Sekta licząca do trzech

Kategorie: Bez kategorii

Kibice siatkarscy to plemię jedyne w swoim rodzaju. Na dobrą sprawę można by ich wręcz podciągnąć pod kategorię sekty. Zwłaszcza że tak jak to bywa w tego typu zgromadzeniach, są podatni na manipulację i całkowicie obojętni na czynniki zewnętrzne.

Jeśli na trybunach katowickiego Spodka podczas minionego weekendu Ligi Światowej znalazł się jakiś ambitny socjolog w towarzystwie równie ambitnego psychologa, obaj przeżyli doświadczenie bezcenne, które po odpowiednim opracowaniu pisemnym może przynieść im prestiżowe naukowe laury. Ale nawet obserwując wydarzenia tylko za pośrednictwem szklanego ekranu, można było pogrążyć się w bezbrzeżnym zdumieniu.

Dokładnie takie stało się także moim udziałem. Po przełączeniu kanałów w przerwie meczu piłkarskiej reprezentacji do lat 20, przez moment byłem przekonany, że zamiast na starcie mistrzów i wicemistrzów świata w siatkówce trafiłem na koncert discopolowy. Wszystkie plazmowe cale wypełnił bowiem tłum bawiący się ekstatycznie w coś w rodzaju weselnego pociągu. Pomyłki rzecz ludzka, na współczesnych pilotach można wszak zabłądzić, jednak z tym większym zaskoczeniem zamiast spodziewanego przerywnika „A teraz idziemy na jednego”, pokazano tablicę wyników świadczącą, że jednak trafiłem we właściwe miejsce telewizyjnego świata.

O kompletnym oderwaniu kibiców siatkówki od parkietowych wydarzeń miałem okazję już pisać, ale jak widać, od tego czasu ta aberracja posunęła się znacznie i już tylko krok dzieli organizatorów tego typu wydarzeń od rezygnacji z przywożenia reprezentacji, która w ogóle nie jest już nikomu na trybunach do szczęścia potrzebna. No, chyba że za taką potrzebę uznamy utwierdzanie się tłumu w tym, że jest w stanie policzyć chóralnie do trzech lub wyskandować hasło „Ostatni!” (swoją drogą nikt nie wpadł jeszcze, by skandować „Pierwszy!”, „Drugi!” czy „Dwudziesty trzeci!”). Nie mam wątpliwości, że podobne spędy można by organizować także przy okazji treningów, bo sam wynik meczu i tak nikogo nie interesuje.

W sekcie na ekstazie wiernych zarabia całe grono ich przewodników. W siatkówce także tę zależność rozwinięto w sposób twórczy. Przykład? Przed wejściem do Spodka sprzedawano wuwuzele, które wewnątrz hali były… zabronione (co jest decyzją ze wszech miar słuszną). W praktyce więc kibice, którzy kupili ogłuszające i ogłupiające trąbki, po kilku minutach oddawali je do depozytu. Nie zdziwiłbym się, gdyby w regularnych odstępach czasu odbierał je stamtąd wysłannik stoiska, na którym sprzedawane byłyby ponownie. Ba, zdziwiłbym się, gdyby było inaczej. W końcu to przecież siatkówka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*