Miesięczne archiwum: Kwiecień 2019

Rzadko się zdarza, by wszyscy trenerzy Ekstraklasy mówili jednym głosem lub co najmniej zgodnie milczeli. Tymczasem z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia na finiszu obecnego sezonu. Wszystko ze względu na szaleńcze tempo finałowych rund, spowodowane zbliżającymi się mistrzostwami świata U-20.

Jasne, wiem, że terminarz był znany od dawna i nikt nie protestował w momencie jego premiery. Być może jednak ludzie w klubach żyją zanadto dniem dzisiejszym, wychodząc z założenia, że martwić się będą później, o ile do tego momentu dotrwają na swoich stanowiskach. Tym niemniej takie „później” właśnie nadeszło i trudno się nie zgodzić z zarzutami artykułowanymi najgłośniej przez tradycyjnego samozwańczego rzecznika środowiska Michała Probierza. Siedem najważniejszych kolejek rozegranych w miesiąc stanowi nie tylko poważne wyzwanie, ale wręcz przypomina grę w ruletkę i stanowi rażący kontrast w porównaniu z pozostałą częścią sezonu. Zwłaszcza jesienną, skutkującą między innymi absurdalnym startem rzekomo wiosennej rundy w środku zimy.

Rozwiązanie szarady jest na pewno trudne. Nagromadzenie terminów reprezentacyjnych czy pucharowych, w kraju i na kontynencie, pozostawia niewielkie pole manewru. Także z tego samego powodu nie sposób odebrać resztek wakacji najlepszym zawodnikom i ich mistrzostw przesunąć na okres, gdy mniej zdolni koledzy po fachu będą leżeć na tropikalnych plażach. Może jednak w ramach wyjątku w sezonach, które muszą zostać skompresowane ze względu na tego typu imprezę, jak młodzieżowy mundial, należy rezygnować z rozgrywania dodatkowych siedmiu rund? Bo obecna karuzela rzeczywiście z logiczną rywalizacją nie ma za wiele wspólnego i jeszcze wyraźniej promuje najsilniejszych i najbogatszych, w dodatku – sądząc po frekwencji (wiele mówiący jest na przykład spadek z kolejki na kolejkę liczby widzów spotkań transmitowanych przez TVP) – wcale nie sprawia kibicom aż takiej frajdy, jak zakładali to twórcy ESA-37? Zwłaszcza po zniesieniu podziału punktów, w efekcie czego grupki zespołów zainteresowanych jeszcze czymkolwiek, topnieją błyskawicznie z kolejki na kolejkę.

Jedynym, acz marginalnym plusem takiej sytuacji jest rosnąca odwaga trenerów w dawaniu szansy gry młodzieży. Ich decyzje spowodowane są jednak głównie nakazami prezesów, próbujących dokonać last minute skoku na sporą kasę leżącą w sejfach najrozsądniejszego pomysłu ostatnich lat, czyli Pro Junior Systemu.

W Wielki Czwartek mecz Rakowa Częstochowa o awans do Ekstraklasy. W Wielki Piątek walka siatkarzy Jastrzębskiego Węgla o grę w finale PlusLigi. W Wielką Sobotę początek rundy finałowej bijącego się o europejskie puchary Piasta Gliwice. W Wielkanoc jazda żużlowców ROW-uRybnik w Nice 1. Lidze. W lany poniedziałek na Arenie Zabrze Górnik wystartuje do boju o utrzymanie, a Zagłębie w tej samej grupie zacznie szukać ostatniej szansy. Sportowi kibice święta przeżyją z dużą intensywnością, dzieląc czas między Pasję i pasję.
Chociaż część sportowców i ich trenerów otwarcie buntuje się przeciwko terminarzom obejmującym ważne daty religijne (o czym obok pisze mój redakcyjny kolega), to podobne wydarzenia nie stanowią już wyjątków, a wręcz przeciwnie, są regułą. Podobny trend wymuszają zobowiązania wobec utrzymujących przy życiu nie tylko same kluby, ale i całe rozgrywki stacji telewizyjnych, rozbudowane terminarze oraz system międzynarodowych mistrzostw wymagających dotrzymania terminów dla reprezentacji oraz rozmnożonych ponad miarę pucharów europejskich, których wagi czasami nie sposób oszacować.
W efekcie nie tylko dosłownie traktowane święta nam spowszedniały, ale i te w przenośni. Piłkarska Liga Mistrzów otwarta nie tylko dla drużyn spełniających tytułowe kryterium, cotygodniowe duże turnieje tenisowe, nieustanne ściganie się kolarzy, codzienne już właściwie mecze siatkarskie i pokazujące to wszystko, sięgające dziesiątek stacji, sportowe pakiety telewizyjne sprawiły, że nawet ogień olimpijski, chociaż nadal płonie w czteroletnim rytmie, w dużej mierze stracił swój wyjątkowy blask. Pytanie, dokąd to rozpasanie zmierza, wydaje się retorycznym, a odpowiedzi udzielają najbogatsze kluby świata, które najchętniej bawiłyby się tylko we własnym gronie, ostatecznie burząc i tak mocno pokruszoną podstawową zasadę równości szans. Tyle tylko, że takie posunięcie może oznaczać początek sanacji, bo natłok meczów wielkich firm (już dziś np. częstotliwość Gran Derbi budzi przesyt) może przerodzić się w masę krytyczną, która skłoni kibiców do poszukiwania nowych, mniej komercyjnych i znacznie prawdziwszych doznań, zmuszając jednocześnie do podążenia w tym kierunku także medialnych potentatów.
Mam wrażenie, że zastawione wielkanocne stoły sprzyjają podobnym rozważaniom w gronie rodziny, więc życzę niniejszym Państwu nie tylko wesołych, ale i inspirujących Świąt! Nawet jeśli część z nich spędzicie na trybunach sportowych aren, co zresztą czeka również wyżej podpisanego.

Nie ma takiego dna, którego nie dałoby się przebić, zwłaszcza jeśli schowane są pod nim duże pieniądze. Z takiego założenia wyszli prawdopodobnie organizatorzy czegoś, co nazwano Fame MMA, a polegającego na wzajemnym obijaniu i obkopywaniu twarzy przez walczących ze sobą celebrytów. Na przykład takich pokroju połowy duetu sióstr Godlewskich, które zasłynęły ostatnio z twardej, acz przegranej walki, o pozostanie w samolocie lecącym do Amsterdamu, stosując wyrafinowane techniki z nokautującym oznajmieniem, że „jesteśmy w Polsce znane” na czele.
Zamiłowanie Polaków do oglądania mordobicia, w którym im mniej obowiązuje zasad, tym lepiej, jest zapewne mocno związane z narodową tradycją weselno-dyskotekową. Dorzucenie do tego osób znanych tylko z tego, że są znane, okazało się zapewne wytrychem do skarbca, z którego pełnymi garściami korzystali dotychczas promotorzy klasycznego MMA. W dodatku opakowano to wszystko w sportowopodobne sreberko, o czym świadczyć może na przykład zamieszczona na facebookowym profilu, poważnie brzmiąca „weryfikacja niesprawiedliwego werdyktu, dokonana przez niezależną komisję sędziowską”.
Jeden z bossów najbardziej znanego w Polsce cyklu KSW, Maciej Kawulski, w rozmowie ze sport.pl bardzo trafnie zdefiniował odmianę Fame następująco: „Ktoś strasznie dziwny mierzy się z kimś jeszcze bardziej dziwnym. I tworzy się coś bardzo dziwnego”. Po chwili dodał jednak jednocześnie coś bardzo niepokojącego w kontekście współczesnych trendów: „Albo reaguj na to, w którą stronę idzie świat, albo to olej. Jeśli tylko bezczynnie siedzisz i wszystko wokół krytykujesz, to stajesz się zgorzkniałym głupcem”.
W tym ostatnim kontekście mam diametralnie inne zdanie. Wiem, że nie sposób kijem czy piórem zawrócić nie tylko rzeki, ale i ścieków płynących w rynsztokach, uważam jednak za wskazane krytykowanie podobnych zjawisk, bo powszechne i podyktowane kunktatorstwem schlebianie najniższym gustom, na dłuższą metę doprowadzi do obyczajowej apokalipsy.
Pod koniec ubiegłego roku naukowa ekspedycja, w skład której wchodzili m.in. Fabien Cousteau (nazwisko nieprzypadkowe, to wnuk słynnego Jacques’a) oraz miliarder Richard Branson, zbadała batyskafem dno Great Blue Hole, widocznego nawet z kosmosu wielkiego leja kresowego w Morzu Karaibskim. Znaleziono tam tylko śmieci, podobnie zresztą jak niegdyś w Rowie Mariańskim. Widocznie jest to już standard, gdy schodzi się poniżej poziomu, na jakim da się normalnie funkcjonować… ą

Mijający tydzień zapisał się w historii polskiej piłki. W ciągu 48 godzin ligowy światek wypluł na aut dwóch byłych selekcjonerów. Różnica tkwiła tylko w szczegółach: Adam Nawałka runął z piedestału, a Franciszek Smuda spadł z bardzo już niewysokiego konia.
Jako najważniejszych trenerów w kraju dzieliła ich przepaść. Smuda w roli opiekuna kadry poniósł najbardziej upokarzającą klęskę w jej nowożytnej historii – na polskich boiskach podczas najważniejszej imprezy, jaką kiedykolwiek organizowano nad Wisłą. Miał do dyspozycji wszystko, osiągnął wielkie nic, dorabiając się nowego przydomka „Dyzma”. Po wylaniu z reprezentacyjnej posady Franz nieustannie zbiera cięgi, ze spadkami z 2. Bundesligi i Ekstraklasy na czele, trudno się więc dziwić, że w końcu wylądował w drugoligowym średniaku i także tam nie zagrzał miejsca. Nawałka z kolei potrafił wykorzystać koniunkturę do maksimum. Z kadrowiczów – z pomocą szczęścia – na Euro 2016 wycisnął wynik ponad stan, konsekwentnie budując przy okazji własny mit. Dzięki temu „Ciepły”, jak nazywano go w czasie piłkarskiej kariery, wyszedł stosunkowo cało nawet z mundialowego Waterloo i trafił z najwyższą w historii ligi pensją do Lecha. I tu już bajka dobiegła końca, aczkolwiek takiego dalszego upadku jak w przypadku Smudy trudno się spodziewać.
Z elitarnego grona selekcjonerów na trenerskiej ławce aktywny pozostał więc już tylko Waldemar Fornalik, który bez problemów wyszedł z biało-czerwonej rzeki i odnalazł się w nowej-starej rzeczywistości najpierw w Ruchu, a teraz w Piaście. Fornalik, w przeciwieństwie do Nawałki i Smudy, potrafił szybko przestawić się z myślenia globalnego na lokalne, ba, niewykluczone zresztą, że poczuł ulgę po opuszczeniu tego piekiełka medialnych stołecznych gierek, którym nie potrafił się skutecznie oprzeć, co miało decydujące znaczenie dla jego reprezentacyjnej porażki.
Fornalik robi więc znów to, co potrafi najlepiej, a obecna dyspozycja Piasta wystawia mu jak najlepsze świadectwo, nawet z paskiem za mistrzowskie ogranie Nawałki w bezpośredniej konfrontacji. Zapewne on sam jest także ciekawy, jak teraz potoczą się losy jego małopolskiego (Fornalik, tak mocno już kojarzony ze Śląskiem, urodził się przecież w Myślenicach) krajana. Czy Nawałka pozostanie w szkoleniowym środowisku? A jeśli tak, to jak mocno będzie musiał spuścić z tonu zarówno w kontekście wysokości kontraktu, jak i liczebności sztabu, oraz słynnych wymagań tech-niczno-infrastrukturalnych. A może tym razem naprawdę wyląduje za Wielkim Murem? Bo w Ekstraklasie Król, przepraszam King, może być najwyraźniej tylko jeden.