Miesięczne archiwum: Listopad 2018

David Haye, były mistrz świata w boksie, kilkanaście dni temu wpadł do Polski. Swoją wizytę rozpoczął od złożenia kwiatów na grobie Feliksa „Papy” Stamma. Oglądając zdjęcia z tej komercyjnej wizyty na Powązkach, na myśl nasunęło mi się pytanie – ilu kibiców wie, kto jest obecnie selekcjonerem reprezentacji Polski w dyscyplinie, w której szkoła z narodowym przydomkiem była synonimem największego kunsztu*? I czy ktoś w ogóle wie, kto w tej kadrze boksuje?

Polski Związek Bokserski dość skuteczne zakopał się w niebycie, a po raz ostatni było o nim głośno w 2014 r., gdy jego wiceprezes zaatakował nożem sędziego. Obecna siła medialnego przebicia oscyluje w granicach wartości ujemnych, ale podobnie jest również z chęciami, by taki stan rzeczy zmienić. Wystarczy spojrzeć na stronę internetową PZB, która prowadzona jest chaotycznie i nieczytelnie, a w przypadku wielu członków władz związku zamiast dumnych wizerunków widnieją puste plansze.

Ten trend dotyczy jednak nie tylko rodzimego grajdołka. Totalny kryzys dopadł cały boks amatorski, a lata, gdy zamiast sprytu i siły zawodników decydowały układy, doprowadziły go na skraj samounicestwienia. Międzynarodowy Komitet Olimpijski właśnie potwierdził, że poważnie rozważa wykreślenie szermierki na pięści z programu igrzysk, ponieważ światowa federacja zignorowała polecenie MKOl i nie tylko zezwoliła na start w wyborach, ale nawet wybrała na swojego szefa Uzbeka Gafura Rachimowa, oskarżanego o poważne przestępstwa. Ten samobójczy strzał może oznaczać koniec historii trwającej od pierwszych nowożytnych igrzysk. Kwestia, czy ktokolwiek za olimpijskim boksem zapłacze, pozostaje otwarta.

* Trenerem bokserskiej reprezentacji Polski jest Ukrainiec Iwan Juszczenko.

Wszystko wskazuje na to, że TVP jednak nie wyłoży góry pieniędzy w zamian za prawo do pokazywania najlepszego meczu w każdej kolejce Ekstraklasy. Rada Nadzorcza uznała, że 70 milionów złotych za 37 transmisji to zdecydowanie za dużo. – Czyżby ktoś z nich przed podjęciem decyzji postanowił zobaczyć jakiś mecz? – zażartował gorzko jeden z internautów i chyba trafił w sedno.

Statystycznie wszystko da się oczywiście udowodnić. Trudno się dziwić, że walcząca o telewizyjne oferty prowadząca rozgrywki spółka przez ostatnie tygodnie podkreślała niezwykłą serię spotkań bez wyniku 0:0 (przerwaną w sobotę przez dramatycznie słabe, nawet jak na polskie realia, starcie Cracovii z Miedzią Legnica). Inne powody do pozytywnego marketingu trudno bowiem znaleźć. Ba, nie sposób pochwalić się chociażby frekwencją na stadionach – tylko w jednej trzeciej przypadków pojawiło się na nich powyżej 10.000 osób (średnia po 13 kolejkach to 9.043 widzów, a w obecnej 7.411 i jeszcze dziś spadnie, bo mecz domowy rozgrywa sosnowieckie Zagłębie). I gdyby nie zielone wyspy w Warszawie, Gdańsku, Krakowie, Poznaniu i Zabrzu – chociaż w tych ostatnich przypadkach to już chyba jedynie kwestia czasu – byłoby wręcz dramatycznie.

Nowe stadiony przestały stanowić zasłonę dla kiepskiego zazwyczaj towaru prezentowanego widzom. TVP wcześniej czy później też musiała to dostrzec, zwłaszcza w perspektywie wyłożenia na stół tak gigantycznych pieniędzy.Wdodatku w umowie miał się podobno znaleźć warunek, że w ciągu sezonu TVP może pokazać maksymalnie dziesięć meczów jednego zespołu. A to – biorąc pod uwagę wąskie grono klubów mogących przyciągnąć dużą widownię – mogło okazać się układanką prowadzącą w ciemny tunel.

Ekstraklasa na rekord finansowy wciąż ma nadzieję, licząc, że Polska nie pójdzie pod prąd trendom w Europie. Coraz więcej osób zauważa jednak, że świstak zawijający ligę w sreberka ma w nich coraz większe dziury.

Większość polskich dzieciaków jeszcze kilka lat temu grając na konsolach w wyścigi Formuły 1 była Robertem Kubicą. Teraz media doniosły, że Robertem Kubicą może być w tej zabawie (no dobra, trochę bardziej zaawansowanej) sam Robert Kubica. Taką propozycję złożyła krakowianinowi grupa Ferrari. Jej szefowie widzieliby 33-latka za kierownicą, ale w… symulatorze.

Niewykluczone, że dyrektor Maurizio Arrivabene i jego doradcy ze Scuderii mają już po prostu dość sagi trwającej od kilkudziesięciu miesięcy. Postanowili więc przeciąć gordyjski węzeł, w jaki zaplątał się Kubica w poszukiwaniu miejsca w jakimkolwiek bolidzie śmigającym po torach F1. Swoje supełki dołożyli do niego oczywiście także fani znad Wisły, którzy wierząc plotkom z jazd testowych uznali, że na przeszkodzie rodakowi stoi tylko obrzydliwe kapitalistyczne kunktatorstwo Williamsa, gdzie liczba paczek dolarów przywożonych przez potencjalnych kierowców jest ważniejsza od ułamków sekund, w jakich pokonują zakręty.

Surfujący na tej fali dziennikarze – rozgrywani także przez tak zwanych ekspertów oraz osoby kreujące się na dobrze poinformowane i zbliżone do źródeł, w których biją serca najszybszego sportu świata – umiejętnie podsycają takie nastroje. Nikt już nie przypomina przyczyny z jakiej Kubica znalazł się w opałach, a mianowicie hobbistycznego rajdu zakończonego jednym z wielu w jego karierze wypadków, o znacznie jednak poważniejszych skutkach. To przez tamto zdarzenie zakończone pogruchotaniem dłoni wypadł z elitarnej stawki, do której próbuje teraz za wszelką cenę – dosłownie i w przenośni – powrócić. W tym właśnie tkwi klucz do wszystkiego i początek tej niekończącej się historii.

Symulator nie byłby wyjściem złym. Taka posada dla wielu młodych ludzi stanowiłaby spełnienie marzeń większych niż fotel w kokpicie bolidu. Na pewno jest też opcją bezpieczniejszą i ekonomicz-niejszą z punktu widzenia właściciela wyścigowej grupy, a dla samego Kubicy perspektywiczną, bo e-sport coraz szybciej wypiera tradycyjną rywalizację i już przyciąga porównywalne z nią pieniądze.

Niewykluczone, że właśnie o symulatorze myśleli również bossowie Orlenu rozmawiając z Kubicą na temat ewentualnego wsparcia. Skoro później dyplomatycznie oświadczyli, że spotkanie miało tylko charakter kurtuazyjny, być może chodziło o to, że podczas dyskusji mieli na myśli nie miliony złotych, a worek żetonów do automatu? No bo przecież nie mogło chodzić tylko o to, by zatuszować przedwyborcze taśmowe problemy premiera RP, prawda?