Miesięczne archiwum: Grudzień 2018

Prezes Górnika Zabrze Bartosz Sarnowski, na spotkaniu z dziennikarzami w listopadzie zapowiedział, że zimą zespół zostan ie wzmocniony. Na celowniku klubu znajdowało się pięciu polskich zawodników i dwóch zagranicznych, wszystkich określił jako „doświadczonych, ale nie wiekowych”, mających „zrównoważyć drużynę, w której nadmiernie zaczęła dominować młodość”. Wypowiedź ta zbiegła się w czasie z deklaracją prezydent Małgorzaty Mańki-Szulik o tym, że sportowa i finansowa sytuacja Górnika jest najlepsza od wielu lat, więc w obrazie rysowanym przez dwie kluczowe osoby w zarządzaniu klubu, dominowały jasne barwy.


Po kilku tygodniach sportowa część tej oceny okazała się mrzonką. Górnik w lidze stał się chłopcem do bicia udowadniając, że rację mieli ci, którzy politykę w klubie definiowali jako wiarę w powtórkę ubiegłosezonowego cudu (choć nie było ku temu żadnych przesłanek zarówno w występach pucharowych, jak i w okresie przygotowawczym). Pozbawiony najważniejszych ogniw zespół z konieczności został oparty na młodzieży gwarantującej co najwyżej wysokie miejsce w Pro Junior Systemie, ale na pewno nie w lidze, w dodatku transferowe przymiarki wobec ostatniego z niedawnych jeszcze liderów, czyli Szymona Żurkowskiego, wyraźnie wpłynęły na podświadomą być może, ale jednak ostrożniejszą grę.Co można oczywiście zrozumieć także biorąc pod uwagę polowanie, jakie na tego utalentowanego pomocnika odbywało się na boiskach przez ostatnie tygodnie.


Zimowe okienko transferowe na Roosevelta zapowiada się więc bardzo interesująco i przypomina sytuację, gdy przy pokerowym stole, przy dużej stawce, pada kluczowe słowo „sprawdzam”. W tak podbramkowej sytuacji zabrzanie nie byli od sezonu 2008/09, w dodatku wówczas za sprawą Henryka Kasperczaka przelicytowali zarówno sportowo, jak i finansowo, popełniając swoiste harakiri. Teraz będzie więc okazja, by zobaczyć, czego kadra zarządzająca Górnikiem nauczyła się w ciągu minionej dekady.

Chociaż nie wszystkie choinki są jeszcze ubrane, to prezentami już sypnęło wyjątkowo hojnie. Święty Mikołaj (tudzież Dzieciątko) ma pełną skrzynkę zamówień na worki pieniędzy – a to z Orlenu dla Williamsa (z dołączoną dedykowaną kierownicą dla Roberta Kubicy), a to z Ministerstwa Sportu dla siatkarskich mistrzów świata, a to z Kambodży dla Wisły Kraków. Na razie jednak dostarczył tylko tę pierwszą przesyłkę, bo w drugim przypadku prezenty utknęły w magazynie, a w ostatnim nawet nie zostały jeszcze spakowane.

Zdecydowanie najistotniejszy z punktu widzenia polskiego kibica jest oczywiście przypadek funduszy, które mają zainwestować w krakowską Wisłę. Wszystko brzmi jak z bajki i tak też się zresztą zaczyna, bo umowę podpisano w najdroższym hotelu w Zurychu, kontrahenci mają być powiązani z rodziną królewską, a w pakiecie oprócz spłaty długów znalazły się cztery duże transfery, budowa gigantycznego centrum treningowego oraz walka jak równy z równym z Barceloną i Realem. Na pierwszy rzut oka za dużo na tym torcie lukru, ale o tym, czy zwieńczeniem opowieści będzie tradycyjny zwrot „żyli długo i szczęśliwie” przekonamy się już wkrótce.

Tym niemniej w całej historii najciekawszy wydaje się wątek dotyczący samego pojawienia się tychże potencjalnych sponsorów. Decydujący wpływ miała mieć postawa zespołu Wisły, który na przekór finansowym trudnościom na boisku spisywała się zdecydowanie profesjonalniej niż kadra zarządzająca klubem. Upraszczając wychodzi na to, że w dalekiej Kambodży w pałacu królewskim, znajduje się dekoder Canal+, dzięki któremu z zapartym tchem- i roniąc łzy wzruszenia – oglądano starcia grającej za darmo„Białej Gwiazdy” z Wisłą Płock czy Zagłębiem Sosnowiec. Brzmi niewiarygodnie? A właśnie, że nie. Przecież podobną estymą rozgrywki znad Wisły cieszą się na przykład (chociaż po mundialu mogło się to zmienić) w równie egzotycznym Senegalu, skąd dwa lata temu przyjeżdżali ministrowie rządu, by podziwiać w akcji gwiazdy Korony Kielce. Ba, zobaczenie spotkań na żywo wywarło na nich takie wrażenie, że onieśmieleni atmosferą na trybunach i poziomem gry nigdy już do Kielc nie wrócili… Do dziś jednak uważam, że Ekstraklasa nie wykorzystała wówczas globalnej szansy promocyjnej nie umieszczając zdjęć z wizyty senegalskich polityków w swoich spotach reklamowych. Oby w kontekście kambodżańskich władców nie popełniła takiego błędu.

Najwyraźniej wychodzi więc na to, że cudze chwalimy, a swego nie znamy, bo nasza liga wcale nie jest taka nieatrakcyjna, na jaką wygląda…


Wesołych Świąt!

Telewizyjny kontrakt stał się faktem. Po pieniądze za prawa do pokazywania jednego meczu w kolejce sięgnięto głęboko do kieszeni podatników, a cała kwota potwierdza, że piłka nożna jest najbardziej przepłaconą dziedziną życia, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej rzeczywistą wartość wyznaczaną przez sukcesy międzynarodowe, średnią widzów na trybunach i jakość widowisk serwowanych przez piłkarzy.

Traf chciał, że umowa transmisyjna niemal zbiegła się w czasie z reformą ogłoszoną przez PZPN, a której sednem jest zniesienie limitu obcokrajowców oraz obowiązek wystawiania do gry młodzieżowca. Ten pierwszy punkt nie budzi we mnie większych emocji – otwarta zdrowa konkurencja, także ekonomiczna, może wyjść wszystkim na dobre. Ciekawsze kwestie wiążą się z młodzieżowcami. Zasadniczo uważam, że regulacje narzucające najczęściej przynoszą skutek odwrotny do oczekiwanego, a jakość obroni się sama (czyli w tym przypadku: zdolny młody piłkarz i tak zawsze znajdzie miejsce w zespole). Mleko jednak zostało już rozlane, więc warto skupić się przede wszystkim na zagrożeniach, jakie mogą się z tym faktem wiązać. Traf chciał, że w ciągu doby rozmawiałem z trzema prezesami klubów i wszyscy mieli podobną refleksję, więc trudno uznać ją za przypadek. Ich zdaniem, przepis doprowadzi nieuchronnie do dwóch skutków. Po pierwsze, ekstraklasowcy zostaną zmuszeni do wyciągania najzdolniejszej młodzieży z I i II ligi bez względu na to, czy piłkarze ci dojrzeli już do gry na najwyższym szczeblu, a po drugie – będą musieli tymże nastolatkom oferować bardzo wysokie uposażenia, bo wymuszona przepisami rywalizacja na rynku o nieliczne prawdziwe talenty będzie bezlitosna. Oczywiście, że w pewnej części przekłada się to de facto na rachunek za słabe szkolenie w samych klubach tak zwanej elity, tym niemniej zagrożenie doprowadzeniem do patologii jest realne. Jasne, że na takim scenariuszu skorzystają kluby z niższych lig, które za takiego piłkarza będą żądać wielokrotnie wyższej kwoty transferowej niż dotychczas, ale całość wygląda na nieprzemyślaną do końca.

Może więc warto rozważyć regulaminowe „bezpieczniki”? Na przykład maksymalną wysokość kontraktu dla piłkarza mającego prawo występu z młodzieżową opaską, tak, by o wyborze klubu decydowały przede wszystkim perspektywy, jakie wiążą się z danym pracodawcą? Chociażby po to, by łatwiej utrzymać takiego zawodnika z dala od zagrożeń, o których mogliście przeczytać w książce o Dawidzie Janczyku? Poza tym biorąc pod uwagę niedotrenowanie piłkarzy Ekstraklasy (cytat z prezesa PZPN), taka regulacja może stanowić początek prawdziwej i niezbędnej dla ozdrowienia piłki reformy.

Czy potrafisz twerkować? – tak brzmi najpopularniejsze zdanie mijającego tygodnia. Wspomniana w nim czynność oznacza nic innego jak kręcenie tyłkiem do muzyki na mocno ugiętych nogach. Wydźwięk takiego pokazu bywa zazwyczaj dość erotyczny.

Autorem zdania jest Martin Solveig, adresatką Ada Hegerberg. On to didżej, ona to piłkarka. Dodajmy, że najlepsza w Europie. Okazją do spotkania była gala, podczas której po raz pierwszy w historii wręczono Złotą Piłkę „France Football” w kategorii futbolu kobiecego. Solveig był prowadzącym, Hegerberg historyczną laureatką.

Nieszczęsne pytanie – skwitowane pełną zakłopotania odpowiedzią „nie” – wywołało zrozumiały medialny rezonans. Seksizm w najprymitywniejszej postaci – absurdalnie niewłaściwy zawsze i wszędzie, ale szczególnie w takich okolicznościach, stanowiący jaskrawy kontrast dla pełnego pasji przemówienia Szwedki, podsumowanego adresowanym do wszystkich dziewczyn hasłem „wierzcie w siebie” – trafił na czołówki gazet i portali, które na co dzień z piłką kobiecą nie mają nic wspólnego. Dalszy ciąg był dość banalny. DJ przeprosił, a Hegerberg dyplomatycznie oświadczyła, że w tamtym momencie nie pomyślała, że jest to pytanie obraźliwe, bo przepełniało ją szczęście związane z nagrodą.

Kurz bitewny już jednak się uniósł, błysnęła w nim m.in. Katarzyna Kiedrzynek, publicznie dziwiąc się, że „Luki Modricia nie poproszono o zakręcenie tyłkiem albo i czym innym!”. Na koniec bramkarka PSG zadeklarowała, że dzięki wydarzeniom na gali sprecyzowała swoją przyszłość po karierze sportowej. – Zajmę się wtedy walką z seksizmem – oznajmiła jedna z najlepszych polskich piłkarek w historii.

Oburzenie – podkreślę raz jeszcze – jest całkowicie słuszne i zrozumiałe. Ale nie da się jednocześnie uciec od pewnego spostrzeżenia. Gdyby nie twerkowa afera, nikt nad Wisłą (zaokrąglam oczywiście, bo hipsterzy bywają także na naszych ulicach) nie dowiedziałby się o istnieniu DJ-a Solveiga, a zapewne niewiele więcej osób usłyszałoby o kobiecej Złotej Piłce i samej Hegerberg (zwłaszcza w innym kontekście niż jej narzeczeństwa z piłkarzem Lecha Poznań). Wystarczy zresztą spojrzeć na pierwsze relacje z gali i proporcje dotyczące tej nagrody wobec triumfu wspomnianego przez Kiedrzynek Modricia nad Ronaldo, aby upewnić się, że teza ta jest prawdziwa. Krótko mówiąc, Martin Laurent Picandet, bo tak nazywa się DJ, swoją głupotą znakomicie przysłużył się popularyzacji kobiecego futbolu.

Już dawno żadnego debiutu w polskiej piłce nie oczekiwano z takim zainteresowaniem, jak przejęcia rządów na ławce trenerskiej Lecha przez Adama Nawałkę. Poznaniacy słono za to zapłacili, ale pod względem marketingowym już im się co nieco zwróciło. Gorzej na razie z aspektem wynikowym, jednak czas na oceny w tej kategorii przyjdzie dopiero wiosną.

W całej historii najciekawszy wydaje mi się element porównawczy, na który media nie zwracają większej uwagi. Chodzi o fakt, że wejście Nawałki jest przecież drugim w ostatnim czasie takim zdarzeniem w polskiej piłce. Niedawno do ligowej piłki wrócił wszakże nie kto inny, a Franciszek Smuda.

Pierwszy przejął Lecha, drugi grającego na peryferiach krajowego futbolu Górnika Łęczna, pierwszy na powitalnej konferencji zaprezentował firmową powściągliwość i umiejętność mówienia bez powiedzenia czegokolwiek, drugi snuł opowieści mające tyle wspólnego z rzeczywistością co historie z książki nieżyjącego już Janusza Wójcika. Przy okazji wyszło zresztą na jaw, że Smudę dotknął środowiskowy syndrom Jana Tomaszewskiego, czyli nawet najpoważniejsze oskarżenia puszczane są mimo uszu. Smuda powiedział przecież wprost, że poprzedni spadek Łęcznej wynikał z otaczającego ją procederu korupcyjnego. No cóż, różnica w obrazach powitalnych obu szkoleniowców jest dokładnie taka, jak w grze prowadzonych przez nich reprezentacji na mistrzostwach Europy 2012 i 2016 i w wysokości wypłat, jakie obaj pobierają obecnie za swoje usługi…

A propos – w przypadku Nawałki największy żal może gnębić z pewnością… Górnika Zabrze. Gdyby w środowisku trenerów obowiązywały takie same zasady, jak w kontekście transferów zawodników, na Roosevelta trafiłaby całkiem spora suma pieniędzy z funduszu solidarnościowego. Bo przecież to ten klub miał największe zasługi w wypromowaniu marki trenerskiej aktualnego szkoleniowca Lecha, chociaż GKS Katowice też zgarnąłby z tego stołu przyzwoity okruch.