Miesięczne archiwum: Czerwiec 2019

Ta historia jest tak dziwna, że aż straszna. Polska wygrała z nikim i za cztery lata zorganizuje Igrzyska Europejskie. No, może nie cała Polska, tylko Kraków, któremu tę imprezę wciśnięto z Warszawy i który o niczym właściwie nie wie, a już najmniej o pieniądzach, jakie trzeba na tę imprezę wyłożyć.
Jeśli Państwo akurat przegapili, to obecna, druga w historii, edycja tych starokontynentalnych igrzysk trwa właśnie w Mińsku. Przegapić ją można faktycznie łatwo, bo w tym samym czasie najlepsi sportowcy startują w innych miejscach globu, czego przykładem są koszykarze formuły trzech na trzech, którzy równolegle z białoruskimi zmaganiami rozgrywali swoje mistrzostwa świata w Amsterdamie, gdzie Polska sięgnęła po brązowy medal. Gwiazdy lekkiej atletyki też podróżują obecnie po intratnych mityngach, kolarze jeżdżą w tourach, itp., itd.
Nie chodzi jednak o deprecjonowanie tych zawodów, których sens od początku poddawano w wątpliwość i zderzano z mistrzostwami Europy w poszczególnych dyscyplinach (niektóre poszły na kompromis i postanowiły uznać za takowe rywalizację na IE, oszczędzając zapewne nieco pieniędzy wydawanych zazwyczaj na organizację), ale o sam sens ściągania jej do Krakowa. Okazało się otóż, że pomysł ten był przede wszystkim ideą nieobleczoną w jakiekolwiek materialne szaty. Nikt na przykład nie wie, ile taka zabawa ma kosztować i skąd te pieniądze w ogóle wziąć. Polski Komitet Olimpijski, który inicjatywie udzielił błogosławieństwa, ucieka od odpowiedzi, twierdząc, że obecnie najważniejsze są zmagania w Mińsku, a do kwestii krakowskiej przejdziemy później. Natomiast sam rząd – pomysł jest podobno autorstwa znanego z zamiłowania do Formuły 1 premiera Mateusza Morawieckiego i bliżej nieznanej z aktualnych sportowych pasji wicepremier Beaty Szydło – nie odpowiada na pytania w ogóle. Marszałek województwa małopolskiego też najwyraźniej zaniemówił ze szczęścia po zwycięstwie, które Kraków odniósł walkowerem, za to samorządowy prezydent miasta ogłosił, że się cieszy, ale przepłacać za tę stołeczną fanaberię nie ma zamiaru.
Cała sprawa wyraźnie dopiero się rozkręca, ale już widać, że pierwszą konkurencją będzie przerzucanie odpowiedzialności. Oczywiście, niewykluczona jest nawet ostateczna kompromitacja w postaci rezygnacji z organizacji, gdy ktoś sięgnie po kalkulator i oszacuje stosunek kosztów do sensu ich ponoszenia, ale to akurat wydaje się najmniej prawdopodobne. Historia skończy się zapewne, jak w przypadku Roberta Kubicy, publiczną olbrzymią daniną na rzecz zrealizowania igrzysk zafundowanych przez polityków ludowi za jego pieniądze…

Zawsze byłem sceptyczny co do lekkoatletycznej misji Stadionu Śląskiego (kto chce, to sobie „wygugla” twarde dowody) i czuję się w tym sceptycyzmie coraz bardziej umacniany. Możemy bowiem podziwiać zdjęcia wielkich gwiazd, analizować znakomite wyniki i ekscytować się wizją pojedynków najszybszych sztafet globu, ale w tle tych zmagań musi paść pytanie o ich adresatów, czyli kibiców.
A z nimi jest po prostu krucho. Niedzielny Memoriał Kusocińskiego przyciągnął na trybuny chorzowskiego giganta nieco ponad 14 tysięcy widzów. O 25 procent mniej niż ubiegłoroczny. Jasne, że statystycznie wszystko da się udowodnić, a tyle osób w jednym miejscu na sportowym wydarzeniu to i tak więcej niż na przykład na przeciętnym meczu piłkarskiej Ekstraklasy, ale jest w tym jeden haczyk, by nie rzec hak. Mianowicie taki, że na Stadion Śląski wpuszczano bez biletów, czyli gratis. Ten gest został co prawda podlany sosem piarowskiej propagandy (100-lecie Powstań Śląskich, 100-lecie Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, 100 procent za darmo), ale ostateczna frekwencja jasno pokazuje, że wprowadzenie biletów oznaczałoby kompletną klapę frekwencyjną na poziomie może kilku tysięcy hobbistycznych wielbicieli Królowej Sportu.
To kolejny hojny gest – uzasadniany także zadośćuczynieniem dla mieszkańców województwa za utopienie w Śląskim setek milionów publicznych złotówek – ze strony zarządcy obiektu, ale czas zacząć zadawać w tej kwestii konkretne pytania. Na przykład o kwotę, za jaką „zatrudniono” ambasadorki Stadionu: Justynę Święty-Ersetic i Ewę Swobodę, a przede wszystkim Anitę Włodarczyk? Bo plotki, których z oczywistych względów nie warto powtarzać, mogą być wszak stugębne, a więc kompletnie nieprawdziwe…
Przy okazji takich prezentów, jakim był bezpłatny wstęp na Memoriał (swoją drogą przed podjęciem takiej decyzji zaczęto już sprzedawać bilety, co dało pożywkę teorii, że chodziło o uniknięcie wspomnianej frekwencyjnej zapaści) warto też spojrzeć na sprawę inaczej. Po pierwsze rzeczy otrzymane za darmo nie budzą w odbiorcach szacunku, a po drugie przyzwyczajenie do takiego rozdawnictwa bardzo często skutkuje katastrofą w momencie nieuchronnej komercjalizacji: ludzie nie będą już skłonni zapłacić za coś, co do tej pory otrzymywali bez sięgania do portfela.
Zdaję sobie sprawę, że taki punkt widzenia nie musi być powszechny, a niedzielną kusą frekwencję można tłumaczyć poprzedzającą imprezę ulewą czy też średnim terminem, ale swojego zdania nie zmienię: Stadion Śląski stolicą lekkiej atletyki czyniony jest na siłę. I konsekwentnie stoję na stanowisku, że ta nachalność nie skończy się miłością.

Pięćdziesiąt meczów mistrzostw świata do lat 20 zobaczyło z trybun nieco ponad 352.000 kibiców, co daje średnią 7.041 na jedno spotkanie, w sumie nieco mniej niż zasiada na Ekstraklasie (8.900). Nie do niej jednak zmierzam, a do zweryfikowania tezy, według której mundial nastolatków, jaki zorganizowała Polska, to jedna z najważniejszych i największych piłkarskich imprez na świecie, ustępująca tylko mistrzostwom świata i Europy pierwszych reprezentacji
Traf chce, że we Francji rozpoczął się turniej, który nadwiślański mundial wypchnął nawet ze strony głównej FIFA, czyli kobiecy World Cup. Bilety na trybuny kupiło ponad 900 tysięcy kibiców, a telewizyjna oglądalność przełamuje kolejne bariery, zagrażając rekordowi sprzed czterech lat, gdy zmagania najlepszych piłkarek świata śledziło 750 milionów ludzi. Jaka to skala wobec męskich mistrzostw? Imprezę w Rosji w 2018 roku oglądałało na żywo najmniej widzów od początku wieku – nieco ponad 3 miliony, ale przed telewizorami 3,5 miliarda. Różnica wciąż ogromna, ale jednocześnie malejąca, zwłaszcza, że kobiece MŚ mają najwyraźniej znacznie większe rezerwy potencjalnych fanów, co daje się odczuć także w Polsce, gdzie Ewa Pajor (seksistowsko określana „Lewandowskim w spódnicy”) czy Katarzyna Kiedrzynek stają się coraz bardziej rozpoznawalne.
Tegoroczne mistrzostwa pań zapiszą się jednak nie tylko w kronikach sportowych. Piłkarki korzystają bowiem z rosnącej popularności i na jej fali walczą o równouprawnienie także w zarobkach. Na czele feministycznej rewolucji stanęła najlepsza zawodniczka globu Norweżka Ada Heger-berg, o której miałem okazję pisać w Męskim Punkcie Widzenia po seksistowskim skandalu na gali wręczania Złotej Piłki (DJ Martin Solveig zapytał ją czy potrafi twerkować, czyli potrząsać pośladkami). Gwiazda Olympique Lyon odpowiedziała wówczas „nie” i zeszła ze sceny.
Teraz Hegerberg znów powiedziała „nie”. Norweżka odmówiła gry w kadrze na MŚ wyrażając w ten sposób sprzeciw przeciw nierównym szansom piłkarek i piłkarzy. Amerykańska CNN zastanawiając się nad wagą tego gestu porównała go do hipotetycznej protestacyjnej absencji Leo Messiego czy Cristiano Ronaldo. Echo takiego bojkotu byłoby z pewnością znacznie większe, ale FIFA powoli ugina się pod presją, zwracając większą uwagę między innymi na kwestie molestowania.Do nadrobienia ma jednak wciąż sporo. Dość powiedzieć, że kobiece reprezentacje z Francji wywiozą w sumie około 40 milionów dolarów premii, czyli 10 razy mniej niż rozdzielono między ich kolegów po fachu po turnieju wRosji.

Kibice siatkarscy to plemię jedyne w swoim rodzaju. Na dobrą sprawę można by ich wręcz podciągnąć pod kategorię sekty. Zwłaszcza że tak jak to bywa w tego typu zgromadzeniach, są podatni na manipulację i całkowicie obojętni na czynniki zewnętrzne.

Jeśli na trybunach katowickiego Spodka podczas minionego weekendu Ligi Światowej znalazł się jakiś ambitny socjolog w towarzystwie równie ambitnego psychologa, obaj przeżyli doświadczenie bezcenne, które po odpowiednim opracowaniu pisemnym może przynieść im prestiżowe naukowe laury. Ale nawet obserwując wydarzenia tylko za pośrednictwem szklanego ekranu, można było pogrążyć się w bezbrzeżnym zdumieniu.

Dokładnie takie stało się także moim udziałem. Po przełączeniu kanałów w przerwie meczu piłkarskiej reprezentacji do lat 20, przez moment byłem przekonany, że zamiast na starcie mistrzów i wicemistrzów świata w siatkówce trafiłem na koncert discopolowy. Wszystkie plazmowe cale wypełnił bowiem tłum bawiący się ekstatycznie w coś w rodzaju weselnego pociągu. Pomyłki rzecz ludzka, na współczesnych pilotach można wszak zabłądzić, jednak z tym większym zaskoczeniem zamiast spodziewanego przerywnika „A teraz idziemy na jednego”, pokazano tablicę wyników świadczącą, że jednak trafiłem we właściwe miejsce telewizyjnego świata.

O kompletnym oderwaniu kibiców siatkówki od parkietowych wydarzeń miałem okazję już pisać, ale jak widać, od tego czasu ta aberracja posunęła się znacznie i już tylko krok dzieli organizatorów tego typu wydarzeń od rezygnacji z przywożenia reprezentacji, która w ogóle nie jest już nikomu na trybunach do szczęścia potrzebna. No, chyba że za taką potrzebę uznamy utwierdzanie się tłumu w tym, że jest w stanie policzyć chóralnie do trzech lub wyskandować hasło „Ostatni!” (swoją drogą nikt nie wpadł jeszcze, by skandować „Pierwszy!”, „Drugi!” czy „Dwudziesty trzeci!”). Nie mam wątpliwości, że podobne spędy można by organizować także przy okazji treningów, bo sam wynik meczu i tak nikogo nie interesuje.

W sekcie na ekstazie wiernych zarabia całe grono ich przewodników. W siatkówce także tę zależność rozwinięto w sposób twórczy. Przykład? Przed wejściem do Spodka sprzedawano wuwuzele, które wewnątrz hali były… zabronione (co jest decyzją ze wszech miar słuszną). W praktyce więc kibice, którzy kupili ogłuszające i ogłupiające trąbki, po kilku minutach oddawali je do depozytu. Nie zdziwiłbym się, gdyby w regularnych odstępach czasu odbierał je stamtąd wysłannik stoiska, na którym sprzedawane byłyby ponownie. Ba, zdziwiłbym się, gdyby było inaczej. W końcu to przecież siatkówka.