Miesięczne archiwum: Maj 2019

Jutro miną dwa tygodnie od gola oznaczającego spadek GKS-u Katowice z I ligi. Licznik, który wtedy ruszył, odlicza czas kompletnie zmarnowany. I pokazuje różnicę między klubem prywatnym a zarządzanym przez miasto.
Prezydent Katowic Marcin Krupa, będący de facto właścicielem GKS-u, poszedł na urlop, co oznaczało całkowity bezwład decyzyjny. Nikt nie był w stanie rozstrzygnąć, czy Marcin Janicki pozostanie na stanowisku prezesa, czy ma mocne stanowisko w rozmowach z potencjalnymi nowymi trenerami, kandydatami do objęcia posady dyrektora sportowego oraz piłkarzami.Zarówno tymi, których należy pożegnać, jak i tymi, którzy powinni zostać albo na Bukową trafić. O ile kilkudziesięciogodzinne polityczno-populistyczne pokutne „grillowanie” prezesa tuż po spadku można byłoby zrozumieć, o tyle przedłużający się stan zawieszenia zakrawa już na autosabotaż. Zwłaszcza że wokół ludzi potrzebnych nawet w drugoligowej GieKSie błyskawicznie zaczęły krążyć menedżerskie sępy, proponujące zmianę barw nie tylko piłkarzom, ale także – jak wieść niesie – samemu Janickiemu. I trudno się temu dziwić, bo odrzucając pryzmat spojrzenia przez spadek zespołu futbolowego, bilans pozostałych sekcji, rachunek ekonomiczny i talent do rozmawiania z potencjalnymi sponsorami przemawia zdecydowanie za obecnym szefem klubu z Bukowej.


Taka kompetencyjna zapaść byłaby nie do pomyślenia w przedsiębiorstwie prywatnym. Ba, ośmielam się twierdzić, że tam w momencie, gdy spadek stawałby się perspektywą realną, sztab kryzysowy zostałby zwołany z wyprzedzeniem, by wypracować głęboko schowaną przed opinią publiczną, ale konkretną instrukcję postępowania w przypadku, gdyby katastrofa stała się faktem. W Katowicach tymczasem urzędnicy uznali, że jeśli czegoś nie widzą, to tego czegoś nie ma i na wszelki wypadek nie pojawili się na ostatnim meczu drużyny Dariusza Dudka (którego sami wprowadzili do szatni GKS-u), a potem zniknęli z jakiegokolwiek zasięgu władz klubu. Prawda jest bowiem taka, że w urzędzie miasta, samego prezydenta nie wyłączając, nikt nie zna się na mechanizmach rządzących sportem. Grzech doktora Krupy polega jednak nie na tej słabości, a na zaniedbaniu uzupełnienia luki poprzez powołanie kompetentnego doradcy. A przecież w tę najpoważniejszą z niepoważnych dziedzin życia Katowice pompują gigantyczną kroplówkę z publicznych pieniędzy…


Trudno oprzeć się zresztą wrażeniu, że w obecnej sytuacji GKS-u nawet zła decyzja byłaby lepsza od żadnej. A już zdecydowanie najlepsze byłoby oficjalne przyznanie się do błędu osób, które w faktyczny sposób zadecydowały o zatrudnieniu na Bukowej dyrektora Tadeusza Bartnika, jego prawej ręki, a uznawanego za szarą eminencję Dawida Dubasa, oraz trenera Dariusza Dudka.


Sprawa jest zresztą poważniejsza, niż może się wydawać. Kompletna kryzysowa pasywność miasta źle wróży bowiem przyszłości całego wielosekcyjnego GKS-u. Krach piłkarzy może być przecież zaledwie pierwszym z elementów przewracającego się domina złudy multidyscyplinarnej potęgi. Średnio wszak wygląda perspektywa hokeja, który prawdopodobnie straci tytularnego sponsora, w przeciętność może wpaść wyczerpująca impet i potencjał siatkówka, zdecydowanie większych nakładów potrzebuje traktowana przez miasto z przymrużeniem oka piłka kobieca (jedyna sekcja, która wywiązuje się z planów sportowych ujętych w wieloletnich prognozach, gdzie zawarty był np. awans piłkarzy do finału Pucharu Polski), a mistrzostwa kraju szachistów budzą co prawda podziw, ale nie wywołują szybszego bicia tętna kibiców. Gaszenie ognisk potencjalnych kłopotów wymaga nie tylko pieniędzy, ale i szybkich decyzji. A z tym w Katowicach jest po prostu fatalnie.

Jest na Twitterze filmik nagrany przez przypadkowego świadka, który powinien stanowić najlepsze podsumowanie finiszu Ekstraklasy. Kierowca mija na autostradzie autokar osłonięty łopoczącymi od pędu powietrza płachtami. Nagle jedna z nich odchyla się w taki sposób, że widoczna staje się część napisu na burcie pojazdu. Napisu rozpoczynającego się od liczby 15. To pojazd, którym honorowe rundy po Warszawie mieli wykonać piłkarze Legii. Jest w tym obrazie wszystko – także hipokryzja stołecznego klubu, który apelował do Lecha o uczciwą grę, a jednocześnie bez poczucia wstydu przypisuje sobie tytuł kupiony w sposób, który cała Polska pamięta, a który później całkowicie słusznie został klubowi odebrany.

Tym piękniej na takim tle wyglądał triumf Piasta Gliwice. Wyczyn porównywany w mediach do walki Dawida z Goliatem, baśni o Kopciuszku i innych popkulturowych historii, w których maluczki rzuca na kolana giganta, a także do analogicznej sportowej legendy z Leicester, będzie żył w pamięci kibiców bardzo długo. Warto mu się jednak przyjrzeć od innej strony.

Po pierwsze, rzuca się w oczy reakcja szeroko pojętej kibicowsko-dziennikarskiej stolicy, która oswajając się z klęską, szuka porównań mających uświadomić skalę upokorzenia. Wyliczono na przykład, że w Gliwicach mieszka tyle osób co na Pradze-Południe. Po drugie, argument o ewentualnym blamażu w europejskich pucharach podnoszony jest właściwie wyłącznie poza Warszawą, mającą najwidoczniej świadomość wyjątkowej obosieczności tej tezy. Po trzecie, cała Polska poznała Gerarda Badię, chyba najsympatyczniejszego piłkarza całej ligi. Po czwarte, Waldemar Fornalik definitywnie zerwał pępowinę łączącą go z Ruchem Chorzów, przez którego pryzmat był postrzegany nawet w czasie pracy selekcjonerskiej. I wreszcie po piąte, ale tym razem ze znakiem zapytania. Wyjątkowo interesującą kwestią jest mianowicie to, czy miasto Gliwice naprawdę zdaje sobie sprawę ze skali wyczynu swojego zespołu i czy zdoła go marketingowo wykorzystać?

Miałem sen. Janusz Paterman wchodził w nim na kościelną ambonę (tę samą, z której głosił proroctwa o szczęśliwej przyszłości Niebieskich oraz wykupieniu z cypryjskiej niewoli eRki) i wygłaszał przemówienie w stylu „Larum grają…”. W pierwszych ławach siedzieli Dariusz Smagorowicz i Jan Chrapek, z frasunkiem kiwając głowami i wymieniając się znakiem pokoju. W kolejnych szeregach twarze w dłoniach chowali Andrzej Kotala i Marek Kopel, otoczeni przez radnych kilku kadencji. Smagorowiczowi wystawały z marynarki zwinięte w rulony archiwalne egzemplarze „Dziennika Zachodniego”. Te, w których analizowałem sytuację dawnych mistrzów z Cichej, bijąc na alarm i przewidując krach, co w realnym świecie spotykało się z gwałtownymi reakcjami chorzowskich kibiców, mylących rzeczową krytykę z atakiem wynikającym z moich rzekomych powiązań z innymi klubami…
Obudziłem się z dojmującym brakiem satysfakcji z faktu, że miałem wtedy rację, ale i świadomością, że mimo wszystko nie przypuszczałem, jak daleko to wszystko zajdzie. Ostrzeżenia przed kreatywną księgowością i fatalną polityką miasta – opierającą się na karmiącej nie klub, a jej zarządców zasadzie „i chciałabym, i boję się” – nie wybrzmiały widać wystarczająco mocno. Może zresztą nie miały takiej szansy, przytłumione przez pochlebne szepty klakierów?
Spadek Ruchu z Ekstraklasy był oczywisty i zasłużony. Z I ligi zaskakujący, patrząc na to, jakie kluby bez problemów potrafią się w niej utrzymać. Z drugiej to już, jak mawiają na Śląsku, „gańba”. Przede wszystkim dla wyżej wymienionych oraz oczywiście dla trenerów i piłkarzy. Ale także dla lekceważących ostrzeżenia. Każdy z nich cząstkę tego upadku musi wziąć na własne sumienie i pamiętać, że to jeszcze nie koniec. Bo Ruch wciąż ma dwie ścieżki – w górę i w dół. Tyle że w tej drugiej pozostały tylko ostatnie szczeble drabiny, pod którą zieje pustka.
Czy ktoś ma realny plan na powstrzymanie autodestrukcji? Ośmielam się wątpić. Na pewno wyjściem nie jest stanowiące kontynuację dotychczasowej bezproduktywnej polityki władz miasta zmienianie specyfikacji konkursu na pieniądze za promocję poprzez sport. Nie jest nim także ofensywa kibiców, w których manifeście pojawiły się tylko prawa, ale zabrakło obowiązków. Najbardziej więc przemawia do mnie realizacja wizji stowarzyszenia Wielki Ruch, które chce zacząć wszystko od zera, czyli zrealizować jeden z moich dawnych apeli. Taki sprzed kilku lat, kilkudziesięciu zmarnowanych milionów złotych i trzech boiskowych degradacji… Inne warianty już testowano i każdy prowadził w głąb. A Ruch na takie piekło po prostu nie zasługuje.

D wie najpopularniejsze w Polsce dyscypliny i dwie afery. W obu przypadkach w głównych rolach wystąpili sędziowie i w obu zostali później odesłani na przymusowy odpoczynek. Wyniki spotkań zostały jednak utrzymane, a traf chciał, że oznaczały one porażki drużyn pokrzywdzonych, i to w meczach mogących mieć decydujące znaczenie dla losów tytułów mistrzowskich.
Mowa oczywiście o starciu Lechii Gdańsk z Legią Warszawa i ZAKSY Kędzierzyn-Koźle z ONICO Warszawa. W pierwszym przypadku sędzia DanielStefański doprowadził do największej kontrowersji w polskiej piłce w ostatnich latach uznając, że obrona piłki ręką przed linią bramkową nie zasługuje na rzut karny i czerwoną kartkę, tylko na… rzut sędziowski. W drugim Wojciech Maroszek narobił w tie-breaku gigantycznego bałaganu, najpierw przyznając, potem odbierając punkt gościom, dodatkowo pokazując jednemu z nich czerwoną kartkę za ekspresyjne zachowanie, co właściwie rozstrzygnęło spotkanie na korzyść kędzierzynian.
Trener ONICO, Stephane Antiga, oświadczył, że po meczu arbiter złożył samokrytykę w krótkich wojskowych słowach, czyli „Przepraszam, zje….”. O podobnej deklaracji ze strony Stefańskiego nic nie wiadomo, ale wyrazy ubolewania dla Lechii, jej kibiców, piłkarzy i trenerów wyartykułował prezes PZPN, Zbigniew Boniek. Opinię złagodził jednak przekonaniem, że nie była to sytuacja decydująca o końcowym wyniku. Tę kwestię trudno jednoznacznie rozstrzygnąć, tym niemniej można mieć pewność, że wyrok mieszkającego w Warszawie sędziego z Bydgoszczy miał na przebieg meczu olbrzymi wpływ.
Dodatkowego smaczku dodaje tym wydarzeniom fakt, że sędziowie wspomagali się techniką i to właśnie zapisy wideo tak naprawdę doprowadziły do katastrofy. Obaj przed spojrzeniem do monitora podjęli już przecież decyzje, które nie budziły emocji i z pewnością dałyby się obronić. Arbiter piłkarski prawdopodobnie – kłania się brak komunikacji ze spikerem, który mógłby wyjaśnić sprawę widowni – zamierzał jedynie upewnić się, że nie było spalonego (co miało związek z kolejnym błędem, popełnionym przez jego asystenta), a siatkarski przyznał już punkt warszawianom. Dopiero późniejsze interpretacyjne dzielenia włosa na czworo sprowadziło ich j na manowce.
Wniosek? Wideoweryfi-kacja jest narzędziem, które wymaga określonych umiejętności, ale również zachowania zdrowego rozsądku. W obu przypadkach sędziów nie zawiodło czucie i wiara, a właśnie „mędrca szkiełko i oko”. W efe-kcie nastąpiły krzywdy, których nie sposób naprawić.