadku, jaki trudno wytłumaczyć w jakikolwiek logiczny sposób.

Raków leży w cieniu Jasnej Góry, ale do sukcesu zmierza drogą racjonalną. GKS to środek okręgu przemysłowego, jednak to w nim trwa nieustanna modlitwa o cud. Tym razem wyjątkowo głośna, bo związana z uzasadnioną trwogą, że zamiast wniebowzięcia klub czekają piekielne otchłanie. Nawiasem mówiąc pachnie to wszystko związaną już z inną religią karmą, która podobno zawsze wraca. No bo przecież w Katowicach jeszcze nie do końca ucichł śmiech związany z katastrofą pewnego klubu zza miedzy…

Łaska kibica na wyjątkowo pstrym koniu jeździ. Tak było, tak jest i tak będzie. Czasami jednak piłkarscy fani zamieniają się w jeźdźców bez głowy.

Na przykład w Zabrzu. Ubiegłosezonowy fenomen, jakim były pękające w szwach i pulsujące niesamowitą atmosferą (trzy) trybuny tamtejszej Areny, niknie właśnie w jesiennej mgle. Frekwencja wciąż jest imponująca jak na polskie realia, ale już daleka od niedawnych kompletów, w dodatku ze średnią widzów spadającą z meczu na mecz. No i to, co stanowi największy wstrząs, a przy okazji uzasadnia wstęp tego tekstu – pojawiają się hasła obraźliwe dla piłkarzy i trenera. Lada chwila, może za kolejkę, a może za dwie, Marcin Brosz ze swoimi podopiecznymi zostanie „poproszony” po meczu na spowiedź i pokutę…

Mój redakcyjny kolega, Tomasz Kuczyński, w piątkowym Dzienniku Zachodnim napisał o klątwie europejskich pucharów, w których start w następnym sezonie często owocuje ligowym krachem, takim, jaki właśnie dotyka klub z Roosevelta. Chociaż w tym przypadku problem jest znacznie bardziej złożony, a jego źródło tkwi przede wszystkim w sposobie zarządzania Górnikiem, czyli w skazywaniu szkoleniowca – to cytat z Andrzeja Strejlaua – na syzyfową pracę, to jednak nie ulega wątpliwości, że pierwsza od lat zagraniczna przygoda zabrzan rzeczywiście stanowiła punkt zwrotny w dosłownym sensie tego określenia.

Z pucharowymi występami Górnika sprzed kilkudziesięciu raptem dni mam bowiem dwa najsilniejsze skojarzenia. Pierwsze to śmiertelnie blada twarz Marcina Brosza po rewanżowej klęsce z Trencinem w Myjavie. Przyznam, że wtedy nie do końca zrozumiałem skrajnie dramatyczny ton jego ówczesnej wypowiedzi, teraz mam świadomość, że najlepszy trener poprzedniego sezonu po raz pierwszy zobaczył przyszłość zespołu, któremu wyrwano wszystkie podpierające go filary. I skojarzenie drugie – bezsensowne racowisko, które kosztowało klub 300.000 złotych.

W dwumeczu ze Słowakami coś zaczęło pękać i właśnie ta rysa bezustannie się pogłębia i powiększa. A właściwie trzy rysy: sportowa, ekonomiczna oraz kibicowska. I trzeba mieć świadomość, że ich załatanie będzie wyjątkowo trudne. Górnikowi nie wróży dobrze także kolejna wynikająca z doświadczeń piłkarska prawda, która mówi, że po awansie do Ekstraklasy najtrudniejszy jest sezon numer dwa. Warto więc, by kibice tego klubu nieco ochłonęli, przyjęli do wiadomości, że wyczyny ich klubu w poprzednich rozgrywkach graniczyły z cudem, a trener i piłkarze są akurat najmniej winni obecnego twardego lądowania.

Jest w Krakowie pewien zwyczaj, mało zapewne znany ludziom spoza kręgu najzagorzalszych kibiców sportowych. Nie chodzi bynajmniej o gonitwy z maczetami i ostrzeliwanie się racami, a o coś znacznie bardziej wyrafinowanego: staranne omijanie nazwy lokalnego rywala. Żadnemu prawdziwemu wiślakowi nie przejdzie przez usta Cracovia (chociażby był na przykład meczowym spikerem), a żaden genetyczny „pasiak” nie wyartykułuje nazwy byłego milicyjnego klubu (nawet jeśli profesor Filipiak najął go tylko do trenowania).

Śmieje się z tego cała Polska, mało jednak życzliwie, raczej z politowaniem, zwłaszcza, że czasem zamiast śmiesznie robi się zwyczajnie strasznie, a bywa, że i głupio. Jak ostatnio, gdy podczas podwawelskich derbów stewardzi zabraniali dzieciakom kibicować Wiśle, natomiast doping dla Cracovii był odtwarzany z „empetrójki”.

Zapytacie pewnie co wspólnego mają te zwyczaje z naszym regionem? Okazało się otóż, że są one zaraźliwe, a skutecznej szczepionki póki co nie widać. Pierwszą ofiarą krakowskiej bakterii padł Tadeusz Bartnik, dyrektor sportowy GKS-u Katowice. Na konferencji powitalnej nowego szkoleniowca Dariusza Dudka zaprezentował całą gamę synonimów zastępujących nazwę „Zagłębie Sosnowiec”. Ba, nawet zadane wprost pytanie wyżej podpisanego zablokował zwinną zasłoną, czyli „poprzednim pracodawcą” i znacznie mniej finezyjnym tłumaczeniem, że postępuje w taki sposób, ponieważ jest w „swoim klubie i uważnie dobiera słowa”.

Biorąc pod uwagę tę staranność i roztropność – która zapewne towarzyszyła dyrektorowi także w trakcie wyrzucania Piotra Mandrysza, by zrobić miejsce dla Jacka Paszulewicza, oraz przy sprowadzaniu osiemnastu piłkarzy stanowiących skład tkwiący w strefie spadkowej – nie sposób uciec od wrażenia obcowania z tajemnicą. Niezgłębioną bowiem zagadką pozostaje kwestia, w jaki sposób dyrektor Bartnik ściągnął Dariusza Dudka na Bukową. Unikając słowa Zagłębie w mowie, spojrzeniu i uczynku, nie mógł wszak wiedzieć, że ten opuścił Sosnowiec! Nie był też w stanie przeprowadzić wywiadu środowiskowego w poprzednim klubie, sprawdzić wyników przezeń osiąganych, a nawet wpisać w umowie adresu zamieszkania trenera. Nawet pomijając te kwestie, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i oddać dyrektorowi, co jego: pochodzący z Poznania myszkowianin otworzył nowy rozdział w stosunkach katowicko-sosnowieckich. Znając temperament szefa Zagłębia, Marcina Jaroszewskiego, na odpowiedź zza Brynicy z pewnością nie trzeba będzie długo czekać.

Pół miliarda złotych – tyle podobno dostanie Ekstraklasa za prawa do transmisji telewizyjnych obejmujących dwa najbliższe sezony. 360 milionów z tej kwoty wyłożyć ma Canal+, resztę, czyli 140 milionów, telewizja publiczna. Ten drugi składnik oznacza, że za popisy ligowych piłkarzy – których na żywo ogląda coraz mniej widzów, a przed telewizorami w najlepszym przypadku 200.000 osób – zapłacimy wszyscy.

W prostym przeliczeniu: „Działka” TVP starczyłaby na 700 odcinków „Korony królów”. Oczywiście dyskusja nad ewentualną wyższością spektaklu pt. Zagłębie Sosnowiec – Cracovia wobec dialogów Kazimierza Wielkiego (podobno II, bo aktor odtwarzający tę rolę został zmieniony) byłaby płonna, tym niemniej diabeł tkwi w innej kwestii. A mianowicie takiej, czy pieniądze z ligowego kontraktu nie sprzeniewierzą się misji telewizji publicznej, czyli nie doprowadzą do demoralizacji wielu młodych ludzi.

Znając realia ekstraklasowego świata można bowiem przypuszczać, że wodospad gotówki (bądźmy szczerzy: całkowicie nieadekwatnej do jakości towaru), zostanie przeznaczony na konsumpcję. W praktyce będzie to oznaczało kolejne podwyżki dla zawodników, co wiązać się może z zagrożeniami, jakie poruszyłem w tej rubryce przy okazji lektury „Mojej spowiedzi” Dawida Janczyka.

Aby uniknąć spotęgowania patologii, a jednocześnie rzeczywiście sensownie spożytkować nieoczekiwanie hojną ofertę C+ i TVP, PZPN pod ramię z Ekstraklasą (i vice versa) powinien skorzystać z okazji i wprowadzić kolejne punkty do podręcznika licencyjnego. Ze szczególnym naciskiem na kompleksowe rozwiązania dotyczące szkolenia dzieci i młodzieży. Na przykład wymóc na klubach budowę miniboisk i obowiązkowe założenie funduszu o określonej minimalnej wysokości, z którego środki w ciągu roku musiałyby zostać w całości przeznaczone na cele związane ze szkoleniem (udział w turniejach, podnoszenie kwalifikacji trenerów, zakupy sprzętu, a może nawet powołanie sekcji dla dziewczynek?).

Jestem przekonany, że takie systemowe rozwiązanie w krótkim czasie wpłynęłoby na poprawę zszarganego wizerunku Ekstraklasy, a w efekcie długofalowym podniosłoby jej poziom. I przyciągnęło nowych kibiców, którzy mogliby utożsamiać się z zespołem złożonym w większej mierze z wychowanków lub chłopaków z okolicy, tak jak ma to miejsce np. w Górniku Zabrze.

Gra z pewnością jest warta świeczki. Zwłaszcza, że jako się rzekło, zapłacimy za to my sami, pan, pani i ja..

Książkowa spowiedź Dawida Janczyka to lektura nielekka i wstrząsająca. Życie na pełnym gazie (w przenośni i dosłownie), aż do rozbicia o ścianę, towarzyska samotność w walce o wyrwanie się z nałogu, ostatnie wieści – już spoza wydawnictwa – że wszystko wciąż zmierza w kierunku autodestrukcji. To musi zmuszać do refleksji. Zwłaszcza że nie jest to historia odosobniona.

Większość z nich ma wspólny mianownik w postaci olbrzymich pieniędzy, jakie spadają na mentalnie niedojrzałe dzieciaki, które potrafią kopnąć piłkę mniej więcej w zaplanowanym kierunku. I nagle otrzymują za to pliki banknotów, jakich ich rodzice nie widzieli przez całe życie. Otwierają się znienacka nowe możliwości, a standardy środowiskowe wymagają, by z nich korzystać. Ile osób jest w stanie zachować w takiej sytuacji trzeźwą (znów w przenośni i dosłownie) głowę?

Oczywiście nie sposób już zawrócić kijem rzeki. Olbrzymia kasa będzie pompowana w piłkę bez względu na to, czy głodna część świata zagrzmi o przekroczeniu barier zdrowego rozsądku. Pytanie brzmi jednak, czy istnieje sposób, aby piłkarzy przygotować do życia w finansowym kosmosie? Czy kluby nie powinny mieć na etatach psychologów i doradców finansowych, a w kontraktach adekwatnych do zarobków składek na prywatne fundusze emerytalne i zdrowotne, obejmujące także leczenie z nałogów?

Zapewne jest w tych pytaniach pozorna doza naiwności. Wynikają one jednak także ze znajomości piłkarskiego środowiska. Uwierzcie Państwo, że dominują w nim potencjalni naśladowcy Janczyka, natomiast Dudków czy Koźmińskich, którzy potrafili swoje zarobki zamienić w dostatnie życie po odwieszeniu butów na kołki, widać i słychać znacznie mniej.

I dlatego właśnie takie biografie jak „Moja spowiedź” powinny stanowić nie sensację towarzyską, a punkt wyjścia do podjęcia kompleksowych i przemyślanych działań profilaktycznych, zanim kolejni milionerzy poproszą nas o złotówkę na flaszkę.

N ajmniej punktów, najwięcej straconych goli, najwięcej porażek – Zagłębie utknęło razem z Cracovią na dnie ekstraklasowej tabeli i nie ma w tym przypadku. Wymiar sportowy to jednak nie wszystko. Sosnowiczanie zdecydowanie odstają też w lidze pod względem stadionowej infrastruktury oraz, co częściowo jest z tym powiązane, frekwencji na trybunach. 4.289 widzów to średnia o blisko 650 osób niższa niż kolejnej w tym niechlubnym zestawieniu Wisły Płock.

Ilość – niestety dla wizerunku Zagłębia – przeszła też w jakość. Festiwale bluzgów, jakie słychać w tle transmisji telewizyjnych, przekraczają ligową (i tak wysoką) normę, czego nie omieszkali zauważyć między innymi telekibice obecni w mediach społecznościowych. A to już opinia, której nie sposób lekceważyć, bo działająca na zasadzie kuli śnieżnej, wciągającej coraz większe grono internautów, i skutecznie zniechęcających do przychodzenia na Stadion Ludowy.

Awans do elity wywołał nad Brynicą zrozumiałą euforię, tym bardziej, że był ukoronowaniem niemal epickiej walki w I lidze. Rzeczywistość po nim skrzeczy jednak znacznie bardziej niż spodziewali się nawet najwięksi pesymiści. Trudno nie zgodzić się z trenerem Dariuszem Dudkiem, twierdzącym, że zespół potrzebuje jakiegoś impulsu, który odmieniłby jego grę. W tym momencie trzeba jednak zadać sobie pytanie czy taki bodziec nie należy przede wszystkim do zakresu obowiązków samego szkoleniowca? Zwłaszcza, że na impulsy zewnętrzne, a już na pewne z trybun, sosnowicza-nie z pewnością liczyć nie mogą.

Obserwując spotkania Zagłębia nie sposób uciec od skojarzenia z Odrą Wodzisław, gdzie zwłaszcza zaawansowani wiekowo kibice z żelazną konsekwencją… hejtowali piłkarzy „swojego” klubu. Obrywało się zwłaszcza bogu ducha winnemu Pawłowi Sibikowi za wyjazd na mundial w Korei Południowej i Japonii.

Sosnowiczanie, doprawdy, nie idźcie tą drogą…

Żużel, delikatnie mówiąc, nie leży zbyt blisko szczytu moich sportowych preferencji. Tym niemniej, nie tylko z racji zawodowych obowiązków, zdarza mi się rzucić okiem na lewoskrętnych jeźdźców na pachnących metanolem maszynach.

Tak właśnie zdarzyło się w minioną niedzielę, gdy pierwszą część boju o Ekstraligę toczyły Gryzonie z Rekinami. W drugim wyścigu doszło do koszmarnego wypadku z udziałem trzech zawodników. Motocykle fruwały w powietrzu, ciała orały tor, a kibice przerażeni zamilkli. Wszyscy uczestnicy karambolu o własnych siłach zdołali jednak zejść do parku maszyn, za to przed kamerę telewizyjną trafił zdemolowany kask Sebastiana Niedźwiedzia – to on uratował zawodnikowi życie. Nie była zaskoczeniem wieść, że 21-latek tuż po upadku stracił na chwilę przytomność. Co w tej sytuacji zrobił trener Falubazu? Wsadził chłopaka na motocykl i posłał do powtórki wyścigu. Ba, wystawił go do kolejnego, którego junior już nie ukończył. Zatrzymał się i usiadł na krawężniku, skąd zabrała go karetka.

Żużel powszechnie – ale z odcieniem sympatii, niczym w powiedzeniu, że piłkarski bramkarz musi być wariatem – uznawany jest za sport dla szaleńców. W tym jednak przypadku sprawy poszły jednak za daleko. Zakpiono z rozsądku i odpowiedzialności, a przecież żużel sam w sobie niesie już wystarczające ryzyko. Nie mam wątpliwości, że precedens zielonogórski powinien zaowocować wprowadzeniem do regulaminów dodatkowych zapisów chroniących zawodników przed takimi sytuacjami, które ocierają się o kryminał.

PS Siatkówka w moim prywatnym rankingu plasuje się w okolicach żużla. Nie mam jednak zamiaru brać udziału w absurdalnej dyskusji dotyczącej niesprawiedliwej redystrybucji dóbr we współczesnym sporcie na rzecz „nieudaczników kopaczy”. Zwłaszcza że siatkarze też mają co nieco na sumieniu, bo łupiąc bułgarsko-włoskie złoto, ograbili z rozdawanych przez internautów wirtualnych milionów obdarowanych nimi wcześniej lekkoatletów.

Piast Gliwice toczy twardą walkę ze środowiskiem kibolskim, które w poprzednim sezonie zadymą na meczu z Górnikiem Zabrze naraziło klub na straty wizerunkowe, finansowe i sportowe (kolejność dowolna). Stanowcze działania klubu, siłą rzeczy częściowo oparte na zasadzie „gdzie dwa rąbią tam wióry lecą”, oczywiście nie spodobały się ich adresatom i w efekcie wybuchł otwarty konflikt. Rezultatem próby sił są między innymi świecący pustkami młyn oraz wokół stadionowe incydenty mające odstraszyć normalnych kibiców od wejścia na trybuny.

Po sobotnim zwycięstwie nad Górnikiem Gerard Badia, kapitan Piasta, wypowiedział zaskakujące słowa. Uznał mianowicie, że jego szefowie powinni poszukać kompromisu, by szalikowcy wrócili na swój sektor. Jego zdaniem dobrze grający zespół przy kibicach grałby jeszcze efektowniej.

Warto więc przyjrzeć się statystykom. W obecnym sezonie, bez młyna, średnia widzów na Okrzei wynosi 4.927 osób na każdym występie ekipy Waldemara Fornalika. W poprzednich rozgrywkach, z wulgarnym „gniazdowym” w roli wodzireja, osiągnęła 4.416. Wyraźnie więc widać, że polityka klubu przyniosła minimalnie, ale zawsze większe, wpływy do kasy, a w dodatku nie przeszkadza piłkarzom osiągającym bez porównania lepsze wyniki niż w sezonie 2017/18. Można oczywiście uznać, że ten drugi element ma wpływ na pierwszy, ale tę tezę trudno zweryfikować, biorąc pod uwagę, że frekwencja na Piaście nawet w najlepszych momentach oscylowała w dolnych stanach ekstraklasy. Równie dobrze można podkreślić, że obecna struktura widzów nie naraża klubu na kary, więc wynik netto przychodów z dnia meczowego i tak ma szansę okazać się najwyższym w najnowszej historii gliwickiej piłki.

Badia, rozemocjonowany derbowymi wrażeniami, zapewne nie zamierzał świadomie podgrzewać atmosfery i wspierać fanatyków, ale słowa poszły w świat. A przecież właśnie Hiszpan powinien szczególnie dobrze pamiętać wydarzenia, które sprawiły, że cały wielki boiskowy wysiłek poszedł na marne.