Miesięczne archiwum: Luty 2019

Świat sportu kocha ekscentryków i ludzi szalonych. Szczególnym uwielbieniem darzą ich oczywiście dziennikarze, dla których barwne wypowiedzi są niczym sól i pieprz w mdłej codzienności przesyconej poprawnością polityczną i grzecznościowymi zgranymi formułkami.

Są jednak granice, za którymi oryginalność zamienia się w śmieszność, a czasami wręcz w zwykłe – to kolokwialne określenie pasuje tu idealnie – buractwo. Taki właśnie przypadek obserwujemy w warszawskiej Legii. Jej trener Sa Pinto, odmawiając podania ręki Michałowi Probierzowi (swoją drogą chyba najbarwniejszej postaci ekstraklasowego trenerskiego światka), nie tylko się ośmieszył, ale również wywołał wyjątkowo negatywne odczucia u osób dotychczas neutralnych. Mógł wywołać zresztą coś więcej, ale opiekun Cracovii na szczęście zachował więcej klasy niż prezes ROW-u Rybnik w sprawie Grigorija Łaguty, i nie wywołał dyplomatycznego konfliktu polsko-portugalskiego, co zresztą przy obecnej sytuacji politycznej i tak nie miałoby już większego znaczenia.

Dziecinny gest Sa Pinto został później dodatkowo spotęgowany przez milczenie samej Legii, której zabrakło charakteru, by wystosować wobec Probierza oficjalne przeprosiny. Na przykład w postaci napoju, który tenże mógłby sobie – zgodnie z kultowym już cytatem – p…..ć, aby uczcić udzielenie lekcji pokory mistrzom Polski. Jak widać, portugalski szkoleniowiec znalazł się we właściwym dla siebie otoczeniu.

Wobec takiego zachowania można jednak nie docenić wspomnianej na wstępie poprawności. Na przykład tej w wykonaniu Waldemara Fornalika, który całkiem zgrabnie udawał, że taktyczne rozgromienie Adama Nawałki nie sprawiło mu żadnej dodatkowej satysfakcji związanej z selekcjonerską przeszłością obu panów, których historia ocenia na jakże różnych biegunach. Doprawdy, mecz Piasta z Legią w grupie mistrzowskiej zapowiada się na miarę konfliktu cywilizacyjnego…

To jeden z najbardziej pamiętnych obrazów w całym polskim sporcie. 20 marca 2011 roku ostatni skok w karierze oddał Adam Małysz. Na skoczni w Planicy w jedynej tego dnia serii poleciał 216 metrów i wylądował na trzecim miejscu. Zwycięzca osiągnął pół metra mniej, ale w warunkach nieporównywalnie trudniejszych. Był nim Kamil Stoch… Bardziej symbolicznej sceny ilustrującej zmianę warty nie sposób było sobie nawet wyobrazić, a wzruszony Orzeł z Wisły mówił, że spełniło się jego marzenie, by zostawić po sobie nie spaloną ziemię, a godnego następcę.

Od kilku dni na naszych oczach rozgrywa się kolejna fantastyczna historia, ale tym razem na sentymentalizm nie ma co liczyć. I to z kilku powodów: po pierwsze stary mistrz nie schodzi jeszcze ze sceny, po drugie pomimo wielu osiągnięć z pewnością nie czuje się całkowicie spełniony, po trzecie młody wilk może jego marzenia zamienić we własne sukcesy, a po czwarte na jedynej mogącej połączyć ich płaszczyźnie, czyli w reprezentacji kraju, może nie być miejsca dla nich obu równocześnie. Mowa oczywiście o Robercie Lewandowskim i Krzysztofie Piątku.

To, co stało się udziałem 23-letniego chłopaka z Dzierżoniowa w ostatnich kilkudziesięciu godzinach, wygląda jak sen. W dodatku wyjątkowo kolorowy, bo powitanie z Mediolanem miał iście epickie, co podkreśliła niezwykła sceneria włoskiego szaleństwa („Pio, Pio, Pio, Pio!!!” autorstwa Tiziano Crudeliego, przecież tego nie da się, jak mawia młodzież, odzobaczyć). O takim tle swoich wyczynów starszy o siedem lat Lewandowski może tylko pomarzyć.

Jak potoczy się cała mediolańska przygoda Piątka nie sposób oczywiście jeszcze przewidzieć, ale wspomniana atmosfera, jaka otacza samego zawodnika i cały klub, daje mu nad kapitanem kadry przewagę już na starcie. W dodatku sam Piątek znacznie lepiej niż Lewandowski potrafi to wykorzystać. Jego charakterystyczny firmowy „kowbojski” gest wykonywany po strzeleniu goli stał się już przecież rozpoznawalny, a potencjał marketingowy może zbliżyć się nawet do „łuku” Usaina Bolta.

Lewandowski takiego talentu nie ma. Można zresztą odnieść wrażenie, że dość mocno irytują go ograniczenia własnej marki, która dotarła do bariery, za którą byłby gwiazdą globalną, ale nie zdołał jej sforsować, A o tym, że próbował za wszelką cenę, świadczy na przykład wynajęcie jednej z najwiekszych na świecie specjalistycznej agencji marketingu sportowego. Piątkowi kolejne kroki przychodzą naturalniej, w dodatku – przynajmniej na razie – nie jest obciążony dość ciężkostrawnym i infantylnym małżeńskim skojarzeniem z „polskimi Beckhamami”, za to Włosi przylepiają mu łatki znacznie bardziej (z)nośne, jak „Polski papież” czy „Robocop”.

Największą frajdę z tej rywalizacji mają kibice. Pytanie brzmi natomiast: co zrobi Jerzy Brzęczek, który już podczas meczów Ligi Narodów w Chorzowie nie potrafił sobie z takim nadmiarem bogactwa poradzić i postawił na Lewandowskiego. Teraz, w zbliżających się eliminacjach mis-trzostw Europy, posadzenia Piątka na ławce żaden kibic już by mu nie wybaczył. Ale czy na boisku jest miejsce dla dwóch supernowych?