Miesięczne archiwum: Styczeń 2019


Milan. Liverpool i Leeds. Ktoś wie, co łączy te trzy poważne piłkarskie firmy? A mówią Wam coś nazwiska Przemysława Bargiela, Kamila Grabary i Mateusza Bogusza?
Trzech chłopaków zRudy Śląskiej wyruszyło w wielki futbolowy świat zRuchuChorzów. Kapitalna historia (nawet jeśli wciąż bez prawdziwego happy endu, bo Bargiel, póki co, jest zawodnikiem Spezii 1906, a Grabara Aarhus), której jednak Niebiescy kompletnie nie potrafią rozegrać marketingowo. Słabość Ruchu pod tym względem jest obecnie chyba nawet większa niż ta boiskowa. Dlaczego nikt na przykład nie wpadnie na najoczywistszy pomysł – biorąc pod uwagę stan klubowej kasy, zrzekam się ewentualnego prawa autorskiego – i nie zaprezentuje tych trzech sylwetek w słynnych i rozpoznawalnych koszulkach na widocznym z daleka banerze zapraszającym do treningów w Akademii?
Znakomita, w dodatku podana na tacy, okazja do podreperowania zszarganego w ostatnich latach wizerunku klubu, w którym chwalebna historia zblakła na rzecz najnowszej serii niefortunnych zdarzeń, została fatalnie zmarnowana. Zamiast ofensywy mieliśmy do czynienia ze spartaczoną akcją zarówno w kontekście mediów tradycyjnych, jak i społecznościo-wych. Amatorszczyzna chorzowian boleśnie widoczna była na tle Leeds, które rozegrało sprawę podręcznikowo, o konkretnych decyzjach informowało znacznie wcześniej niż polska strona, a na Twitterze zaprezentowało efektowną kompilację zagrań 17-letniego Bogusza. Ruch w tej zabawie, niczym dzieciak, został postawiony do kąta, i tak już w nim został z ustami szeroko otwartymi ze zdumienia.
Pytanie o przyczyny słabości promocyjnej Niebieskich można oczywiście usprawiedliwiać sloganem, że obecny drugoligowiec ma większe problemy niż brak profesjonalnego PR-u i odpowiedniego specjalisty w zespole pracowników. Tyle tylko, że w przypadku klubu, który upadł tak nisko, właśnie szeroko pojęte zarządzanie kryzysem powinno być jednym z absolutnych priorytetów. Chociażby po to, by niwelować wrażenie (wynikające z dokumentów i komunikatów giełdowych), że kolejne pożyczki służą jedynie krótkoterminowemu przetrwaniu, co sprawia, że zachęcenie jakiegokolwiek poważnego piłkarza do przyjścia na Cichą graniczy z cudem, a nawet mobilizacja obecnych zawodników może stanowić dla trenerów zadanie ponad siły.
Podobne problemy z odnalezieniem się we współczesnym świecie, w którym gra o budowanie marki toczy się bezustannie, od świtu do świtu, mają oczywiście także inne kluby. W wielu przypadkach wynika to ze źle pojmowanych oszczędności, najczęściej jednak z braku nacisków ze strony właścicieli i kadry zarządzającej, wśród których zwierzęta medialne to gatunek na wymarciu. Stara jak świat zasada, że nikt cię nie pochwali tak bardzo jak ty sam, w tym środowisku zdaje się obowiązywać jedynie od święta.
I także stąd zapewne wynika wrażenie wszechogarniającej sportowej śląskiej szarzyzny, w której, niczym w smogu, znikają nawet takie perełki jak błyszczące chłopaki z Ruchu. ą



Dyskusja o wyższości lub niższości Bartosza Kurka nad Kamilem Stochem, jaka przetoczyła się przez internet po plebiscycie „Przeglądu Sportowego” przypominała tę o Wielkanocy i Bożym Narodzeniu albo polityczne spory przy rodzinnych stołach. Przekonywanie nieprzekonywalnych, porównywanie nieporównywalnego i emocjonalne bicie piany przynosiły frajdę jedynie właścicielom portali, którym w oczach rosły wskaźniku „klików” i komentarzy.


W całej tej zawierusze niemal bez echa przeszła za to zadziwiająca niekonsekwencja organizatorów całej zabawy, czyli decyzja dotycząca rozdwojenia nagrody dla najlepszego trenera Anno Domini 2018. Ogłoszono bowiem, że tytuł zgarnął opiekun złotych siatkarzy Vital Heynen, po czym identyczne wyróżnienie, z dopiskiem „indywidualny” otrzymał Stefan Horngacher. Rzekomo salomonowy werdykt z największą radością przyjął, niczym prezent, prezes Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusz Tajner, którego czekają z austriackim szkoleniowcem negocjacje dotyczące przedłużenia umowy. Tymczasem najważniejsze pytanie brzmi: dlaczego Horngacher został uznany za „trenera indywidualnego” skoro pod jego ręką znajduje się cały zespół skoczków, a nie jedynie Kamil Stoch? Indywidualny to był Aleksander Wierietielny dla Justyny Kowalczyk, a nie Horngacher dla Stocha!


Nawiasem mówiąc gdyby organizatorzy najsłynniejszego plebiscytu w polskim sporcie byli rzeczywiście konsekwentni wówczas także statuetka dla najlepszego zawodnika zostałaby rozdzielona pomiędzy Kurka (zawodnik w zespole) i Stocha (zawodnik indywidualny), co zapobiegłoby wspomnianym na wstępie sporom. No cóż, człowiek uczy się całe życie, więc być może już w przyszłym roku mój pomysł stanie się ciałem w imię kolejnego etapu poprawności politycznej.
Tej nie zabrakło zresztą również w wypowiedziach laureatów. Żaden nie poszedł w ślady Roberta Lewandowskiego z 2016 roku, który wyniki plebiscytu „France Football” skwitował pamiętnym wpisem „Le cabaret”. Ba, zwycięzca oświadczył, że na szczyt wskoczył tylko na chwilę, bo to Stoch jest bogiem… Nikt nawet nie wziął przykładu z Anny Lewandowskiej, która przed rokiem nie ukrywała, że liczyła na zwycięstwo męża.
A propos Lewandowskiego… „Piłka Nożna” zamieściła wywiad z jego byłym agentem Cezarym Kucharskim z ciekawym wątkiem otoczenia, które „zaraziło Roberta pomysłem o budowaniu globalnej marki Lewandowski”.

  • Tymczasem żeby w światowych plebiscytach zajmować wysokie miejsca trzeba robić spektakularne rzeczy na boisku, utrwalać to medialnie, rozmawiać z dziennikarzami wielkich tytułów, mieć czas i ochotę na angażowanie się w różne projekty dające międzynarodową rozpoznawalność i sympatię. Ograniczeniem jest narodowość, reprezentacja nieosiągająca spektakularnych sukcesów i gra w lidze niemieckiej, która nie jest tak popularna w Ameryce Południowej czy Azji jak hiszpańska” – skomentował tę wizję Kucharski.
    No cóż, dawno nikt tak trafnie nie scharakteryzował problemu kapitana polskiej reprezentacji, dla którego – w kontekście totalnej klapy na mundialu – dziewiąte miejsce w „PS” jest dużym sukcesem. Aż dziwne, że nie dano mu na pocieszenie czegoś „indywidualnego”.

W krakowskiej Wannagate pozostało jeszcze jedno ważne pytanie – kto i po co wymyślił całą tę szopkę? Jednak zanim – o ile w ogóle – padnie odpowiedź, warto zdać sobie sprawę z czegoś innego. Otóż w przypadku Wisły odbija się jak w lustrze cała polska piłka. I nie ma w tym przypadku.

Pamiętam na przykład katowicką prezentację jednego z raportów Ekstraklasy Piłkarskiego Biznesu z 2016 roku. Po części oficjalnej jeden z ekonomistów, patrząc na dane dotyczące Ruchu Chorzów, w którym wysokość długów klubu była od kilku lat większa niż cały jego majątek, zapytał ówczesnego prezesa tego klubu, dlaczego Niebiescy nie ogłaszają upadłości, co wynikałoby z obowiązującego prawa. Dariusz Smagorowicz (później skrócony do „S.”) wzruszył ramionami i odparł: „Może i tak wynika z prawa, ale piłka to biznes inny niż wszystkie”. Szef Niebieskich użył wtedy określenia, które w piłkarskim świecie stosuje się powszechnie i z nieznanych powodów jest równie powszechnie akceptowane, wyważając drzwi do hochsztaplerskich nadużyć. Na porządku dziennym w klubowych gabinetach funkcjonuje przecież kreatywna księgowość, pieniądze płyną meandrami, a nad wszystkim unosi się demoralizujące poczucie braku odpowiedzialności majątkowej. Ten ostatni element jest w tej chwili rozgrywany także w Wiśle, gdzie była prezes, która swoimi decyzjami doprowadziła Białą Gwiazdę do ruiny, ma dużą szansę wyjść z całej tej historii suchą stopą. Podobnie zresztą jak zarządcy wielu innych klubów w ostatnich latach. Chociażby Górnika Zabrze, którego tuż przed spadkiem w 2009 roku zamieniono w bankomat (copyright: ówczesny szef Allianz Polska). Lekką ręką – pod wpływem trenera Henryka Kasperczaka – podpisywano kontrakty demolujące budżet i doprowadzając w efekcie między innymi do groźby komorniczego zajęcia i zlicytowania zabrzańskich historycznych trofeów. Czy ktoś poniósł za to odpowiedzialność? Odpowiedź jest oczywista.

Obowiązujący system po prostu patologiom sprzyja. Co więcej, legitymizują go władze miast, wpompowując publiczne finanse nie tylko oficjalnie, ale także za pośrednictwem spółek od siebie zależnych, których stadionowe reklamy, mające uzasadnić słuszność dokonanych przelewów, stanowią obrazę dla inteligencji odbiorcy. Bo czy na przykład wodociągi miejskie, niemające konkurencji, mają faktyczną korzyść z „pływania” na reklamowych bandach?

Pojawiają się też oczywiście pytania o system licencyjny. Dokumentacja tonącej Wisły była co roku akceptowana bez zastrzeżeń. Ale czy powinno to dziwić? W końcu to tylko kolejny z elementów układanki – zawarty w papierach budżet w dużej mierze jest życzeniowy, oparty na prognozach, w których można wpisać nawet zwycięstwo w Lidze Mistrzów. A długi? Liczą się tylko te wobec związkowych podmiotów plus urzędu skarbowego i ZUS-u. Reszty w papierach nie widać, czyli dla piłkarskiej centrali nie istnieje.